Żona i teść Karina tylko udawała, iż chce poznać rodziców Wiktora. Po co miałaby się nimi interesować? Przecież nie zamierza z nimi mieszkać, a od jego ojca, który rzekomo jest zamożny, spodziewa się raczej kłopotów i podejrzliwości niż jakichś korzyści. Ale skoro już postanowiła wyjść za mąż, musi grać do końca. Karina starannie się wystroiła, ale prosto — tak, by sprawiała wrażenie miłej, skromnej dziewczyny. Spotkanie z rodzicami narzeczonego to zawsze wydarzenie pełne ukrytych przeszkód, a wizyta u inteligentnych teściów to prawdziwy test na nerwy. Wiktor myślał, iż Karina potrzebuje wsparcia: — Nie denerwuj się, Karina. Tata jest nieco ponury, ale da się z nim dogadać. Nic złego ci nie powie, na pewno cię polubią. Mama to dusza towarzystwa, tata trochę dziwny, ale przekonasz się sama — pocieszał ją, stojąc pod rodzinnym domem. Karina tylko się uśmiechnęła, poprawiła włosy na ramieniu. Tata ponury, mama dusza towarzystwa. Niezłe połączenie, pomyślała z przekąsem. Dom nie zrobił na niej szczególnego wrażenia. Bywała już w bogatszych. Przyjęli ich od razu. Karina nie była szczególnie zestresowana. Po co się denerwować? Ludzie jak ludzie. Anna, jak już słyszała od Wiktora, od lat była gospodynią domową, czasem jeździła z koleżankami na wycieczki, ale nic nadzwyczajnego. Ojciec, Jerzy, choć nie należał do wesołków, był raczej małomówny. Jego imię jednak wydało jej się dziwnie znajome… Przywitali ich… I Karina zamarła, jeszcze nie wchodząc do środka. To już koniec… Teściowej nie znała, ale teścia rozpoznała w sekundę. Spotkali się trzy lata temu. Niezbyt często, ale z wzajemną korzyścią. W barach, hotelach, restauracjach. Oczywiście, ani żona Jerzego, ani jego syn o niczym nie wiedzieli. Zatkało ją. Jerzy także ją poznał. Przez sekundę w jego oczach błysnął cień — może zdziwienia, może czegoś ciemniejszego — ale milczał jak zaklęty. Wiktor, zupełnie nieświadomy, przedstawił ją rodzicom: — Mamo, tato, poznajcie Karinę. To moja narzeczona. Przepraszam, iż tak późno ją przyprowadzam, jest bardzo nieśmiała. Oj… Jerzy podał jej dłoń. Jego uścisk był mocny, wręcz szorstki. — Bardzo mi miło, Karino — powiedział, a w jego głosie zabrzmiała ledwo uchwytna nuta… czegoś niezidentyfikowanego. Może złości albo ostrzeżenia. Albo… Karina myślała już tylko o tym, czy Jerzy wyjawi kim była. — Mnie również bardzo miło, panie Jerzy — odpowiedziała, grając swoją rolę i ukrywając strach. Poczuła przypływ adrenaliny. Co teraz…? Ale… nic się nie wydarzyło. Jerzy wykrzesał coś jakby uśmiech i sam odsunął jej krzesło przy stole. Może planuje upokorzyć ją później… Ale nie. Niczego nie zaczął. I wtedy Karina pojęła — on nie powie. Gdyby ją wydał, sam by się zdradził żonie. Gdy nieco odetchnęła, atmosfera przy stole była zadziwiająco swobodna. Anna opowiadała historyjki z dzieciństwa Wiktora, a Jerzy zadawał pytania o jej pracę — chociaż wiedział o niej znacznie więcej. Jego drobne ironie nie robiły już na Karinie wrażenia. Kilka razy choćby zażartował, a ona ku swemu zaskoczeniu parsknęła śmiechem. Chociaż w jego żartach roiło się od aluzji zrozumiałych tylko dla ich dwojga. Na przykład, patrząc na Karinę, rzucił: — Wie pani, Karino, przypomina mi pani moją dawną… koleżankę. Też była bardzo bystra. Potrafiła znaleźć sposób na każdego człowieka. Karina nie zbladła: — Talenty bywają różne, panie Jerzy. Wiktor, jak przystało na zakochanego narzeczonego, patrzył w nią z podziwem i nie dostrzegał podtekstów. Naprawdę ją kochał. I to było najważniejsze… i najsmutniejsze. Dla niego. Później, gdy rozmowa zeszła na podróże, Jerzy, świdrując Karinę wzrokiem, powiedział: — Ja na przykład lubię odludne miejsca, gdzie można posiedzieć z dobrą książką i spokojnie pomyśleć. A