Zrobię z niego porządnego człowieka! Babcia kontra leworęczność: rodzinny konflikt o „poprawność” wnuka

twojacena.pl 6 godzin temu

Mój wnuk nie będzie leworęczny oburzyła się pani Tamara.

Spojrzałem na teściową. Ze złości aż ściemniały mi oczy.

A co w tym złego? Staś taki się urodził. Taka jest jego cecha.
Cecha! prychła pani Tamara. To nie żadna cecha, tylko zacofanie. Tak się nie robi. Od zawsze prawa ręka jest tą adekwatną. Lewa to już od diabła.

Ledwo powstrzymałem się od śmiechu. XXI wiek, a teściowa myśli kategoriami podkrakowskiej wsi sprzed stu lat.

Pani Tamaro, przecież medycyna już dawno…
Nie będziesz mi tu medycyny cytował! przerwała ostro. Mojego syna nauczyłam, jak trzeba, i wyszedł z niego porządny człowiek. Przestawcie Stasia, póki nie jest za późno. Jeszcze mi podziękujecie.

Odwróciła się i wyszła z kuchni, zostawiając mnie ze stygnącą kawą i goryczą po tej rozmowie.

Początkowo nie zwracałem na to większej uwagi. Każde pokolenie ma swoje przesądy, pomyślałem. Obserwowałem tylko, jak pani Tamara poprawiała wnuka przy stole przekładając mu łyżkę z lewej do prawej ręki. Było to dziwaczne, ale sądziłem, iż nie złamie mu to psychiki dzieciaki są elastyczne, a babcine fanaberie to nie taki problem.

Staś był leworęczny od zawsze. Pamiętam, jak miał półtora roku, to zawsze sięgał do zabawek lewą ręką. Gdy rysował jeszcze niezdarnie, po dziecięcemu też zawsze lewą. Wydawało mi się to tak naturalne, tak… adekwatne. Po prostu element tego, kim był. Tak jak kolor jego oczu czy pieprzyk na policzku.

Dla Tamary wszystko wyglądało inaczej. Leworęczność to dla niej był błąd natury, który należało naprawiać od razu. Za każdym razem, gdy Staś brał kredkę lewą ręką, zaciskała usta, jakby syn popełnił coś poważnego.

Prawą, Stasiu. Prawą bierz.
Znowu swoje? W naszej rodzinie nie było i nie będzie leworęcznych.
Sławka nauczyłam, i ciebie nauczę.

Kiedyś słyszałem, jak opowiadała o tym Oldze osiągnięciu, z którego była dumna. Mały Sławek był też niewłaściwy, ale matka wzięła się do rzeczy przywiązywała rękę, pilnowała, karała za nieposłuszeństwo. W końcu wyrósł na normalnego mężczyznę.

W jej głosie było tyle dumy i niepodważalnej pewności siebie, iż aż mi się zrobiło nieswojo.

Zmiany w synu zauważyłem nie od razu. Najpierw były drobiazgi. Staś zaczął się ociągać, zanim coś złapał. Jego dłoń zawisała nad stołem jakby się wahał. Potem zaczął zerkać w stronę babci, sprawdzając, czy patrzy.

Tata, którą ręką powinienem?
Spytał mnie przy kolacji z przerażeniem patrząc na widelec.

Tą, którą ci wygodnie, synku.
Ale babcia mówi…
Babci nie słuchaj. Rób tak, jak tobie pasuje.

Ale Staś już nie czuł się swobodnie. Plątał się, wypuszczał przedmioty z rąk, zawieszał się w pół ruchu. Jego dawniej stanowcze ruchy stały się nieśmiałe i ostrożne. Jakby przestał ufać swojemu ciału.

Olga to widziała. Zauważałem, jak zaciska wargi, gdy jej matka przekłada Stasiowi łyżkę do prawej ręki. Gdy nie patrzy, kiedy Tamara zaczyna wykład o adekwatnym wychowaniu. Moja żona wychowała się pod tym dyktatem i nauczyła się jednego nie sprzeciwiać. Lepiej przemilczeć, przeczekać burzę.

Poruszyłem ten temat.

Olka, przecież to nienormalne. Spójrz na niego.
Mama chce dobrze.
Ale zobacz, co się z nim dzieje!
Olga wzruszała ramionami i unikała tematu. Lata podporządkowania były silniejsze od matczynego instynktu.

Z każdym dniem było gorzej. Pani Tamara wyraźnie się rozkręciła nie tylko poprawiała Stasia, ale komentowała każdy jego ruch. Gdy chwycił coś prawą ręką, rozpływała się w pochwałach. Gdy lewą wzdychała ciężko.

Widzisz, Stasiu! Udaje się! Tylko trzeba chcieć. Z twojego wujka zrobiłam człowieka i z ciebie zrobię.

W końcu postanowiłem porozmawiać wprost. Wybrałem moment, gdy Staś bawił się w swoim pokoju.

Pani Tamaro, odpuśćmy dziecku. On jest leworęczny i to normalne. Niech pani go nie przestawia.
Reakcja przeszła moje oczekiwania naburmuszyła się okropnie.

