ZAGINIONY W POLSCE: ODKRYJ SWOJE MIEJSCE W ŚWIECIE

twojacena.pl 15 godzin temu

Dzień 12. List w pamiętniku, bo nie potrafię już dłużej trzymać tego w sercu.

Starsza córka, Zosia, wydała ostateczny wyrok rodzinny. Z natury uparta i wybredna w wymaganiach względem przyszłych mężów, nigdy nie wyszła za mąż, a po trzydziestce zamieniła się w gorzką mizantropkę, prawdziwą trawę pod nogą każdego mężczyzny.

Przybłądź, wykrzyknęła, gdy tylko wypowiedziała słowo. Młodsza córka, Jadwiga, pulchna i zawsze uśmiechnięta, tylko kiwnęła głową z aprobatą. Matka milczała, ale smutny wyraz twarzy zdradzał, iż również nie jest zachwycona nową synową. Co w niej mogło się podobać? Jedyny syn, nasza podpora i nadzieja, wrócił z wojska z żoną. Tym żoną nie było ani dziedzictwo, ani majątek. Nie wiadomo, czy dorastała w domu dziecka, czy wśród krewnych. Wszystko pozostaje tajemnicą. Tomasz milczy, a jednak żartuje: Nie martw się, mamo, zbudujemy własne bogactwo. Kogo wprowadził do rodziny? Może złodziejkę, może oszusta. Kto wie, ile takich jest już w okolicy!

Od chwili, kiedy przybłądź weszła pod nasz dach, Wanda Nikitowa nie spała jedną noc. Śniła przytroczone półoczy. Czekała na każde figle nowej krewnej, gdy zacznie grzebać w szafach. Dzieci podpowiadały: Mamo, schowajcie cenne rzeczy u krewnych, nie wiadomo, co się przydarzy futra, złoto. Bo może pewnego pięknego poranka obudzimy się, a wszystko, co cenne, zniknie!

Tomaszu nie da się nie gniewać: Kogo przywiodłeś do domu? Gdzie były twoje oczy? Nie widać w nich ani skóry, ani twarzy!

Nie ma wyboru trzeba żyć. Zaczęliśmy więc przyjmować przybłądź na swoje miejsce.

Dom jest spory: trzydzieści arówek ziemi, trzy prosiaczki w zagrodzie, ptaki, które ledwie da się policzyć. Pracować można bez końca, a i tak nie wystarczy. Jednak przybłądź nie narzekała. Gotowała, sprzątała, opiekowała się prosiakami. Starała się zadowolić teściową. Ale jeżeli serce matki nie jest spokojne, choćby złoto nie pomoże, a wszystko i tak pójdzie nie tak.

Pierwszego dnia, z trudem w sercu, przybłądź wypowiedziała:

Zwracaj się do mnie po imieniu i patronimiczu. Tak będzie lepiej. Mam już własne córki, a ty, choćbyś się starała, nie zostaniesz im równa.

Od tej chwili nazywała ją Wanda Nikitowa, a matka już nigdy nie używała słowa synowa. Trzeba było coś zrobić, coś powiedzieć. I tak: Trzeba zrobić. Nic więcej. Nie chcieliśmy jej rozpieszczać, ale też nie pozwoliliśmy złośliwej szwaczce wtrącać się w rodzinne sprawy. Każdy szmer był zauważony i wyciszony. Gdy matka musiała powstrzymać rozchodzące się siostry, nie dlatego, iż żałowała przybłądź, ale aby w domu panował porządek, a nie kłótnia. Co więcej, dziewczyna okazała się pracowita chwytała się wszystkiego, nie była leniwą. Stopniowo, nie przyznając się temu, matka zaczęła do niej cieplej podchodzić.

Może z czasem życie ułożyłoby się lepiej, ale Tomasz wpadł w kłopoty.

Jaki mężczyzna wytrzyma, gdy od rana do nocy dwa głosy drą w uszach: Na kim się ożeniłeś? Na kim się ożeniłeś? Zresztą Zosia przedstawiła mu jakąś przyjaciółkę i wszystko się zakręciło. Szwagierki cieszyły się zwycięstwem: Teraz nienawistna przybłądź w końcu odchodzi! Matka milczała, a przybłądź udawała, iż nic się nie stało, choć oczy stały się puste i smutne. Nagle, niczym grzmot w słoneczny dzień, dwie wieści: przybłądź spodziewa się dziecka, a Tomasz chce się z nią rozwieść.

Nie może tak być powiedziała matka Tomaszowi. Nie chciałam ci jej dawać za żonę.

A skoro już się pobrali, niech żyją! Nie ma sensu się kłócić. Niedługo będziesz ojcem. jeżeli zepsujesz rodzinę, wyrzucę cię z domu i nie będę cię już znała. A Zuzanna zostanie tutaj.

Po raz pierwszy od lat matka nazwała przybłądź po imieniu. Siostry zamrzały. Tomasz podniósł głos: Jestem mężczyzną, mam prawo decydować. Matka wsunęła ręce w biodra i roześmiała się: Jakiż jesteś mężczyzną? Na razie jesteś tylko spodnie. Kiedy już urodzisz dziecko, wyhodujesz go, nadasz mu rozum, wyprowadzisz w świat, wtedy będziesz prawdziwym mężczyzną!

