Z niego zrobię człowieka
Mój wnuk nie będzie leworęczny! oburzyła się pani Grażyna Nowak.
Odwróciłem się do teściowej. Czułem, jak we mnie wzbiera irytacja.
A co w tym złego? Staś urodził się taki, to jego cecha.
Cecha! prychnęła pani Grażyna. To żadna cecha, tylko niedorozwój. Tak u nas nie wolno! Od wieków prawa ręka jest najważniejsza, a lewa od diabła.
Ledwo powstrzymałem śmiech. Dwudziesty pierwszy wiek, a moja teściowa myśli, jakby wciąż była w dawnej polskiej wsi.
Pani Grażyno, przecież nauka już dawno udowodniła…
Twoja nauka mnie nie interesuje przerwała. Swojego syna przestawiłam i wyrosło z niego porządne dziecko. Przestaw Stasia, póki czas. Potem mi podziękujesz.
Odwróciła się i wyszła z kuchni, zostawiając mnie z niedopitą kawą i dziwnym ciężarem na sercu.
Na początku zbyłem to wzruszeniem ramion. No cóż, teściowa starej daty taki już mamy kraj. Każde pokolenie ma swoje urojenia. Spoglądałem, jak pani Grażyna delikatnie przekłada wnukowi łyżkę z lewej do prawej ręki i myślałem: to nic, przecież dziecięca psychika jest elastyczna. Babcine obsesje krzywdy mu nie zrobią.
Staś od urodzenia był leworęczny. Pamiętam, jak miał półtora roku i sięgał tylko lewą rączką po zabawki. Potem zaczął bazgrać kredkami zawsze lewą ręką, trochę niezdarnie, ale z dziecięcym zachwytem. To było takie naturalne, normalne dla niego. Tak, jak kolor oczu czy pieprzyk na brodzie.
Dla pani Grażyny to był jednak znak błędu. W jej porządku świata lewa ręka znaczyła coś gorszego, coś, co należy natychmiast poprawić. Za każdym razem, gdy Staś brał kredkę w lewą, teściowa przyciskała wargi jakby złapała go na czymś niestosownym.
W prawą, Stasiu. W prawą masz brać.
Znowu swoje? W naszej rodzinie nigdy nie było leworęcznych i nie będzie!
Kamila przestawiłam i z ciebie też zrobię człowieka!
Słyszałem, jak opowiadała o tym mojej żonie Magdzie. O małym Kamilu, który był krnąbrny, ale matka w porę go naprostowała przywiązywała mu rękę, pilnowała codziennie, karała nieposłuszeństwo. A skończył jak twierdziła zdrowym, porządnym Polakiem.
Czułem wtedy niepokój, coś mi się nie podobało w tej dumie i stanowczości.
Zmiany u syna pojawiły się po cichu. Najpierw przy stole długo zastanawiał się, zanim po coś sięgnął. Jego ręka zawisała w powietrzu jakby miał rozwiązać łamigłówkę. Potem zaczął się rozglądać szybkie spojrzenie na babcię, czy patrzy.
Tato, którą ręką mam brać?
To pytanie padło przy kolacji. Staś patrzył na widelec z niepokojem.
Jak ci wygodnie, synku.
Babcia mówi, że…
Babci nie słuchaj. Rób, jak chcesz.
Ale to już nie było dla niego takie łatwe. Gubił się, wypuszczał przedmioty z rąk, zastygał w połowie ruchu. Pewność zastąpiła jakaś bolesna nieśmiałość. Jakby przestał ufać własnemu ciału.
Magda wszystko widziała. Obserwowałem, jak przygryza wargi, gdy matka znowu przekłada rękę Stasia. Jak spuszcza wzrok, gdy pani Grażyna zaczyna swój wykład o prawidłowym wychowaniu. Moja żona dorastała pod ciężarem tej matczynej woli i wyrobiła w sobie jedno nie dyskutować. Po prostu przemilczeć i doczekać końca awantury.
Magda, przecież to chore. Popatrz…
Mama chce dobrze.
Czy ty nie widzisz, co się z nim dzieje?
Bezradnie wzruszała ramionami. Wiele lat uległości silniejsze było niż instynkt matki.
Z każdym dniem było gorzej. Pani Grażyna wpadła w amok. Przestała się ograniczać do poprawek, komentowała każdy ruch wnuka. Pochwała, gdy używał prawej, głośne westchnienie gdy sięgał lewą.
Widzisz Stasiu? Można! Wystarczy próbować. Kamila naprostowałam i z ciebie wyjdzie człowiek.
Postanowiłem porozmawiać z teściową wprost, kiedy Staś zamknął się w swoim pokoju.
Pani Grażyno, dajmy dziecku spokój. On jest leworęczny i to jest w porządku. Nie trzeba go naprostowywać.
Teściowa oburzyła się tak, jakbym ją obraził.
Ty będziesz mi rozkazywać? Troje dzieci wychowałam, ty mnie będziesz uczyć?