pani, Karino, jakie miejsca pani woli? Chciał ją podejść. — Ja wolę, gdy wokół jest dużo ludzi, musi być głośno i wesoło — odpowiedziała Karina spokojnie — Choć czasem nadmiar świadków bywa niebezpieczny. Chyba, przez moment, Anna coś zauważyła. Karina zwróciła uwagę, jak przyszła teściowa się zmarszczyła, ale zaraz odgoniła jakąś myśl. Jerzy wiedział, iż Karina nie szukała ciszy. I doskonale wiedział, czemu. Gdy wieczór dobiegł końca, a wszyscy szykowali się do snu, Jerzy objął Wiktora i powiedział: — Synu, dbaj o nią. Jest… wyjątkowa. Zabrzmiało to i jak komplement, i jak ironia. Chyba tylko Karina to zrozumiała. Karina poczuła przeszywający chłód w powietrzu. „Wyjątkowa”. Właśnie to słowo wybrał. *** Nocą Karina nie mogła zasnąć. Przewracała się w łóżku, analizując nagłe spotkanie i wymyślając, jak żyć ze świeżo odkrytą sytuacją. Perspektywy były mizerne. Domyślała się, iż Jerzy również nie spał. On — przez przypadkowe spotkanie, ona przez wszystko naraz. Cicho wstała, narzuciła ulubioną domową bluzę na T-shirt i szorty, po czym wyszła z pokoju. Schodząc po schodach, specjalnie stąpała na tyle głośno, by ktoś nienocujący usłyszał. Wyszła na werandę, przekonana, iż Jerzy zobaczy ją od razu. Nie musiała długo czekać. — Nie śpisz? — zapytał, podchodząc z tyłu. — Jakoś nie mogę zasnąć — odparła. Powiał lekki wiatr i poczuła znajomy zapach jego perfum. Uważnie jej się przyglądał. — Po co ci mój syn, Karina? — nie był już taki, jak kiedyś — Wiem, do czego jesteś zdolna. Wiem, ilu takich jak ja przewinęło się przez twoje życie. I wiem, iż zawsze chodziło ci o pieniądze. Nigdy tego nie ukrywałaś. Cenę zawsze podawałaś, choć zawoalowaną. Po co ci Wiktor? jeżeli nie chce rozdrapywać przeszłości, ona też nie miała zamiaru być miła. Uśmiechnęła się kąśliwie: — Kocham go, panie Jerzy — zaśpiewała cicho — Dlaczego nie mogę? Nie przekonało go to. — Ty? Kochać? To śmieszne. Ja dobrze wiem, kim jesteś, Karina. I wszystko powiem Wiktorowi. Kim byłaś. Kim jesteś naprawdę. I jak myślisz — ożeni się z tobą po tym? Karina zbliżyła się, zostawiając między nimi jedynie długość ręki. Przechyliła głowę, przyglądając się mu z góry. Jakby już się nie napatrzyła! — Opowiadaj, panie Jerzy, — powiedziała przeciągle — Ale wtedy twoja żona też pozna nasz mały sekret. — To… — To nie jest szantaż. To równowaga. jeżeli wszystkim powiesz, jak się poznaliśmy, nie będziesz w stanie zataić także szczegółów naszej znajomości. Uwierz, dorzucę kilka pikanterii. — To nie to samo… — O tak? Swojej żonie też tak powiesz? Jerzy zamarł. Próba zastraszenia Kariny nie powiodła się. Zrozumiał, iż został zapędzony w kozi róg. Oboje byli w tej samej pułapce. — Co jej powiesz? — Nie tylko jej. Wszystkim. Wiktorowi też. Opowiem, jakim jesteś wzorowym mężem, na jakie delegacje chodziłeś. Wszystko powiem, wtedy naprawdę nie będę już miała nic do stracenia. Chcesz ochronić syna przede mną? Proszę bardzo. Trudny wybór. Odradzić synowi ślub — to samemu podpisać pozew rozwodowy. — Nie odważysz się. — Ja nie? — Karina prychnęła śmiechem — Czyli ty możesz, a ja nie? jeżeli zrobisz swój ruch, ja zrobię swój. Twoja żona… Anna bardzo ceni wierność. Kiedyś, po pijaku, żalił się Karinie, iż Anna jest ideałem żony, a on tylko zawodzi. Ta nigdy mu nie wybaczy. Dlatego wybór był jasny. On wiedział, iż Karina nie blefuje. — Dobrze — wymamrotał — Nic nie powiem. Ty też zamilcz. Nikt nie musi wiedzieć. Zapomnijmy o tym, co było. Właśnie dlatego Karina była spokojna. On straciłby więcej. — Jak pan sobie życzy, panie Jerzy. Następnego ranka opuścili dom rodziców Wiktora. Pod nienawistnym wzrokiem przyszłego teścia Karina żegnała się z jego żoną, która już zdążyła ją nazwać „córeczką”. Jerzemu aż drgnęła