Dwa lata temu miałem wszystko: rodzinę, żonę, plany na przyszłość, nadzieje Teraz nic już nie zostało. Nie potrafię żyć, nie mogę pogodzić się z bólem straty. Gdybym mógł cofnąć ten przeklęty dzień, zrobiłbym wszystko, by nic się nie stało. Gdyby
Po raz pierwszy od dwóch lat wchodzę do przytłaczającej ciszy pustego domu. Wreszcie będę mógł pomścić śmierć żony. Chciałem wpaść po wódkę, ale zmieniłem zdanie. Nadszedł czas zemsty. Muszę zachować czysty umysł. Idę spać wcześnie i zaskakująco gwałtownie zasypiam. Po dwóch godzinach budzę się z mocno bijącym sercem, łapiąc powietrze ustami. Często, tak jak teraz, śni mi się Jadwiga, jej oddech przy mnie. Nasłuchuję, mając nadzieję, iż otworzy oczy i pojawi się obok. Nie ma jej. Poduszka nie jest zmiażdżona. Znów sen.
Przechodzę dłonią po prześcieradku. Natychmiast staje się ciepły pod moją ręką, co daje zwodnicze wrażenie, iż żona wciąż leży obok chwilę przed moim przebudzeniem. Nie mogę już zasnąć. Leżę, wpatrując się w rozświetlony w ciemności sufit. Przypominam sobie dwa lata oczekiwania na zemstę, tęsknotę. Wróg wrócił. Wiem to na pewno.
W ten przeklęty dzień Jadwiga wstała wcześnie z pracy. Szła na badanie USG w przychodni ginekologicznej. Miałaby być w ciąży. Nie wierzyła już w testy ciążowe. Lata starań, nadziei i marzeń o dziecku.
Jadwiga stała na krawędzi chodnika. Na przeciwległym pasie ruchu zapalił się zielony sygnalizator i jako pierwsza wkroczyła na pasy. Nie zauważyła nadjeżdżającego samochodu, który przyspieszał, by przejechać przed tłumem pieszych. Gdyby nie rowerzysta pędzący z drugiej strony, nie doszłoby się kolizji. Kierowca skręcił w prawo, wprowadzając auto w drogę Jadwigi. Zginęła na miejscu. Policja w pobliskiej warszawskiej stacji przyznała mu dwa lata więzienia. Jadwigi nie ma. Rowerzysta skończył z siniakami po upadku. Lekarze stwierdzili, iż nie była w ciąży.
Wróg będzie dalej żył z żoną i synem. Ja nie mam nikogo, nic, nie mam nadziei. Od dawna postanowiłem zabić mojego wroga. Roztrąbię go tak, jak roztrąbiłby silnik, niech jego rodzina przeżyje to, czego ja nie mogę znieść. Nie będę się chować, nie będę uciekać. choćby jeżeli sam zginę. Umrzałem razem z żoną dwa lata temu. Nie można nazwać życia oczekiwaniem na zemstę.
Czasem przyjeżdżam na skrzyżowanie, gdzie zginęła Jadwiga. Kupuję kwiaty i kładę je na krawędzi chodnika. Przechodnie mijają mnie, nie zwracając uwagi. Stoję i staram się wyobrazić, o czym myślała w ostatniej sekundzie życia. Pewnie liczyła, iż usłyszy wreszcie dobrą wiadomość. Wzięła ostatni oddech i wkroczyła na pasy
Chodzę na cmentarz, odwiedzam kościół, ale nie znajduję ulgi. Tylko po zemście będę wolny. Zmęczony bezsennym niepokojem wstaję, biorę prysznic i dokładnie się golę. Powoli zjadam kanapkę przy herbacie, patrząc na plamę na ścianie. Jadwiga planowała przyklejać nowe tapety. Nie robię tego. Plama jest częścią wspomnień o niej. Zakładam czystą koszulę, wyrzucam ostatnie spojrzenie na pokój. Czy wrócę?
Na początku kręciłem się po mieście, zabijając czas. Zbyt wcześnie. Mój wróg wciąż leży na czystych prześcieradłach obok żony. Albo już wstał, przeciągnął się, poszedł do łazienki, drapiąc się w pachwinę pod majtkami. Załatwił małe potrzeby, ziewając. Potem wziął prysznic. Żona już przygotowała śniadanie. Wychodzę z łazienki, pachnąc żelem pod prysznic, całuję żonę i siadam naprzeciwko syna przy stole Dość przerywa sobie Władek. Wróg wygląda za dobrze, by być zabójcą mojej żony.
