Zakochałem się w żonie mojego przyjaciela – nasze sekrety, wspólne wieczory i ukradzione szczęście, …

newsempire24.com 8 godzin temu

Z Agatą pracowałem w tej samej firmie, ale w innych oddziałach ona na Marszałkowskiej, ja na Nowym Świecie. Czasami oboje zostawaliśmy po godzinach, a jej mąż mój stary druh z liceum, Tomasz potrafił zadzwonić do mnie z prośbą, bym odprowadził Agatę na tramwaj na Plac Zbawiciela. Wtedy spotykaliśmy się pod portiernią, gdzie zegar wisiał niepokojąco do góry nogami i cicho tykał w takt naszej rozmowy o sprawach dziwnie bliskich, choć niejasnych jakbyśmy znali się od dzieciństwa, choć nigdy nie mieli dziecięcych imion.
Tomek kompletnie nie rozumiał zamiłowania Agaty do starych książek, do pierogów z kaszą zamiast mięsa; narzekał, iż ona to jakaś nie w tej bajce, a mnie cieszył dźwięk jej głosu, który brzmiał jak echo z pustego dworca PKP o szóstej rano. Stopniowo jej pożegnania stały się cieplejsze: najpierw krótki uścisk, potem pocałunek w policzek, aż któregoś razu mgliście, pośród sennych świateł miasta pocałowała mnie naprawdę, zostawiając za sobą rozmazujące się numery autobusów i końcówkę grzebienia w kieszeni.
Wiedziałem, iż to złe i niestosowne, ale zakochałem się w Agacie, choć jej mąż był mi bliski jak brat. Agata zaczęła tworzyć warstwę fikcji mówiła, iż zostaje dłużej na naradzie, iż jedzie do cioci Zofii w Pułtusk, iż musi coś ustalić z działem prawnym ale w rzeczywistości wślizgiwała się jak cień do mojego mieszkania na Powiślu. Wymykaliśmy się razem do kina pod neonami, jadaliśmy placki ziemniaczane w barze mlecznym, przemykając między śpiącymi tramwajami i nieświadomymi przechodniami, jakbyśmy byli postaciami z ulotnej bajki.
Nigdy nie rozmawialiśmy o rozwodzie, ale byłem pewien, iż gdybyśmy tylko zechcieli, wszystko mogłoby runąć jak zamek z kart. Żyłem na granicy jawy i snu, pijąc z Tomkiem w barze Pod Kotem, słuchając jego żali o tym, jak Agata się zmieniła stroi się jakby szła na bal do Pałacu Kultury, ma jakieś sekrety. Fałszywie pocieszałem go, a potem pędziłem przez świąteczne światła Warszawy prosto w ramiona Agaty, zaplątany w jej szalik, który pachniał lawendą, choć była zima.
Nie widziałem sensu, celu tego niszczenia czyjegoś życia, aż pewnego wieczoru Agata przyszła do mnie z miną obcą, jakby wyszła z obrazu Witkacego. Pokłóciła się z mężem, a złość wyładowała na mnie:
Tu jest jak w śnie, wszystko brudne! Odkurzacz chyba sam się nie uruchomi. Lodówka świeci pustkami, przecież nie będę gotować dwa obiady. Nie jesteś moim dzieckiem, tylko moją ucieczką. Naucz się żyć sam, bo nie będę wiecznie sprzątać.
Słowa te brzmiały jak dziwne echo ze szkolnego korytarza, gdzie nigdy nie było lekcji. Wiedziałem już, iż Agata mnie nie kochała, traktowała mnie jak wytłumaczenie, jak klucz do gołębnika, który zgubiła. Nasze spotkania stały się szare jak listopadowe poranki; jej zmęczenie mieszało się z moim lękiem, a ja żałowałem tylko jednego iż to ja poprosiłem o zakończenie tego snu.
Tej nocy otrzymałem SMS, pisany dziwacznymi znakami: Wyjeżdżam, nie mów Tomkowi. I nie zamierzałem. Wstydziłem się patrzeć mu w oczy, nie potrafiłem wyznać prawdy, choć czułem, iż to by może ukoiło dziwne odgłosy w mojej głowie. Od tego dnia powiedziałem tylko, iż nie mogę już odprowadzać Agaty na tramwaj, bo kończę pracę wcześniej.
Powtarza się w Polsce, iż na nieszczęściu innych nie buduje się szczęścia. Od tamtej pory żyję jak we śnie boję się, iż nowa dziewczyna okaże się kolejnym snem, kolejną Agatą, ukrytą gdzieś pod powieką.

Idź do oryginalnego materiału