Matka nigdy nie podstawała się pod słowem, a Tomasz wciąż trzymał się za matkę.

Zgłosił się do wyjścia: Już! Nie zostanę tu! Zuzanna została. Po pewnym czasie urodziła dziewczynkę i nazwała ją Wiktorią. Matka nic nie powiedziała, ale widać było, iż cieszy się w sercu.

W domu nic się nie zmieniło, tylko Tomasz zgubił drogę do domu. Zobaczył się z rozpaczą. Matka, choć martwiła się w ukryciu, nie pokazywała tego. Zakochała się w wnuczce. Rozpieszczała ją, kupowała słodycze, prezenty. Z kolei Zuzannie nie wybaczyła, iż przez nią utraciła syna, choć nigdy jej tego nie zarzuciła.

Minęło dziesięć lat. Siostry wyszły za mąż, a w wielkim domu zostały trzy: matka, Zuzanna i Wiktoria. Tomasz wstąpił do wojska i odjechał z nową żoną na północ. Do Zuzanny podchodził emerytowany oficer, starszy od niej, po rozwodzie, zostawił jej mieszkanie, sam mieszkał w akademiku. Otrzymywał emeryturę, był stabilny. Zuzanna go lubiła, ale co mogłaby mu zaoferować? Matce?

Wytłumaczyła mu wszystko jasno, poprosiła o wybaczenie, a on nie był głupi przyszedł do matki z podarkiem: Wanda Nikitowa, kocham Zuzannę, nie mogę bez niej żyć.

Matka nie poruszyła się ani mięśnie.

Kochasz? powiedziała. No cóż, zamieszkajcie razem.

Zamilkła i dodała:

Nie dam wam zabierać Wiktorii. Tu mieszkajcie, u mnie.

I tak wszyscy razem mieszkali. Sąsiedzi rozmawiali do upadłego, jak szalona Nikitowa wypędziła własnego syna, a przybłądź przyjęła hałaśliwego mężczyznę. Nie przejmowała się plotkami, nie gadała z sąsiadkami, nie snuła plotek o młodych, trzymała się dumna i niedostępna. Zuzanna urodziła Kasię. Matka nie mogła powstrzymać się od dumy nad swoimi kochanymi wnuczkami, choć Kasia nie była wnuczką, a raczej córką serca.

Nagle los się zwrócił. Zuzanna poważnie zachorowała. Mąż załamał się, przez chwilę choćby sięgał po alkohol. Matka w ciszy, bez słów, wyjęła wszystkie pieniądze z książeczki i przewieźć Zuzannę do Warszawy. Przepisuje leki, odwiedza lekarzy, ale nic nie pomaga.

Rankiem Zuzanna poczuła się trochę lepiej i poprosiła matkę o rosół. Matka, wzruszona, natychmiast upiekła kurczaka, odciągła, ugotowała. Gdy przyniosła zupę, Zuzanna nie mogła jej jeść i po raz pierwszy w życiu zapłynęła łzami. Matka, której nigdy nie widziano płaczącą, płakała razem z nią:

Co się stało, kochana? Czemu odchodzisz, gdy już cię kocham?

Uspokoiła się, otrzepała łzy i rzekła:

Nie martw się o dzieci, nie zginą.

Do końca nie wypowiadała już więcej łez, siedziała przy Zuzannie, trzymała ją za rękę i delikatnie gładziła, jakby prosząc o wybaczenie za wszystkie krzywdy.

Kolejne dziesięć lat minęło. Wiktoria miała wyjść za mąż. Zosia i Jadwiga przyjechały, starsze, zgarbione, bez dzieci. Zebrali się wszyscy, a Tomasz przyjechał. Rozwiedziony z nową żoną, pił mocno. Gdy zobaczył, jak pięknie wygląda Wiktoria, rozpromienił się. Nie spodziewałem się takiej córki. Gdy usłyszał, iż jej ojciec to nie ja, wkurzył się i zwrócił się do matki: To twoja wina, iż wpuściłaś obcego mężczyznę do domu. Nie ma tu miejsca dla niego. Ja ojciec.

Matka odpowiedziała:

Nie, synu. Nie jesteś ojcem. Jak nosiłeś spodnie w młodości, nie wyrosłeś w mężczyznę.

Powiedziała to, jakby wypowiadała wyroki. Tomasz nie wytrzymał takiej kpiny, spakował rzeczy i znów wyruszył w świat. Wiktoria wzięła mąż, urodziła syna i nazwała go Aleksander, na cześć przybranej roli ojca. Babcię Wariantę pochowano w pobliżu Zuzanny.

Tak leżą w rzędzie: synowa i teściowa. Wiosną między nimi wykiełkowała brzoza. Skąd się wzięła, nie wiadomo. Nikt jej nie posadził. Może to pożegnanie od Zuzanny, może ostatnie przepraszam od matki.

Idź do oryginalnego materiału