A ty mi proponujesz biegać dwa kilometry z niemowlęciem po chleb, żeby go kupić? I tak naprawdę nie wiem, czy mamy ci się przydać z Jagodą.
Z szpitala w Warszawie przywitali nas z naszą córeczką Jagoda mąż, rodzice i teściowa. W domu usiedliśmy przy stole, ale nie długo po godzinie goście odjechali, zostawiając nas samych.
Kacper, jak zwykle, rozłożył się na kanapie i włączył telewizor, a ja zajęłam się sprzątaniem kuchni, którą on w cztery dni jej nieobecności zamienił w prawdziwy chaos.
Po skończeniu prac domowych nakarmiłam Jagodę, a gdy zasnęła, postanowiłam położyć się na leżance w pokoju dziecięcym dzień był przecież pełen wrażeń i nerwów. Nie zdążyłam choćby przysnąć, gdy usłyszałam gwałtowne pukanie w drzwi. Gdy wyszłam z pokoju, zobaczyłam gości, których Kacper już zaprosił do salonu.
To była Żaneta starsza siostra Kacpra, jej mąż i dwie przyjaciółki Żanety, które znałam ledwie z widzenia.
Bracie, przyjechaliśmy cię pogratulować! Pamiętam, jaki byłeś mały, a teraz spójrz już sam tata! wykrzyknęła siostra.
Reszta przytulała Kacpra, całowała i przyciskała ręce.
Żaneto, ciszej proszę, Jagoda właśnie zasnęła poprosiłam.
No nie, takie maluchy nic nie słyszą! Lepiej postaw jedzenie na stole przynieśliśmy ciasto i słodkie ciasteczka. Resztę od ciebie, proszę dodała Żaneta.
Położyłam na stole to, co zostało po rodzinnej kolacji.
Trochę skromnie, nie? mruknęła teściowa.
Przepraszam, nie spodziewaliśmy się gości. Właśnie wróciłam ze szpitala, więc wszystkie pretensje kieruję do Kacpra odpowiedziałam.
Dziewczyny, nie kłóćmy się! Zamówiłem już pizzę trzy rodzaje. Nikt nie pójdzie głodny oznajmił Kacper.
Goście siedzieli przy nas aż do dziewiątej, a ja w końcu powiedziałam, iż muszę kąpać Jagodę i położyć ją spać. Gdy odjechali, Kacper skrytykował mnie:
Jagodo, mogłaś być milsza. Ludzie przyszli nas przywitać, a ty przy stole nie usiadłaś, cały czas biegłaś do dziecka, a na koniec prawie wszystkich wypędziłaś.
Co miałam zrobić, jak oni nie rozumieją, iż w pierwszy dzień po porodzie nie mam czasu w gości? Przynajmniej przynieśli dziecku tanie grzechotki.
I pamiętaj: od dziś w naszym domu nie goście są najważniejsi, a dziecko. Jagoda potrzebuje rytmu. Dlatego proszę, nie zapraszaj gości przez najbliższe trzy miesiące. jeżeli chcesz spotkać się z przyjaciółmi, rób to gdzie indziej odpowiedziała Jagoda.
Mija miesiąc. Kacper pracuje, a ja z Jagodą zostajemy w domu. Jagoda jest spokojna, a ja zdążam zrobić prawie wszystko, tylko gotowanie zostawiłam w prostszej wersji. Kacper się nie sprzeciwia. Życie mijałoby normalnie, gdy nagle pojawił się problem.
Prawda była, iż problem zaczął się u teściowej Lidia Andrzejewna, ale ona postanowiła, iż rozwiązanie może przyjść kosztem zięcia.
Sprawa dotyczyła jej 80letniej matki Katarzyny Iwony, mieszkającej w wiosce prawie sto kilometrów od Krakowa.
Babcia Katia, jak ją nazywano w rodzinie, żyła w gospodarstwie z tradycyjnymi udogodnieniami: woda z studni, drewno w stodole, wszystko na podwórku. Działka liczyła dziesięć arów, które sama uprawiała. Córka i wnuki pomagali jedynie przy sadzeniu i wykopywaniu ziemniaków, które zjadali zimą.
Zimą babcia przeziębiła się i ciężko zachorowała. Praca w ogródku stała się dla niej trudna. Wtedy Lidia Andrzejewna postanowiła, iż latem trzeba wysłać Jagodę i dziecko do wioski, aby pomogły babci.
Na początku nie wierzyłam, iż to poważne myślałam, iż teściowa żartuje. Ale była zdecydowana.
Nie mogę zabrać matki do miasta cały ogród już zasadzony. Kto będzie podlewać? Sam muszę pracować. Przyjadę w weekend, załatwię sprawy, a w tygodniu kto będzie nosił wodę z studni?
Studnia była tylko trzysta metrów od domu, ale babci trudno podnieść pełne wiadro. Nosiła pół wiadra. A wiesz, ile wody potrzeba? Na gospodarstwo i na podlewanie. Codziennie chodzi tam i z powrotem.
