Zgodziłam się zaopiekować dzieckiem mojej najlepszej przyjaciółki, nie wiedząc, iż to syn mojego męża

newskey24.com 8 godzin temu

Zgodziłam się zaopiekować dzieckiem mojej najlepszej przyjaciółki, nie mając pojęcia, iż jest ono mojego męża.

Moja przyjaciółka, Zuzanna, zaszła w ciążę cztery lata temu. Wtedy moje życie toczyło się w świętym spokoju byłam żoną, miałam pewność finansową i własne mieszkanie w Warszawie. Ona nie miała nic: ani faceta, ani stabilizacji, ledwie jej starczało na chleb i kefir. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie zapłakana, iż nie wie, co zrobić z małą, bo musi wracać do pracy, a nie ma komu powierzyć dziecka. Błagała:
Jesteś jedyną osobą, której ufam.

Nie zastanawiałam się długo. W końcu to przyjaźń, a my znałyśmy się od podstawówki. Na początku mała Jagódka zostawała u mnie na kilka godzin. Potem już całe dnie. Kąpałam ją, karmiłam, utulałam do snu na rękach. Mój mąż, Paweł, też był zaangażowany bawił się z nią, nosił na barana, kupował zabawki w Smyku jak rasowy wujek. Wszystko wydawało się normalne, wręcz urocze.

Zuzka często wpadała do nas, czasami zostawała na obiad. Bywało, iż ja rozmawiałam z Pawłem w kuchni, a ona siedziała zamknięta w naszej sypialni. Nigdy mnie to nie dziwiło ufałam im obojgu bardziej niż prognozie pogody w TVP. choćby przez głowę mi nie przeszło, iż coś może być nie tak.

Z czasem pojawiły się sygnały, które dziś, z perspektywy czasu, krzyczą do mnie jak syrena alarmowa. Jagódka przypominała Pawła jak dwie krople wody ten sam nos jak kartofel, ten sam krzywy uśmiech. Mówiłam sobie, iż przesadzam, bo przecież dzieci często są podobne do każdego, kto je karmie. Pewnego dnia Jagoda powiedziała do mnie mamo. Zuzka się roześmiała, mówiąc, iż dzieci zawsze się mylą, a ja też się zaśmiałam, bo wyparcie to przecież polski sport narodowy.

Wszystko się zawaliło, gdy mała się rozchorowała i dostała gorączki jak w piekle. Zuzka była wtedy w Krakowie, telefonu nie odbierała pewnie Wi-Fi padło na dworcu. Przestraszona wieczorem zawiozłam Jagódkę na izbę przyjęć. Paweł pojechał ze mną, jak ojciec roku. Przy rejestracji pielęgniarka zapytała o dane ojca. Nikt nie pytał Pawła bezpośrednio, ale on od razu wyrecytował: Paweł Nowak, syn Janiny i Wiesława.

Łyknęłam ślinę i spytałam:
Czemu podałeś swoje dane?
Odpowiedział:
Nie wiem byłem zestresowany.
Ale jego mina przeczyła jego słowom.

Na parkingu, pod szpitalem, stanęłam przed nim z miną jak komornik koło starego poloneza i pytam:
Paweł, to jest twoje dziecko?
Najpierw się śmiał, iż chyba oszalałam. Powtórzyłam pytanie jeszcze kilka razy. W końcu zamilkł i spuścił głowę. W jego ciszy była odpowiedź.

Wieczorem zadzwoniłam do Zuzki i kazałam jej przyjechać. Gdy tylko przekroczyła próg, wypaliłam wprost:
To jest dziecko Pawła?

Zaczęła ryczeć jak bóbr. Przyznała się, szlochając, iż nigdy nie chciała mnie skrzywdzić. Odpowiedziałam jej:
Więc po co wciągnęłaś mnie w opiekę nad swoim dzieckiem, nie mówiąc mi całej prawdy?

Wyjaśniła, iż gdy dowiedziała się o ciąży, Paweł błagał ją, żeby nic mi nie mówiła. Obiecał wziąć odpowiedzialność po polsku, czyli po cichu i po kątach. I tyle z tej męskiej odpowiedzialności: dziecko u mnie w domu, ja zmęczona i zapłakana nad kredensem, a on dumny jak paw. Wszystko na mój koszt i finansowy, i emocjonalny. Przytulałam małą, usypiałam, a tak naprawdę spałam na beczce z prochem.

Tej nocy otworzyły mi się oczy na całą sytuację: czemu dziecko ciągle u nas, czemu Paweł ochoczo pomaga, czemu Zuzka tak mi ufa. Byłam opiekunką, kucharką, pielęgniarką, niemal drugą mamą dla dziecka swojego męża.

Coś we mnie pękło. W tym samym tygodniu zakończyłam małżeństwo, pożegnałam się z Zuzką i jej dramatami. Nie było szans na powrót do tamtego życia. Dziecko nie jest niczemu winne, to wiem. Ale już nie chciałam go widywać.

Dziś żyję spokojnie w swoim mieszkaniu, już bez ludzi, którzy mnie wystawili na pośmiewisko. A iż przynajmniej nie muszę już gotować podwójnych obiadów to zawsze jakaś ulga.

Idź do oryginalnego materiału