4 lipca 2023, wtorek
Nie mogę przestać o tym myśleć, więc muszę wylać myśli na papier. Moja teściowa, pani Grażyna, znów jest na mnie obrażona. Powód? Pojechaliśmy z Wiktorem i naszymi nastoletnimi dziećmi na pierwsze „prawdziwe” wakacje, zamiast dołożyć jej do remontu mieszkania! Szczerze mówiąc, przez ostatnią dobę miałam w głowie tylko jedno: czy to ja jestem nienormalna, czy to świat wokół mnie?
Grażyna mieszka w Sopocie, w świeżo wyremontowanym przed pięcioma laty, zadbanym mieszkaniu. Zachciało jej się jednak nowej kolorystyki ścian i wymiany paneli. Uznała, iż powinniśmy sfinansować jej kolejną metamorfozę. Według niej, jako dzieci (no, głównie Wiktor), jesteśmy jej obowiązkowymi sponsorami przecież nie obchodzi jej, czy mamy własny kredyt do spłacania, a dwójka naszych licealistów nie rośnie na drzewach.
Jesteśmy z Wiktorem bardzo ostrożni z pieniędzmi, ostrożni może aż do przesady. Od lat oszczędzamy, żeby spłacić mieszkanie na osiedlu w Gdańsku, żadnych szaleństw, dzieci chodzą do publicznych szkół, o markowych ubraniach choćby nie wspominam. Na urlopach do tej pory tylko lasy kaszubskie lub babciny domek nad jeziorami pod Brodnicą i nie narzekałam. Ale patrząc na córkę Zosię i syna Tomka, żal było serca, iż tak mało świata widzieli.
Dlatego w tym roku, po długim główkowaniu i naprawdę dużych wyrzeczeniach, postanowiliśmy wyjechać do Toskanii. Żadnych luksusów autokar, najtańsza oferta, zniżki dla dzieci. Ale dla nas to i tak kosmos! Bałam się, jak powiemy rodzinie, więc postanowiliśmy Grażynie nie wspominać, po prostu zamknąć mieszkanie i pojechać.
Grażyna zawsze była bardzo niezależna. Już na początku naszego małżeństwa rzuciła, żebym choćby nie liczyła na to, iż będzie opiekować się wnukami. Nie prosiłam jej, bo to jej prawo zamiast tego dzieci zostawały u moich rodziców, gdy musieliśmy z Wiktorem zostać dłużej w pracy albo coś załatwić. Grażyna odpoczywa, jest na emeryturze, zapisuje się na aqua aerobik i wykłady uniwersytetu trzeciego wieku, organizuje wycieczki. Ma swoje życie, swoje plany.
Jest jednak jeden poważny minus: praktycznie wszystko musi być przez rodzinę finansowane. Jej emerytura jest, delikatnie mówiąc, symboliczna. Gdy potrzebuje czegokolwiek nowej pralki, remontu balkonu, czy wypadu do spa z przyjaciółką dzwoni do Wiktora. „Dzieci powinny pomóc matce” powtarza. Już się przyzwyczaiłam, całymi latami Wiktor chodził do niej w weekendy pomagać, coś naprawiać, dźwigać zakupy.
Tym razem jednak stanowczo się zbuntowałam. Nie mogę pozwolić, byśmy tracili te kilka cennych chwil na rzecz kolejnego jej kaprysu, zwłaszcza iż ściany u niej jak nowe, a pięć lat temu wydaliśmy na jej mieszkanie prawie 20 tysięcy złotych.
Na nasze nieszczęście, Grażyna wpadła podczas naszej nieobecności. Drzwi zamknięte, więc natychmiast telefon do Wiktora: „Gdzie jesteście?”. Wiktor, trochę z przekąsem, odpowiedział, iż jesteśmy z dziećmi we Włoszech. Rozłączyła się, a po powrocie witał nas lodowaty armagedon.
Złościła się, krzyczała, iż powinniśmy jej chociaż powiedzieć o wyjeździe. I jeszcze to: „Skąd mieliście pieniądze? Lepiej było zrobić mi remont niż jechać na jakieś zagraniczne wczasy!”. Wiktor pierwszy raz od lat nie wytrzymał i odpowiedział, iż jej zachcianki nie mają związku z naszym budżetem, i nie ma prawa decydować, na co wydamy nasze pieniądze.
Od tamtego czasu nie ma kontaktu nie dzwoni do nas, a wnukom też się nie odzywa. Za to odezwali się inni członkowie rodziny z pretensjami, iż „tak nie można z własną matką”. Na szczęście moi rodzice nas rozumieją i mówią, iż dobrze zrobiliśmy. Przez chwilę jest mi trochę przykro, bo wiem, iż starszym ludziom potrafi być bardzo smutno, ale nie chcę żyć wiecznie dla innych.
Czuję ulgę i dumę, iż zaryzykowaliśmy i daliśmy dzieciom te piękne wspomnienia. Może to już ostatni raz, zanim dorosną i pójdą w świat. W końcu życie mija szybko, a zachcianki teściowej chyba nigdy się nie skończą nasze marzenia też są ważne.










