Krystyna trzymała kartkę z wynikami.
Papier był wilgotny od potu.
W poradni ginekologicznej panował tłok.
— Nowak Krystyna Marcinówna! — zawołała pielęgniarka.
Krystyna wstała i weszła do gabinetu.
Lekarka przebiegła wzrokiem po dokumentach.
— Proszę usiąść — powiedziała obojętnie.
— Wszystko w normie. Niech mąż się przebada.
Krystynie zrobiło się zimno.
Wojciech? Przecież to niemożliwe.
W domu teściowa siekła kapustę na barszcz.
Nóż poruszał się szybko, nerwowo.
— No i co, córeczko? — spytała Barbara Stanisławowa.
— Ze mną wszystko w porządku — mruknęła Krystyna.
— To dlaczego… — teściowa podniosła wzrok.
— Wojciech musi się przebadać.
Nóż zawisł w powietrzu.
Barbara wyprostowała się jak struna.
— Co za bzdury! Mój syn jest zdrowy!
— Za moich czasów baby rodziły bez badań.
Krystyna weszła do pokoju.
Na kanapie leżały dwie nie do pary skarpetki.
Podniosła je bez słowa.
Trzy lata małżeństwa, a wciąż nic do siebie nie pasowało.
Wojciech wrócił późno.
— Co za mina pogrzebowa? — burknął.
— Musimy porozmawiać — powiedziała Krystyna.
— O czym?
Podała mu wyniki.
Przejrzał je i odłożył na stolik.
— No i?
— Musisz się przebadać.
— Z jakiej racji? Jestem zdrowy jak koń!
Zerwał się, zaczął chodzić po pokoju.
Wyglądał silnie, pewnie.
Ale zdrowia nie widać na pierwszy rzut oka.
— Wojtku, proszę cię…
— Dość! Nie chcesz dzieci, to powiedz wprost!
Z kuchni dobiegło szuranie kapci.
Teściowa nasłuchiwała za drzwiami.
— Dzieci to moje największe marzenie — powiedziała cicho Krystyna.
— To czemu ich nie ma? Może coś ukrywasz?
Cios był bolesny.
Krystyna odskoczyła jak oparzona.
— Jak możesz tak mówić?
— A jak mam myśleć? Trzy lata i nic!
Drzwi otworzyły się gwałtownie.
Barbara wpadła jak burza.
— Wojtuś, nie słuchaj jej! To przez lenistwo!
— Gdyby pracowała, nie szukałaby dziury w całym.
Krystyna spojrzała na męża.
Wojciech odwrócił się do okna.
— Naprawdę myślisz, iż to moja wina?
— Nie wiem, co myśleć — syknął.
— Zdrowy chłop do lekarza nie chodzi.
Teściowa skinęła głową z satysfakcją.
— Mój syn ma rację. To nie męska rzecz.
W Krystynie coś pękło.
Jak napięta struna, która nie wytrzymała.
— Dobrze — powiedziała spokojnie.
Następnego dnia zaczęła się wojna domowa.
Teściowa czepiała się każdego drobiazgu.
— Powinnaś pójść do pracy, nie do lekarzy — syknęła przy kolacji.
Wojciech jadł kotleta, nie podnosząc głowy.
— Pracuję — przypomniała Krystyna.
— Trzy dni to nie praca, to zabawa.
— Co moja praca ma z tym wspólnego?
— Wszystko! Mój syn jest zdrowy, a ty go oskarżasz!
Krystyna wstała od stołu.
Nogi się pod nią uginały.
— Zjadłaś i uciekasz? — zdziwiła się teściowa.
— Jestem zmęczona — odpowiedziała cicho.
— Zmęczona? Od czego?
Wojciech podniósł wzrok.
Mignęło w nim coś jak współczucie.
Ale milczał, znowu milczał.
W nocy Krystyna słuchała chrapania męża.
Kiedyś ten dźwięk ją uspokajał.
Teraz tylko drażnił.
Jak mogła nie zauważyć, iż jest taki uparty?
Jak długo jeszcze miała to znosić?
Rano spakowała rzeczy do starego plecaka.
Niewiele zabrała — parę rzeczy, resztę zostawiła.
Nie zostawiła listu.
Nie miała już nic do wyjaśnienia.
Zamknęła drzwi cicho, bez trzaskania.
Wiedziała, iż wraca do siebie, nie od siebie.
Wojciech zrozumiał wszystko zbyt późno.