Nie rozumiem, Lidio Andrzejewno, czy chcesz, żebym została wodonośnikiem? zapytałam.
Nie musisz nosić wiader. Matka ma wózek, w którym można postawić dwie butelki po czterdzieści litrów i przewieźć je. Babci już nie starczy, a ty dasz radę. A w ogródku podlewanie i pielenie nie jest trudne.
Nie, Lidio, podlejcie i pielęgnujcie swój ogród sami. My z Kacprem kupujemy ziemniaki i warzywa w sklepie, więc niech pracują ci, którzy zbierają plony. Wyślijcie Żanetę, ona też nie pracuje.
Żaneta ma dwoje dzieci!
A ja, jak widzisz, nie mam dzieci?
Nie porównuj: Żaneta ma starsze pięcioletnie i młodsze trzy lata. Trzeba się nimi opiekować. A Artur będzie w przedszkolu cały lato, więc nie trzeba go zabierać. A co z Jagodą? Przede wszystkim nakarmić, włożyć do wózka i iść dalej.
Wiesz, iż z Jagodą muszę co miesiąc chodzić do przychodni, szczepić?
Można obejść się bez lekarzy. Dziecko jest zdrowe, nie ma sensu trącać się po przychodniach odpowiedziała Lidia.
Po prostu jedź. Nie wysyłaj nikogo więcej. Moja matka wychowała wszystkie moje dzieci. Nie siedziałam długo na urlopie macierzyńskim.
Żaneta oddała matkę w dwa miesiące, a ja w cztery. Teraz matka jest słaba nadszedł czas, by spłacić jej długi, pomóc.
Szanuję Katarzynę Iwonę. Wiem, iż wiele pomogła, ale nie jestem jej nic winna. Ty, Żaneta, Witold i Kacper jesteście jej dłużnikami, a ja nie zamierzam spłacać cudzych zobowiązań odparłam.
W piątek rano Kacper przypomniał mi:
Zabrałaś wszystko? Jutro jedziesz do wioski.
Kacprze, już powiedziałam twojej mamie i powtarzam: nie jadę do żadnej wioski i nie zabiorę Jagody. Co jeżeli zachoruje? Muszę iść dwadzieścia kilometrów pieszo do miasta?
W waszej zapomnianej przez Boga wiosce choćby autobus nie wjeżdża przejeżdża obok. Nie ma tam sklepu.
Sklep jest w sąsiedniej wiosce.
I ty mi proponujesz biegać dwa kilometry z niemowlęciem po chleb? Po prostu nie wiem, czy potrzebujemy się przydać.
Kiedy twoja matka sugerowała mi rozlać czterdziestolitrowe butle, milczałaś. Czy naprawdę się na to zgodziłaś? Jak podniosę taką butlę, kiedy sama ważę pięćdziesiąt siedem kilogramów?
Nie musisz napełniać butli do pełna powiedział Kacper. I przestańmy się kłócić. jeżeli matka powiedziała, iż jedziesz, to jedź. Nikt więcej nie jedzie. Jutro o dziesiątej przyjedzie ojciec i odwiezie was. Lepiej już dziś spakuj rzeczy.
Kiedy mąż poszedł do pracy, zaczęłam pakować. Najpierw zadzwoniłam do rodziców. Mama Jagody pracowała pielęgniarką w oddziale pediatrycznym, i najpierw nie uwierzyła, iż Lidia chce zamknąć nowonarodzoną wnuczkę w wiosce.
Przecież w pierwszym roku trzeba pilnować rozwoju dziecka. Co trzy miesiące wizyta u specjalisty, a w roku jeszcze raz! Jak można tak lekceważyć? oburzyła się.
Ojciec Jagody milczeniem załadował torby do samochodu. Z córką pojechaliśmy do domu rodziców.
Kiedy Kacper wrócił z pracy i zobaczył, iż nie ma ani żony, ani córki w domu, od razu wiedział, gdzie ich szukać. Dzwonił kilka razy wieczorem, ale nie otrzymywał odpowiedzi. W końcu przyjechał sam. Od razu wyczuł, iż mąż nie pojął sytuacji.
Nie odsyłają cię do kopalni, tylko do wioski! Na świeże powietrze! Czy to przez twoją głupotę całe zamieszanie? zapytał.
Tak, stworzyłam sobie problem. Dwa lata temu, kiedy wzięłaś ślub, wydawałaś się idealna: wysoka, szerokopasmowa, dobra. Nie zauważyłam, iż pod tą powłoką kryje się tylko syn mojej matki. Mały i posłuszny: robi, co mama mówi. Gdyby wysłała cię do kopalni, i ty byś się nie sprzeciwiła.
I co, nie wrócisz do domu? pytał.
Nie wrócę. Dom to miejsce, gdzie jest bezpiecznie, kochają i chronią. Nie stałeś się ochroną. Żyj z mamą.
Po pół roku udało mi się rozwieść z Kacprem.