powieka. Męczył się myślą, iż nie może ostrzec syna przed zdradliwą Kariną, ale bał się kompromitacji. Utrata Anny oznaczała utratę nie tylko żony, ale i sporej części majątku. A syn raczej by mu nie wybaczył… Innym razem Karina i Wiktor spędzali u rodziców dwa tygodnie. Urlop w pełni. Jerzy starał się unikać Kariny pod pretekstem licznych obowiązków. Ale któregoś dnia, będąc sam w domu, zwyciężyła złośliwa ciekawość. Zaczął przeszukiwać torbę Kariny. Tyle iż zamiast sensacji znalazł test ciążowy z dwiema kreskami. — Myślałem, iż katastrofa to ślub mojego syna z… Ale nie. To dopiero katastrofa — powiedział, odkładając test akurat wtedy, gdy Karina go przyłapała. — Aj, nieładnie grzebać w cudzych rzeczach — zrugała go z przekąsem, ale nie wydawała się zmartwiona. — Jesteś w ciąży z Wiktorem? Karina podeszła, odebrała mu torbę i powiedziała z uśmiechem: — Wygląda na to, iż zepsuł pan niespodziankę, panie Jerzy. Jerzy był wściekły. Teraz Karina już na pewno nie odczepi się od jego syna. Teraz jeżeli wszystko wyjdzie na jaw… będzie po wszystkim. Już nie wolno wybuchać. Ale jak milczeć, widząc, iż syn sam pakuje się w pułapkę? *** Minęło dziewięć miesięcy… i jeszcze pół roku. Wiktor i Karina wychowywali małą Alicję. Jerzy unikał odwiedzin. Nie potrafił na nich patrzeć. choćby wnuczki nie uznawał za swoją. Kariny się bał. Przerażała go jej obojętność wobec Wiktora i ciemna przeszłość. I znowu. Anna szykowała się na wizytę do Wiktora i Kariny. — Jerzy, jedziesz ze mną? — Nie, boli mnie głowa. — Znowu? To już robi się podejrzane. — Po prostu zmęczony jestem. Jedź sama. Jerzy, jak zwykle, udawał migrenę, przeziębienie, bóle nóg. Zawsze wynajdywał powód, by nie jechać. choćby łyknął tabletki dla wiarygodności. Nie mógł znieść obecności Kariny, ale też nie mógł wyjawić prawdy. Wieczór był nudny — jeżeli nie liczyć natrętnych myśli. Poczytał. Poleżał. W końcu zauważył, iż Anna nie wraca choćby po jedenastej. Telefon milczy. W końcu zadzwonił do Wiktora. — Witekk, wszystko u was ok? Anna już pojechała? przez cały czas jej nie ma. — Tato, jesteś ostatnią osobą, z którą chcę teraz rozmawiać. I odłożył słuchawkę… Jerzy szykował się już, by pojechać do syna, gdy przed domem zaparkował samochód Kariny. Widząc ją, aż zbladł. — Co ty tu robisz? Mów, co się stało?! Karina wydawała się dziwnie spokojna. Nalała sobie wina. Wypiła. Usiadła wygodnie. — Katastrofa. — Jaka katastrofa? — Nasza. Wiktor znalazł na stronie jednej restauracji nasze zdjęcia sprzed czterech lat. Z tej pamiętnej imprezy w „Oazie”. Chciał zarezerwować stolik na rocznicę, patrzy, a tam my — w całej okazałości. Fotograf, niech go… Wszystko wrzucił! Wiktor szaleje. Anna chce się rozwodzić. Ja też, jak widzisz, rozwodzę się z twoim synem. Jerzy usiadł ciężko obok niej, osłupiały. — To czemu tu przyjechałaś? — Chciałam uciec na trochę — uśmiechnęła się Karina. — Teraz w domu mam burzę. Alicja z nianią. Chcesz wina? Podała mu jego ulubione. Siedzieli na werandzie i pili. Jedynym, co ich łączyło, była cisza i śpiew świerszczy. — To wszystko przez ciebie — powiedział Jerzy. Karina tylko kiwnęła głową, nie spuszczając wzroku z kieliszka. — Wiem. — Jesteś niemożliwa. — To prawda. — choćby ci nie żal Wiktora. — Żal, ale siebie żal bardziej. — Kochasz tylko siebie. — Nie będę się spierać. Wtedy niespodziewanie ujął ją za podbródek. — Wiesz, iż nigdy cię nie kochałem — wyszeptał. — Wierzę na słowo. *** Rano, gdy Anna wróciła podjąć próbę pogodzenia się z mężem, zastała Karinę i Jerzego razem. Jeszcze śpiących. — Kto tam? — poderwała się Karina. — Ja — odpowiedziała Anna, patrząc, jak wali się jej życie. Karina tylko spokojnie się uśmiechnęła. Jerzy obudził się nieco później, ale za żoną nie ruszył.

