Tak to czasem bywa…
Małą Elżunię rodzice bardzo wyczekiwali. Ale ciąża okazała się trudna, dziecko urodziło się przedwcześnie. Leżała w inkubatorze. Wiele układów ciała było niedorozwiniętych. Tlen, dwie operacje, odwarstwienie siatkówki. Dwa razy pozwolono rodzicom się z nią pożegnać. Ale Elżunia przetrwała.
Szybko wyszło na jaw, iż niemal nie widzi i prawie nic nie słyszy. Rozwój fizyczny stopniowo ruszył Elżunia usiadła, chwyciła zabawkę, potem ruszyła się przy meblach. Ale z rozwojem intelektualnym nic, pustka.
Rodzice początkowo mieli jeszcze nadzieję walczyli razem, aż w końcu ojciec cicho zniknął z życia, rozpuszczając się gdzieś w powietrzu, a matka została w tej batalii sama.
Znalazła jakieś dofinansowanie w wieku trzech i pół lat Elżuni wstawiono implanty słuchowe. Teraz niby słyszała, ale rozwój wciąż stał w miejscu. Specjaliści: surdopedagodzy, logopedzi, psycholodzy… Mama Agata wielokrotnie przychodziła do mnie z Elżunią.
Mówiłam: a może spróbujemy jeszcze to… albo jeszcze tamto… Matka próbowała wszystkiego. Bez rezultatu. Elżunia większość czasu cicho kręciła się w kojcu, obracając jakąś rzecz. Tłukła nią o podłogę. Grubywała własną rękę i inne rzeczy. Czasem wyła na jednym dźwięku, czasem modulowała. Matka twierdziła, iż Elżunia ją rozpoznaje, wabi ją jakimś szczególnym gruchaniem i uwielbia, gdy drapie się ją po plecach i nóżkach.
W końcu jakiś starszy psychiatra powiedział: a co tu jeszcze za diagnoza? Warzywo chodzące. Proszę podjąć decyzję wobec tego dziecka i żyć dalej. Albo oddać, albo po prostu się nim opiekować przecież już się pani tego nauczyła? Nie widzę sensu w łudzeniu się na spektakularną poprawę albo w składaniu siebie w ofierze przy tym kojcu. Był to jedyny człowiek w życiu matki Elżuni, który się jasno wypowiedział. Oddała Elżunię do specjalnego przedszkola i wróciła do pracy.
Po jakimś czasie kupiła motocykl zawsze o tym marzyła. Jeździła z zaprzyjaźnioną ekipą po Warszawie i mazowieckich drogach kiedy warczał silnik, wszystkie niepokojące myśli i uczucia mijały. Ojciec płacił alimenty w złotówkach, Agata wydawała je całkowicie na opiekunki weekendowe Elżunia była w gruncie rzeczy łatwa w opiece, jeżeli przywyknąć do jej wycia. Później jeden z motocyklowych kolegów powiedział Agacie: wiesz co, naprawdę mi się spodobałaś. Jest w tobie coś przejmująco interesującego.
Chodź, pokażę ci coś odpowiedziała Agata.
Uśmiechnął się zadowolony, sądząc, iż zaprasza go do siebie do domu i łóżka. Pokazała mu Elżunię. Akurat była w formie wyła modulowanie i gruchała chyba rozpoznała matkę albo zaniepokoiła się obcym mężczyzną.
No nieźle sobie to wyobrażałem! powiedział motocyklista.
A co adekwatnie się spodziewałeś? odcięła się Agata.
Wkrótce zaczęli nie tylko jeździć, ale i razem mieszkać. Motocyklista Marcin do Elżuni się nie zbliżał (uzgodnili to z góry), zresztą Agata też nie chciała. Potem Marcin powiedział: a może byśmy mieli dziecko? Agata odpowiedziała ostro: a jeżeli znów takie jak Elżunia, to co, zostawimy? Marcin zamilkł na niemal rok, potem jednak wrócił do tematu.
Urodziła się Zosia. Na szczęście zdrowa jak rydz. Marcin powiedział: może oddamy Elę do placówki? Skoro mamy normalną córkę? Agata odparła: ja ciebie raczej oddam. Marcin natychmiast złagodniał: To tylko pytanie Zosia odkryła Elę, gdy zaczęła raczkować, jakieś dziewięć miesięcy.
Natychmiast się nią zafascynowała. Marcin się zagłuszał lepiej, żeby Zosi do Eli nie dopuszczać, bo niebezpieczne, nigdy nie wiadomo. Ale Marcin ciągle był w pracy lub na motocyklu, a Agata pozwalała. Kiedy Zosia była blisko, Elżunia przestawała wyć. Zdawało jej się, iż Ela nasłuchuje i czeka. Zosia przynosiła zabawki, pokazywała, jak się nimi bawić, sama chwytała i układała paluszki Eli.
