Barbara ściskała w dłoni wyniki badań.
Papier był wilgotny od potu.
W korytarzu przychodni nie dało się przecisnąć.
Czekała od rana.
— Barbara Morawska! — zawołała pielęgniarka.
Barbara wstała i weszła do gabinetu.
Lekarka, kobieta o zmęczonych oczach, wzięła teczkę.
Przebiegła wzrokiem po dokumentach.
— Proszę usiąść — powiedziała obojętnie.
— Wszystko w normie. Niech mąż się zbada.
Barbarze zrobiło się zimno.
Wiesiek? Przecież to niemożliwe.
Wyszła z gabinetu jak we śnie.
W domu czekała teściowa.
Walentyna siekała kapustę z furią.
Nóż uderzał w deskę jak w bitwie.
— I co, córeczko, jakie wiadomości? — zapytała, nie podnosząc głowy.
— Ze mną wszystko w porządku — bąknęła Barbara.
— To dlaczego taka mina?
Teściowa w końcu spojrzała.
W jej oczach błysnął niepokój.
— Wiesiek musi się przebadać — powiedziała Barbara.
Nóż zawisł nad deską.
Walentyna wyprostowała się jak struna.
— Co za bzdury? Mój syn jest zdrowy!
— Lekarka tak powiedziała.
— Wasze lekarze nie mają pojęcia. Dawniej rodziło się bez badań.
Barbara nie odpowiedziała.
Przeszła do pokoju, zdjęła kurtkę.
Na kanapie leżały skarpetki, niedopasowane jak zawsze.
Jedna niebieska, druga czarna.
Wrzuciła je do kosza na pranie.
Trzy lata małżeństwa, same niedopasowania.
Wiesiek wrócił późno.
— Co za mina pogrzebowa? — burknął, siadając w fotelu.
— Musimy porozmawiać — powiedziała Barbara.
— O czym?
Podsunęła mu wyniki.
Przejrzał je i cisnął na stolik.
— No i? Co z tego?
— Musisz się zbadać, Wiesiu.
— Z jakiej racji? Jestem zdrowy jak koń!
Zerwał się i zaczął chodzić po pokoju.
Wyglądał na silnego, szeroki w barach.
Ale zdrowia nie widać na pierwszy rzut oka.
— Proszę cię, zrób to dla nas.
— Dość! Nie chcesz dzieci, to powiedz!
Z kuchni dobiegło szuranie kapci.
Walentyna czaiła się za drzwiami.
— Dzieci to wszystko, czego pragnę — powiedziała cicho Barbara.
— To czemu ich nie ma? Może coś ukrywasz?
Słowa uderzyły jak policzek.
— Jak śmiesz tak mówić?
— A jak mam śmieć? Trzy lata i nic!
Drzwi otworzyły się z hukiem.
Walentyna wpadła jak czołg.
— Wiesiu, nie słuchaj jej! To przez nieróbstwo!
Barbara spojrzała na męża.
Ten odwrócił się do okna, milczał.
— Naprawdę myślisz, iż to moja wina?
— Nie wiem, co myśleć — syknął przez zęby.
— Wiem tylko, iż jestem zdrowy, a ona niech się leczy.
Barbara stała bez słowa, z papierem w ręku.
Nikt już nic więcej nie powiedział.
Koniec.