polregion.pl 21 godzin temu

Dziennik Żona i Teść

Od początku tylko udawałam, iż chcę poznać rodziców Bartka. Po co mi oni, szczerze mówiąc? Przecież nie zamierzam z nimi mieszkać, a od jego ojca, który niby jest całkiem zamożny, niczego dobrego poza problemami i podejrzliwością bym nie oczekiwała.

Skoro jednak już wplątałam się w zaręczyny, trzeba grać do końca.

Starałam się wyglądać dobrze, ale nie przesadnie chciałam uchodzić za sympatyczną, zwyczajną dziewczynę.

Spotkanie z rodzicami narzeczonego to zawsze wydarzenie, gdzie pod powierzchnią czyhają rozmaite pułapki, a jeżeli jeszcze należą do tych inteligentnych, to już prawdziwy test nerwów.

Bartek zdawał się myśleć, iż muszę być cała w nerwach:

Nie denerwuj się, Aneta, tylko spokojnie. Tata jest trochę oschły, ale daje się dogadać. Nic złego ci nie powiedzą. Polubią cię. Mama, to dusza towarzystwa, a tata sam zobaczysz uspokajał mnie przed wejściem do bloku rodziców.

Tylko się uśmiechnęłam, poprawiając kosmyk włosów na ramieniu. Oschły ojciec i rozgadana mama świetnie się dobrali. Uśmiechnęłam się w duchu.

Mieszkanie nie zrobiło na mnie wrażenia. Bywałam już w znacznie bogatszych.

Od razu nas przywitali.

Nie przejmowałam się spotkaniem prawie wcale. Czego tu się bać? Ludzie jak ludzie. Pani Krystyna, jak już słyszałam od Bartka, od lat jest głównie w domu, wyjeżdża tylko czasem z koleżankami na wczasy, a ojciec, pan Andrzej, choć ponoć zimny, to jednak milczący. Ale to nazwisko Wydawało mi się podejrzanie znajome.

Przywitali nas

I wtedy zamarłam, nie przekraczając jeszcze progu. To był koniec Pani Krystyny nie znałam, ale pana Andrzeja rozpoznałam w ułamku sekundy. Już wcześniej się poznaliśmy. Trzy lata wcześniej. Spotkania nieliczne, ale obopólnie korzystne. Bary, hotele, restauracje. Jego żona i syn oczywiście nie mieli o niczym pojęcia.

No to się doigrałam.

Andrzej również mnie rozpoznał. Mignął mu w oczach błysk, który mógł oznaczać zdziwienie, zaskoczenie, może coś bardziej niepokojącego jakieś knowania, które już skrupulatnie obmyślał ale zachował kamienną twarz.

Bartek, nie domyślając się niczego, z uśmiechem mnie przedstawił:

Mamo, tato, poznajcie Anetę. Moja narzeczona. Powinienem już wcześniej ją przyprowadzić, ale jest bardzo nieśmiała.