Teraz wyobrażam sobie, iż wróg wczoraj wieczorem solidnie się napił, nadrabiając stracone dwa lata. Rano budzi się z silnym bólem głowy i pragnieniem. Wlewa sobie w twarz garść wody, pije prosto z kranu, jak przywykł w więzieniu. Nie goli się. Siedzi w piżamie i koszulce przy stole Teraz wszystko się zgadza. Taki powinien być wróg. Nie żałuję go.
Odwracam auto i ruszam w stronę domu wroga. Na podwórku ustawiam samochód tak, by widzieć wjazd. Na placu zabaw bawią się dwójka dzieci. Czekam. Prędzej czy później wróg wyjdzie z domu. Sam, z rodziną nieważne. Nie dziś, innym razem zemsta go dopadnie.
To ostatnie dni kwietnia. Na krzakach i drzewach, zwłaszcza po słonecznej stronie podwórka, pojawiają się młode listki. Asfalt jeszcze nie wyschnął po nocnym deszczu. Niebo zasnute chmurami. Chłodno.
Nagle z drzwi wyjścia schodzi chłopiec, około sześciu lat. Biegnie na placik do innych dzieci, ale dostrzega mój 4×4, podjeżdża powoli. Może to być syn wroga? Może. Zniżam szybę.
Czego chcesz, chłopcze?
Nic odpowiada, patrząc spod noża, nie przestraszony, nie uciekający. Mój tata też ma auto. Nie takie fajne jak twoje.
I co się stało? Sprzedał? Władek cieszy się, iż tak łatwo może dowiedzieć się o wrogu.
Tak. Rozbił w wypadku, nowego jeszcze nie kupił.
Władek przygląda się chłopcu, próbując dostrzec podobieństwo do wroga. Nie udaje się. Może wygląda na mamę. Nie pamiętam jej twarzy. Twarz wroga znam doskonale. Na szybę wjeżdżają rzadkie krople deszczu.
Chcesz usiąść w aucie? Wejdź, żeby nie zmoknąć mówię i otwieram drzwi pasażera.
Chłopiec zastanawia się chwilę. Deszcz nasila się. Wchodzi na wysokie siedzenie, zamyka drzwi. Dźwięk deszczu w kabinie ledwo słychać. Chłopiec z płonącymi oczami przygląda się desce rozdzielczej z czerwonym podświetleniem.
A są podgrzewane fotele? Benzyna dużo pali? pyta dorosłym tonem.
Władek chętnie odpowiada na wszystkie pytania. Myśli, iż niebezpiecznie stać w środku podwórka z chłopcem.
Może się przejedziemy? Deszcz i tak pada.
Chłopiec spojrzy się na mnie nieufnie.
jeżeli nie chcesz, po prostu siedzimy mówię głośno.
W duchu myślę: Śmiały, bystry chłopiec.
Mama się na mnie złości. Rozumiem.
Chłopiec znów patrzy na mnie.
Nie ma czasu dla mnie. Tylko krótko.
Odjeżdżam z podwórka, myśląc, czy ktoś mnie widział. Dzieci nie wliczają się. Nie znają marek aut, nie zapamiętają numerów.
Przypominam sobie słowa, iż najlepsza zemsta za krzywdę to zabić to, co kocha napastnik. Decyzja przychodzi nagle, samo z siebie.
Jak masz na imię?
Władek odpowiada chłopiec z radością.
Co? To chyba my jesteśmy imiennikami. Ja też nazywam się Władek.
Zabić nie zamierzam. Nie będę w stanie. Chłopiec nie jest winny. Wróg to jedyne, co mnie gnębi. Młody chłopiec, choćby jeżeli jest synem mojego wroga, po prostu go odwieżę i zostawię. Nie ucieknie. Niech szuka syna, cierpi.
Przerwał mnie głos Władka.
Co? dopytam.
Powiedziałem, iż nie tata nie uderzył tę kobietę. Mama prowadziła auto. Tata siedział obok.
Jaką kobietę? lodowaty dreszcz przebiega po kręgosłupie.
Czy to moja Jadwiga zginęła nie w ręku wroga, a jego żony? mamroczę na głos.
Tak. Tata wziął winę na siebie. Mama nie wytrzymałaby w więzieniu. Ma chorobę. Często leży w szpitalu.
Skąd wiesz?