Nie uczę, proszę nie zmuszać mojego syna.
Twojego? A Magdy geny to co? To mój wnuk! I nie pozwolę, by wyrósł… taki!
Słowo taki brzmiało jak przekleństwo.
Zrozumiałem, iż w tej sprawie nie dogadamy się pokojowo.
Następne dni przerodziły się w wojnę pozycyjną. Pani Grażyna ostentacyjnie rozmawiała ze mną przez córkę. Ja odpowiadałem tym samym. Rozpychało się między nami milczenie, aż iskrzyło od krótkich starć.
Magda, powiedz mężowi, iż zupa jest na kuchence.
Magda, powiedz mamie, iż sam sobie poradzę.
Żona biegała między nami wykończona. Staś coraz częściej wchodził do swojego pokoiku, chował się z tabletem na kanapie, jakby chciał być niewidzialny.
Wpadłem na pomysł w sobotę rano, gdy pani Grażyna świętowała przy wielkim garnku barszczu. Siekała kapustę swoim ruchem szybkim, pewnym, jak przez ostatnie trzy dekady.
Stanąłem tuż za nią.
Źle pani kroi.
Nawet nie spojrzała.
Słucham?
Kapustę trzeba cieniej. I nie w poprzek, tylko wzdłuż włókien.
Ani drgnęła, tylko dalej siekała.
Naprawdę. To nie tak się robi. To błąd.
Bartek, od trzydziestu lat gotuję barszcz!
I trzydzieści lat robisz to źle. Pokażę ci.
Wyciągnąłem rękę po nóż. Cofnęła się.
Zwariowałeś?
Nie. Chcę, żebyś robiła to dobrze. Zobacz: za dużo wody. Za mocny ogień. Buraka źle wrzucasz.
Zawsze tak gotuję!
To nie argument. Trzeba się oduczyć i zacząć od początku.
Zatrzymała się z nożem nad deską do krojenia. W oczach miała autentyczne zdumienie.
Co ty gadasz?
Dokładnie to, co pani powtarza Stasiowi każdego dnia. Oducz się. To nie tak się powinno robić. Innej ręki użyj.
To nie to samo!
A dla mnie dokładnie to samo.
Odłożyła nóż, policzki poczerwieniały jej ze złości.
Porównujesz moje gotowanie z… Przecież tak zawsze robiłam! Tak mi wygodniej!
A Stasiowi wygodniej lewą. Ale jego to nie chroni.
To co innego! On jest dzieckiem, jeszcze można go zmienić!
A pani dorosła z utartymi nawykami. Pani już się nie zmieni. Więc jakim prawem chce pani zmieniać jego?
Zacisnęła usta. Oczy jej zabłysły.
Jak śmiesz? Wychowałam troje dzieci! Kamila naprostowałam!
I jak on teraz żyje? Szczęśliwy, pewny siebie?
Cisza.
Wiedziałem, iż trafiłem w czuły punkt. Kamil, brat Magdy, mieszkał w Gdańsku i dzwonił do matki z rzadka, od niechcenia.
Chciałam jak najlepiej głos jej zadrżał. Naprawdę chciałam…
Nie wątpię. Tylko, iż to pani najlepiej znaczy: tak, jak ja chcę. Staś jest osobny. Mały, ale osobny. Ma swoje cechy. Nie dam pani ich zdusić.
Będziesz mnie pouczał?!
jeżeli nie przestaniesz, będę codziennie komentował każdy twój ruch, każdą rutynę. Przekonamy się, ile wytrzymasz.
Patrzyliśmy na siebie twardo zięć i teściowa, oboje na skraju wybuchu.
To podłe i infantylne wycedziła.
W inny sposób nie rozumiesz.
Coś w niej pękło. Widziałem to jakaś wewnętrzna siła, która przez całe życie dawała jej pewność siebie, zaczęła się kruszyć. Nagle wydawała się mniejsza, starsza, bardzo krucha.
Z miłości… zaczęła, ale nie dokończyła.
Wiem, ale z tym trzeba skończyć. Inaczej wnuka już nie zobaczysz.
Barszcz kipiał na kuchence, nikt się do niego nie ruszył.
Wieczorem, gdy teściowa zamknęła się w swoim pokoju, Magda usiadła obok mnie na kanapie. Milczała długo, tuląc się do mojego ramienia.
Nikt mnie tak nigdy nie ochronił wyszeptała. Mama zawsze wiedziała lepiej. A ja… godziłam się na wszystko.
Objąłem ją mocniej.
W naszej rodzinie już nikt nie będzie narzucał swojego zdania. Nikomu.
Magda skinęła głową i ścisnęła moją dłoń z wdzięcznością.
Z pokoju Stasia cicho dochodziło szuranie ołówka po papierze. Staś rysował. Lewą ręką.
Nikt już nie mówił mu, iż to źle.