No to ładnie.

Andrzej podał mi rękę.

Jego uścisk był mocny, prawie sztywny.

Bardzo mi miło, Aneto powiedział i w jego głosie pobrzmiewała bardzo subtelna nuta sama nie wiem czego. Może złości. Może ostrzeżenia.

Zastanawiałam się, jak wybrnę, kiedy Andrzej zaraz wyjawia kim byłam.

Cieszę się również, panie Andrzeju odpowiedziałam, starając się, by nie przejrzał mnie tak od razu. Ścisnęłam jego dłoń, czując jak adrenalina skacze. Co teraz będzie

Ale nic się nie wydarzyło.

Wykrzesał coś na kształt uśmiechu i sam bez słowa odsunął mi krzesło przy stole.

Pewnie miał ochotę ośmieszyć mnie później

Ale nic się nie wydarzyło.

Wtedy dotarło do mnie on nie powie. Gdyby mnie wydał, sam też by pogrążył się przed żoną.

Kiedy trochę odetchnęłam, atmosfera gwałtownie stała się swobodna. Krystyna opowiadała zabawne historie z dzieciństwa Bartka, a Andrzej, niby z zainteresowaniem, zadawał mi pytania o pracę. Zabawne, bo znał przecież nie jeden szczegół. Jego ironiczne uwagi już mnie nie ruszały. choćby raz czy dwa zażartował, a ja ku własnemu zaskoczeniu wybuchłam śmiechem. W jego aluzjach jednak pobrzmiewało coś ostrego, zrozumiałego chyba tylko dla nas dwojga.

Na przykład w pewnym momencie, patrząc na mnie, rzucił:

Wie pani, Aneto, bardzo mi pani przypomina byłą koleżankę z pracy. Też była całkiem lotna. Potrafiła sobie każdego ustawić.

Nie straciłam zimnej krwi:

Są różne rodzaje talentów, panie Andrzeju.

Bartek, jak przystało na zakochanego narzeczonego, patrzył na mnie jak w obrazek, nie wyłapując cienia podtekstów. On naprawdę mnie kochał. I to był chyba największy paradoks. I największy ból. Dla niego.

Później, gdy rozmowa zeszła na podróże, Andrzej, patrząc na mnie wymownie, zapytał:

Ja, na przykład, wolę odludzie. Żadnego zamieszania, żeby usiąść spokojnie z książką i pomyśleć. A ty, Aneto, jakie miejsca wolisz?

Próba podchwytliwego pytania.

Wolę, gdy wokół mnie są ludzie i tętni życie odpowiedziałam, uśmiechając się Choć niekiedy nadmiar uszu jest ryzykowny.

Chyba przez chwilę Krystyna coś zaniepokojonego zauważyła, bo zmarszczyła brwi, ale gwałtownie przegnała myśli.

Andrzej wiedział, iż nie jestem z tych, co szukają ciszy. I znał powód.

Kiedy nadszedł koniec dnia, a wszyscy szykowali się do snu, Andrzej objął Bartka.

Synu, dbaj o nią. Jest wyjątkowa.

Brzmiało jak komplement i drwina jednocześnie. Tylko ja to zrozumiałam.

Od razu zrobiło mi się zimno. Wyjątkowa. To właśnie słowo wybrał.

***

W nocy nie mogłam zasnąć.

Kręciłam się, analizując niespodziewane spotkanie i próbując wymyślić, jak dalej z tym żyć. Przyszłość rysowała się marnie. Przeczuwałam, iż Andrzej też nie śpi. On przez szok zaskoczenia, ja przez strach przed kolejną rozmową. I przez wszystko razem.

Po cichu wstałam, naciągnęłam na T-shirt i szorty domową bluzę i zupełnie cicho opuściłam pokój. Schodząc po schodach, szurałam lekko kapciami, by ten, kto nie śpi, usłyszał. Wysunęłam się na taras, gdzie spodziewałam się spotkać Andrzeja.

Nie musiałam długo czekać.

Nie możesz spać? zagadnął, stając za mną.

Jakoś mi się nie chce odparłam.

Poczułam znajomy zapach jego perfum.

Badał mnie uważnie.

