Marta Kowalska szła przez deszcz i płakała. Łzy ściekały po policzkach, mieszając się z kroplami wody.
Jedno pocieszenie leje jak z cebra! Nikt nie widzi, iż płaczę myślała cicho.
I jeszcze to: Sama sobie winna! Wlazłam nie w porę, niezapowiedziany gość…
Szła, wycierając nos i śmiała się przez łzy, bo przypomniał jej się stary kawał: zięć mówi do teściowej: I co, mamusiu, choćby herbaty nie wypijesz?
A dziś sama poczuła się jak ta „mamusia” z żartu.
Płakała i śmiała się na przemian; raz łzy, raz śmiech.
W końcu wróciła do swojego mieszkania, rzuciła mokre ubrania na podłogę, owinęła się kocem, i już bez zahamowań zaczęła szlochać. Nikogo i niczego w pobliżu tylko złota rybka w okrągłym akwarium była jej świadkiem!
Marta całe życie była kobieta ciekawą, raczej popularną u facetów. Ale z ojcem Nikodema, jej syna, jakoś zupełnie jej nie wyszło. Pił. Na początku dało się to znieść wypił, poszedł spać. Potem zaczęła się zazdrość do wszystkich: obcego, co o drogę spytał, sprzedawcy w sklepie mięsnym, dziadka z laską, sąsiada.
Pewnego dnia zobaczył, iż Marta uśmiechnęła się do sąsiada przy powitaniu i totalnie postradał zmysły.
Pobił ją. I to z premedytacją. W nerki. Na oczach dziecka.
Nikodem potem wszystko dokładnie opisał babci i dziadkowi. Mama Marty zapłakała:
Boże, za co ja córkę wychowałam, żeby ją jakaś pijana menda biła?
A ojciec bez słowa założył płaszcz, podniósł zięcia, w mgnieniu oka już był byłym, i spuścił go z czwartego piętra. Ten, lecąc, choćby rękę złamał.
Ojciec pogroził mu pięścią i rzucił:
Jeszcze raz zobaczę cię z moją córką, to cię zabiję. Do więzienia pójdę, ale ty szmato już nigdy mojej Martusi życia nie spieprzysz!
I rzeczywiście ex-mąż zniknął. Marta już nie wychodziła za mąż. Trzeba było wychować dziecko. Co to za los nie wiadomo, jaki drugi mąż się trafi.
Poznało ją potem wielu mężczyzn, wielu próbowało nawiązać bliższą relację. Marta nie mogła. Wystarczyło jej tego, co przeżyła z ojcem Nikodema.
Marta nie miała szczególnych kłopotów finansowych. Była technologiem żywienia, pracowała w całkiem przytulnej restauracji. Na życie nie narzekała.
Żyła spokojnie, odkładała powoli na mieszkanie. Kiedy zebrała równowartość, Nikodem postanowił się żenić, a jego dziewczyna była cudowna Zofia, imię polskie, melodyjne.
Wtedy Marta oddała dzieciom dwupokojowe mieszkanie choćby nie wahając się. Ich rodzina, im potrzebniej! Zorganizowała im też wesele.
Teraz Marta odkładała złotówki na nowy samochód dla syna ileż można jeździć starym polonezem.
Tego dnia wcale nie zamierzała wpadać do Nikodema. Nigdy nie narzuca się dzieciom. Po prostu znalazła się przypadkiem pod ich blokiem, kiedy lunął deszcz. Nie miała choćby parasola. Zresztą taki lejący, iż parasol nic by nie dał.
Więc wpadła, żeby przeczekać z Zosią, pogadać jak kobieta z kobietą, napić się herbaty.
Ale Zosia, otwierając drzwi, spojrzała dziwnie na teściową. choćby nie zaprosiła do środka, tylko w przedpokoju, chłodno spytała:
Pani Marto, czegoś Pani chciała?
Marta aż się zaplątała:
No bo… Deszcz…
Już przestało padać! Niedaleko Pani ma, to Pani da radę wrócić przechodząc obojętnie, z rękami skrzyżowanymi, odparła Zosia.
Tak, tak zgodziła się Marta pokornie, i z zalanym twarzą wróciła na deszcz.
Płakała i nie mogła się uspokoić. W końcu zasnęła. A w śnie przyśniła jej się złota rybka z akwarium.
Nagle rosła i ruszała pyszczkiem bezgłośnie, ale Marta wszystko rozumiała. Rybka mówiła:
Płaczesz? Głuptas! Herbaty ci choćby w deszczu nie podali! Ty dla kogo te pieniądze odkładasz na samochód? Zamierzasz tak całe życie dla innych żyć? Weź się w garść! Jesteś mądra, piękna, masz swoje pieniądze! A oni? choćby nie doceniają. Jedź gdzieś nad morze! Żyj trochę dla siebie.
Marta ocknęła się, gdy było już zupełnie ciemno.
Rybka dalej pływała, ruszając pyszczkiem, ale Marta już nie rozumiała rybiego języka. I tak jednak pojęła najważniejsze: nie wolno poświęcać siebie dla niewdzięcznych ludzi. Ani dla bezczelnych, którzy choćby herbaty nie zaproponują, nie pozwolą usiąść, przeczekać deszcz.
Wzięła złotówki, które odkładała dzieciom na auto i kupiła sobie wczasy nad Bałtykiem. Pojechała, odpoczęła. Wróciła opalona i jakaś piękniejsza.
Syn z synową choćby nie zauważyli. Odzywali się tylko gdy czegoś potrzebowali: pieniędzy albo opieki do dziecka.
Od tamtej pory Marta przestała unikać mężczyzn, pojawił się adorator bardzo interesujący, elegancki, dyrektor restauracji, w której pracowała.
Od dawna jej się przyglądał, ale była dla niego zawsze „za trudna”. Syn, synowa, ich sprawy… A teraz się ułożyło. Razem do pracy, razem z pracy nagle życie nabrało innego smaku.
Niedawno Zosia wpadła z wizytą.
Dlaczego Pani, Pani Marto, do nas nie zagląda? Nie dzwoni? Nikodem oglądał fajny samochód! rzuciła z przekąsem.
Zosiu, czegoś chciałaś? zapytała Marta chłodno, krzyżując ręce.
Zosia otwierała już usta, by coś powiedzieć, ale z pokoju wyszedł elegancki mężczyzna:
Marto, robimy herbatę?
Jasne! promiennie uśmiechnęła się Marta.
To zawołaj gościa zaprosił.
Nie, Zosia już wychodzi. Herbaty nie pije! Prawda, Zosiu?
Marta zamknęła za synową drzwi i, śmiejąc się, puściła oczko do rybki w akwarium.
Tak to właśnie jest!