Pewnego dnia Marcin zachorował i został w domu na cały weekend. Zobaczył: Zosia, jeszcze chwiejąc się na swoich nóżkach, coś mamrocze zachęcającego, a za nią, jak cień, podąża Ela (wcześniej siedziała ciągle w swoim kącie). Marcin rozpętał awanturę: Odseparuj mojego dziecka od twojego, albo sama pilnuj! Agata bez słowa wskazała mu drzwi.
Przestraszył się. Pogodzili się. Agata odwiedziła mnie:
On to taki drewniak a ja go kocham powiedziała. To straszne, prawda?
To naturalne odpowiedziałam. Kochać swoje dziecko, bez względu na…
Ja o Marcinie mówiłam sprostowała Agata. A Ela dla Zosi jest niebezpieczna. Co pani o tym sądzi?
Powiedziałam, iż póki co w tej parze przewodzi Zosia, ale trzeba oczywiście pilnować. Na tym stanęło.
W półtora roku Zosia nauczyła Elę układać wieże z klocków według rozmiaru. Sama już mówiła całymi zdaniami, śpiewała proste piosenki, pokazywała zabawy rączkami jak sroczka kaszkę warzyła. Czy ona jest jakimś cudownym dzieckiem? spytała mnie Agata. Marcin chciał się dowiedzieć. Aż pęka z dumy dzieci ich znajomych w tym wieku nie mówią choćby mama-tata.
Myślę, iż to przez Elę zasugerowałam. Mało kto w tym wieku musi być lokomotywą czyjegoś rozwoju.
No właśnie! ucieszyła się Agata. Tak powiem temu drewienku z oczami.
Cóż za rodzinka, pomyślałam warzywo chodzące, kłoda z oczami, kobieta na motorze i cudowne dziecko. Po nauczeniu się korzystania z nocnika Zosia prawie pół roku próbowała nauczyć siostrę tej sztuki. Uczyć Elę jeść, pić z kubka, ubierać się i rozbierać to zadanie Agata wyznaczyła Zosi już sama.
W wieku trzech i pół lat Zosia postawiła sprawę jasno: Co adekwatnie jest nie tak z Elą?
Przede wszystkim nic nie widzi.
Widzi zaprotestowała Zosia. Tylko słabo. To widzi, a tego nie. I zależy od światła. Najlepiej widzi przy lampie łazienkowej nad lustrem tam widzi dużo.
Okulista był zaskoczony, gdy do wywiadu o stanie oczu Eli przyszło trzyletnie dziecko, ale wysłuchał uważnie, zlecił badania, przepisał nowe leczenie i trudne okulary.
Przedszkole Zosi kompletnie nie odpowiadało. Ona powinna iść do szkoły! Taka mądra! narzekała wychowawczyni. Z nikim nie daje się dogadać, wszystko wie lepiej.
Stanęłam okoniem wobec wcześniejszego posłania Zosi do szkoły: niech chodzi na zajęcia i pomaganie Eli. Marcin, ku memu zaskoczeniu, zgodził się i powiedział Agacie: no i posiedź z nimi do szkoły, co ona ma w tym głupim przedszkolu robić? A w ogóle, zauważyłaś, iż twoja to już od roku nie wyje?
Po kolejnych sześciu miesiącach Ela powiedziała: mama, tata, Zosia, daj, pić i miau-miau. Do szkoły poszły obie jednocześnie. Zosia bardzo się martwiła: jak ona sobie tam beze mnie poradzi? Czy są tam rzeczywiście dobrze specjaliści? Czy ją w ogóle zrozumieją? Do dziś, w piątej klasie, Zosia najpierw pomaga Eli z lekcjami, a potem robi swoje.
Ela mówi prostymi zdaniami. Umie czytać i używać komputera. Uwielbia gotować i sprzątać (Zosia lub mama jej wydają polecenia), lubi siedzieć na ławce pod blokiem, obserwować, słuchać i wąchać zapachy. Zna wszystkich sąsiadów i zawsze się z nimi wita. Lubi lepić z plasteliny, budować i rozkładać klocki.
Lecz najbardziej na świecie kocha te chwile, gdy całą rodziną jadą motocyklami poza Warszawę ona z mamą, a Zosia z tatą i wszyscy razem krzyczą coś do wiatru prosto w odrealnione, mgławicowe niebo.