Czego chcesz od mojego syna, Aneto? w jego głosie nie było już nic z przeszłych odcieni Wiem, do czego jesteś zdolna. Wiem, ilu takich jak ja przewinęło się przez twoje życie. I wiem, iż zawsze chodziło ci tylko o pieniądze. choćby się z tym nie kryłaś, kwoty podawałaś wprost, choć w białych rękawiczkach. Po co ci Bartek?

Skoro on nie ma ochoty na sentymenty, ja też nie zamierzałam być miła. Wykrzywiłam się:

Kocham go, panie Andrzeju. I co w tym dziwnego?

Nie uwierzył.

Ty? Miłość? To żart. Wiem, jaka jesteś. Opowiem Bartkowi wszystko. O twojej działalności. O tym, kim naprawdę jesteś. Myślisz, iż wtedy cię poślubi?

Podchodzę bliżej, zostało między nami tylko tyle, by wyciągnąć rękę. Schylam głowę, patrzę mu prosto w oczy. Jakby nie widziałam go dostatecznie.

Opowiadaj, panie Andrzeju przeciągam słowa Ale wtedy i twoja żona pozna naszą tajemnicę.

To

To nie jest szantaż. To równowaga. jeżeli wyjawisz, jak się poznaliśmy, trudno będzie ukryć, czym się wtedy zajmowałeś. Uwierz, uzupełnię twoją wersję.

To dwie różne sprawy

Serio? Swojej żonie też tak powiesz?

Andrzej zamarł. Próba złamania mnie nieudana. Zrozumiał. Uwięziony. Jesteśmy razem przyparci do muru.

Co powiesz swojej żonie?

Nie tylko jej. Wszystkim. Bartkowi też. Opowiem, jakim jesteś cudownym mężem i gdzie przesiadywałeś po godzinach. Opowiem wszystko, nie będzie mi już zależało na niczym. jeżeli chcesz obronić syna przede mną, śmiało.

Trudny wybór.

Odebrać synowi narzeczoną to podpisać pozew rozwodowy na własne nazwisko.

Nie ośmielisz się.

Nie ośmielę? Nie mogłam powstrzymać śmiechu Ty możesz, a ja nie? Nie ośmielę się, jeżeli ty nie będziesz rzucał oskarżeń o moją korzyść, kiedy trzymam w ręku taki as, który może cię kosztować małżeństwo. A pani Krystyna tak ceni wierność

Pamiętałam, jak kiedyś, kompletnie pijany, narzekał do mnie, jaki to on zły chłop, bo żona jest święta, a on łajdak. Krystyna nie wybaczyłaby nigdy. Tutaj każdy miał do stracenia więcej, niż mógłby zyskać.

Wiedział, iż nie blefuję.

Dobrze wydusił Nic nie powiem. Ty też milcz. Zapomnijmy o tym, co było.

Dlatego od tej pory spałam spokojnie. On miał do stracenia więcej.

Jak pan każe, panie Andrzeju.

Następnego ranka wyjeżdżaliśmy z domu rodziców Bartka. Pożegnanie z Krystyną, która już zaczęła nazywać mnie córcia, odbyło się pod morderczym spojrzeniem przyszłego teścia. Kącik jego oka aż drgał.

Dławił go strach i niemożność ostrzeżenia syna przed przebiegłością przyszłej synowej, ale też nie mógł podłożyć się sam. Stracić Krystynę to stracić nie tylko żonę, ale i pół majątku. No i niby Bartek czy by wybaczył?

Jakiś czas później przyjechaliśmy do rodziców Bartka na dwutygodniowy urlop.

W środku sezonu niby odpoczynek.

Andrzej próbował mnie unikać pod pretekstem pracy, ale pewnego dnia, gdy został sam w domu, ciekawość i złość zwyciężyły. Zaczął szperać w mojej torbie. Może znajdzie coś, co mu się przyda

Przetrząsnął kosmetyczkę, notatnik, kalendarz. I nagle dojrzał biało-niebieski prostokąt. Test ciążowy. Dwie wyraźne kreski.

Myślałem, iż tragedią jest to, iż mój syn się z tobą żeni Nie! To jest katastrofa! odłożył test, nie zdążając zasunąć torby.

Przyłapałam go w tej samej chwili.

Ależ nieładnie grzebać w cudzych rzeczach skomentowałam z drwiną, ale chyba mi aż tak nie zależało.

Andrzej nie zamierzał się wypierać.

Jesteś w ciąży z Bartkiem?