Nie jestem mały. Słyszałem, jak rodzice szeptali. Mama też mówiła.
Władekowi robi się gorąco. Wilgotnymi dłoniami mocno ściskam kierownicę.
Dlaczego mi to powiedziałeś? Czy mam iść na policję?
Władek patrzy na mnie.
Ojciec już odsiadł. Czy da się ukarać dwa razy za jedno przestępstwo?
Raczej nie. Tak myślę Władek uśmiecha się wymuszonym uśmiechem.
Nie zauważam, iż jedziemy za miasto. Władek patrzy przed siebie szeroko otwartymi oczami. Wilgotny asfalt, oznaczony białymi liniami, rozciąga się pod kołami.
Gdzie jedziemy? pyta.
W głosie chłopca słyszę nutę strachu.
Zastanawiam się hamuję na poboczu, opuszczam szybę, wciągam świeże, mokre powietrze. Szumy przejeżdżających aut stają się głośniejsze.
Czy czujesz się źle? w głosie chłopca pojawia się niepokój, a spojrzenie jest pełne zrozumienia, co ponownie rozgrzewa mnie.
Czy on naprawdę rozumie? Czy czuje? Dzieci i zwierzęta nie da się oszukać. Co ja robię? odwracam auto i wracam do miasta.
Jadwiga nie wróci. Wróg nie uderzył jej. Wziął winę żony. Odbył karę. Kogo teraz mam mścić? Ją? Sama się ukarała, nie ma już czasu. Co mówił Władek? Jej jedna nerka nie działa. Co ze mną? Czy mam zemścić się na niewinnym chłopcu
Z kim byłeś, kiedy mama leżała w szpitalu?
Z babcią. Ona ma chore serce. Nie lubi matki.
Patrzę na mokrą wstęgę asfaltu, która sunie naprzód. Deszcz przestał padać.
Ile masz lat?
Siedem. We wrześniu pójdę do szkoły. A wy macie dzieci?
Władek drży. Jak powiedzieć chłopcu, iż bardzo pragnę syna? Takiego równie bystrego. Ale jego matka zabiła Jadwigę Myślę, iż rodzice już szukają syna, kręcą się po podwórku, może wezwali policję.
Dojechaliśmy mówię.
Wjeżdżamy na podwórze. Dzieci chowają się w domach przed deszczem. Nikt nie biega w panice i łzach. Władek otwiera drzwi pasażera.
Do kogo przyjechaliście?
Władek nie od razu rozumie pytanie.
Co? A Jechałem do znajomych. Nie było ich w domu.
Władek wyskakuje na asfalt.
Czy jeszcze wrócicie?
Zobaczymy. jeżeli przyjadę, pojedziesz ze mną? Nie mam syna. Nie mam córki. Nikt nie jest ze mną. milczy. jeżeli twój tata kupi nowy samochód, to będzie świetna okazja. Nie pożałuje.
Dziękuję. Do widzenia dźwięk drzwi zamykających się łączy się z szumem.
Do widzenia mówię, uśmiechając się.
Władek zatrzymuje się przy wejściu, odwraca się. Wstaję, podjeżdżam do najbliższego sklepu, kupuję butelkę żółtej wódki. Nad brzegiem Wisły siadam na mokrej trawie, piję prosto z szyjki. Żołądek płonie. Leżę na plecach, patrzę w niebo. Chmury się rozwijają, odsłaniając błękit.
Hej, wujku, nie przeziębisz się? słyszę chrypliwy głos.
Otwieram oczy. Przed sobą stoją dwaj nastolatkowie. Najwyraźniej zasnąłem. Wstaję gwałtownie, idę do auta.
Hej, wujku, weźmy wódkę? woła jeden z nich.
Za wcześnie na picie odpowiadam, podnosząc z ziemi prawie pełną butelkę.
Za plecami słychać ostre przekleństwo. Nie odwracam się.
Wsiadam do auta i jadę do domu. Po raz pierwszy od dwóch lat czuję się wolny.
Boże, prawie popełniłem zbrodnię. Dzięki, iż mnie ochroniłeś. Gdybym miał syna szepczę, a droga przed mną rozmywa się w łzach.
Zemsta to życie poświęcone wrogiemu człowiekowi. Kiedy mszczysz się, poświęcasz swoją jedyną, niepowtarzalną egzystencję dla kogoś innego, a zwłaszcza dla wroga. Przegrać możesz, choćby wygrywając!