Ty mnie będziesz pouczał? Troje dzieci wychowałam, a ty mnie teraz uczysz?
Nie uczę, tylko proszę, żeby pani zostawiła mojego syna.
Twojego? A Olgi geny się nie liczą? To też mój wnuk. Nie pozwolę, żeby wyrósł… taki.

Słowo taki w jej ustach brzmiało, jakby mówiła o kimś wykluczonym, niegodnym.

Zrozumiałem po dobroci się nie da.

Następne dni zamieniły się w cichą wojnę. Pani Tamara udawała, iż mnie nie zauważa, zwracając się do mnie tylko przez Olgę. Odpowiadałem tak samo. Między nami wisiała ciężka, lepka cisza, czasem przerywana złośliwościami.

Olga, powiedz mężowi, iż zupa stoi na kuchence.
Olga, powiedz mamie, iż sam sobie poradzę.

Olga była coraz bardziej blada i zmęczona. Staś jeszcze częściej kulił się w kącie sofy z tabletem, próbując stać się niewidzialny.

Pewnego sobotniego ranka, gdy pani Tamara celebrowała ważenie barszczu, wpadł mi do głowy pomysł. Kroiła kapustę pewnym, szybkim ruchem, jak przez ostatnie trzydzieści lat.

Stanąłem za nią.

Źle pani kroi kapustę.
Nie odwróciła się nawet.

Słucham?
Powinno się kroić cieńsze paski. I nie w poprzek, ale wzdłuż włókien.
Prychnęła i kroiła dalej.

Nie, poważnie nie ustępowałem. Tak się nie robi barszczu. To niewłaściwe.
Słuchaj, ja już trzy dekady gotuję barszcz.
I trzy dekady robisz to nieprawidłowo. Proszę, pokażę.
Sięgnąłem po nóż. Pani Tamara odsunęła rękę.

Zwariowałeś?
Nie. Po prostu mówię, iż powinna się pani nauczyć lepiej. Zobaczy pani w garnku za dużo wody. Ogień za duży. Buraki wkłada się inaczej.
Przecież całe życie tak gotuję!
To żaden argument. Czas się nauczyć od nowa. Może od początku?

Zatrzymała się z nożem w powietrzu. Na twarzy wyraz autentycznego oburzenia.

Co ty bredzisz?
Dokładnie to, co pani mówi Stasiowi każdego dnia. Naucz się od nowa. Tak jest źle. Lewą się nie powinno.
To nieporównywalne!
Naprawdę? Dla mnie to to samo.

Odstawiła nóż. Policzki jej spłonęły.

Porównujesz moje gotowanie z tym Przecież ja tak zawsze robiłam! Tak mi wygodnie!
Staś też woli lewą ręką. Pani to nie przeszkadza, iż go to kosztuje.
To inna sprawa! On się może jeszcze zmienić, jest dzieckiem!
A pani dorosła kobieta z zakorzenionymi przyzwyczajeniami. Pani już się nie przestawi, prawda? Więc dlaczego zmusza go pani do tego?

Zacisnęła usta. W jej oczach pojawił się błysk złości.

Jak śmiesz? Wychowałam troje dzieci! Sławka nauczyłam i nie narzeka!
A jest szczęśliwy? Pewny siebie?

Cisza.

Wiedziałem, iż uderzam w czuły punkt. Sławek, brat Olgi, mieszkał pod Wrocławiem i dzwonił do matki raz na pół roku.

Chciałam dobrze głos Tamary zadrżał zawsze chciałam dobrze.
Wierzę. Ale dobrze oznacza dla pani po mojemu. A Staś to osobna osoba. Mała, ale jednak osoba. Ze swoimi cechami. Nie pozwolę, żeby mu je pani wyperswadowała.

Będziesz mnie uczyć?!
Będę, jeżeli pani nie przestanie. Będę recenzował każdy pani gest, każdy ruch, każdą przyzwyczajenie. Zobaczymy, ile pani wytrzyma.

Staliśmy naprzeciwko siebie, napięci jak struny.

To podłe i dziecinne wycedziła Tamara.
Inaczej się nie da.
Coś w niej się złamało. Zobaczyłem to jakaś podpórka pod jej pewnością siebie pękła. Nagle wyglądała starzej, mniejsza, delikatniejsza.

Ja tylko z miłości… urwała.

Wiem. Ale czas skończyć z takim rodzajem miłości. Inaczej nie zobaczy pani wnuka.

Barszcz wykipiał na kuchence, ale nikt się do niego nie ruszył.

Wieczorem, gdy pani Tamara zamknęła się w swoim pokoju, Olga zajęła miejsce obok mnie na kanapie. Trwała przez dłuższą chwilę w milczeniu, wtulona we mnie.

Nikt mnie tak nie bronił w dzieciństwie szepnęła ledwie słyszalnym głosem. Mama zawsze wiedziała lepiej. Zawsze. A ja po prostu się poddawałam.

Objąłem ją mocniej.

Ale w naszej rodzinie twoja mama nie będzie już narzucać swojego zdania. Nikomu.

Olga ścisnęła moją dłoń w podziękowaniu.

A z pokoju dziecięcego słychać było skrobanie ołówka po papierze. Staś rysował. Lewą ręką. Nikt więcej nie mówił mu, iż to jest niewłaściwe.

Idź do oryginalnego materiału