Podeszłam spokojnie, wyjęłam mu torbę z ręki, spojrzałam mu prosto w oczy.

Chyba właśnie zniszczył pan sobie niespodziankę, panie Andrzeju.

Był kompletnie załamany. Teraz miał pewność, iż się mnie nie pozbędzie. Teraz, jeżeli cokolwiek powie pogrąży i siebie. Trzeba trzymać język za zębami. Ciężko się jednak milczy, kiedy tak bardzo chcesz krzyczeć, iż syn idzie w ślepy zaułek.

***

Minęło dziewięć miesięcy i pół roku.

Bartek i ja wychowywaliśmy naszą córeczkę, Julię.

Andrzej niemal w ogóle do nas nie przyjeżdżał. Nie chciał oglądać ani mnie, ani wnuczki. Nie czuł z nią więzi. Ja go przerażałam moje chłodne podejście do Bartka i to, co o mnie wiedział.

I znów.

Krystyna wybierała się do nas w odwiedziny.

Andrzej, jedziesz ze mną?

Nie, boli mnie głowa.

Znowu? Powinieneś to sprawdzić.

Tak tylko mówię, jestem wykończony. Jedź sama.

Jak zwykle Andrzej wymigiwał się na migrenę, przeziębienie, ból krzyża choćby na wszelki wypadek łykał tabletki. Wszystko by tylko mnie nie widzieć ale też nie wyjawić reszcie rodziny całej prawdy.

Wieczór wlókł się niemiłosiernie. Krążyły mi w głowie ciężkie myśli.

Położył się.

Poczytał.

W końcu zaniepokoiło go, iż Krystyna długo nie wraca. Dochodziła jedenasta, a jej wciąż nie było. Telefon nie odbierał. Zadzwonił do Bartka.

Bartek, wszystko ok? Mama pojechała już do domu? Bo jej nie ma.

Tato, jesteś ostatnią osobą, z którą chciałbym teraz gadać.

Rozłączył się

Andrzej już miał wyjść z domu, kiedy podjechał mój samochód. Otworzył drzwi i zamarł.

Po co tu przyjechałaś?! Mów, co się stało?

Weszłam niewzruszona do kuchni. Nalałam sobie lampkę wina. Wypiłam. Usiadłam.

Wszystko się rozsypało.

Czyli?

Nasz sekret, Andrzeju. Bartek natrafił w internecie na zdjęcia z imprezy w starej kawiarni Azalia, pamiętasz? Chciał zarezerwować dla nas stolik na rocznicę, a tam nasze fotki sprzed czterech lat! Fotograf, idiota, wszystko wrzucił! Teraz Bartek jest wściekły, Krystyna grozi rozwodem, a ja, zgodnie z twoim życzeniem, pewnie też właśnie rozwodzę się z twoim synem.

Andrzej siedział oniemiały. Przewijał w myślach tamtą imprezę, te zdjęcia, swoją naiwność Kto by przypuszczał, iż wszystko się tak ułoży!

Osunął się na podłogę obok mnie.

Ale po co przyjechałaś właśnie tu?

Musiałam uciec na chwilę uśmiechnęłam się. W domu chaos. Julia z nianią. Wina?

Podałam mu butelkę jego ulubionego.

Siedzieliśmy we dwoje na tarasie. Tylko cykady za oknem.

To twoja wina powiedział Andrzej.

Pokiwałam głową, nie spuszczając z oczu kieliszka.

Ano.

Jesteś nie do zniesienia.

Też to wiem.

choćby ci nie żal Bartka.

Żal, ale siebie bardziej.

Kochasz wyłącznie siebie.

Otóż to.

Nagle złapał mnie za podbródek i spojrzał prosto w oczy.

Dobrze wiesz, iż nigdy cię nie kochałem wyszeptał.

Wiem. I wcale mnie to nie rusza.

***

Gdy Krystyna rano wróciła gotowa wybaczyć mężowi choćby jeżeli będzie ją to kosztowało mnóstwo nerwów zastała nas razem. Jeszcze śpiących.

Kto tam? zapytałam zaspana.

To ja powiedziała Krystyna, patrząc jak wszystko, w co wierzyła, rozsypuje się w oczach.

Spojrzałam na nią z cieniem uśmiechu. Andrzej obudził się chwilę później. Za żoną jednak już nie pobiegł.

Idź do oryginalnego materiału