Konkursy artystyczne to ciężka sprawa. Z jednej strony umożliwiają wygodny przegląd sceny i są sposobem na symboliczne i finansowe dowartościowanie osób artystycznych, z drugiej jednak, jako narzędzia selekcji, jednoznacznie wpisują się w logikę rynkowej rywalizacji. A jeżeli w grę wchodzi konkurs malarski, bitwa o lepsze (artystyczne) jutro wydaje się tym bardziej przegrana. Mimo to zapałów reformatorskich w środowisku artystycznym nie brakuje, co odbija się również na Bielskiej Jesieni. Jury poprzedniej edycji (2023) zdecydowało na przykład o rezygnacji z pierwszej nagrody i przyznaniu trzech równorzędnych. W tym roku jury (Dorota Buczkowska, Anna Mituś, Karol Radziszewski, Agata Smalcerz, przewodniczący Stach Szabłowski) zdecydowało się powrócić do tradycyjnego systemu nagród, jednak po to tylko, aby dowartościować postawy i propozycje, które, przynajmniej teoretycznie, idą na przekór rynkowym trendom. A jeżeli nie, to przynajmniej są czymś więcej niż tylko farbą na płótnie. Cel szlachetny, jednak efekt okazał się wysoce problematyczny. I to nie tylko z punktu widzenia redpillowych hejterów.
Hajs musi się zgadzać. Bielska Jesień i Konkurs Gepperta 2023
Piotr Policht
Rynek sztuki to żarłoczna bestia; w malarstwie łyka wszystko, a robi to szczególnie chętnie, jeżeli obraz daje jakąś wizualną przyjemność. Po konkursowej wystawie widać, iż to właśnie tego zjawiska najbardziej wystrzegało się jury – ekspozycja zdominowana jest przez ekspresyjną, mniej lub bardziej „brzydką” figurację. W tekście do katalogu Stach Szabłowski podkreśla, iż malarstwa nie powinno się sprowadzać do kunsztu, ponieważ istotna jest także postawa artysty – jego polityczne i etyczne stanowisko zajmowane wobec rzeczywistości. I takich postaw na Bielskiej znajdziemy sporo: jest obraz Martyny Baranowicz odnoszący się do opresyjnej polityki reprodukcyjnej w Polsce, Ania Grzymała pokazała swój autoportret z Krzysztofem Stanowskim, który na Kanale Zero rozpętał nagonkę przeciwko artystce, Jan Stanisławski tworzy własny kanon narodowych bohaterek, Julia Woronowicz alternatywną, feministyczną mitologię; Natalia Sara Skorupa, performerka znana z wystąpień o wyrazistym politycznym przekazie, na Bielskiej ujawniła się jako malarka ilustrująca realia życia konserwatywnej polskiej rodziny, Kuba Stępień – też performerka – skupia się z kolei na narzędziach społecznej kontroli, takich jak uliczne kamerki. Polityczna stawka wyróżnia także tegorocznego laureata, Małgorzatę Mycek, queerującego polską wieś. Jest też mnóstwo propozycji odnoszących się do prywatnych doświadczeń artystów i artystek – obrazów ilustrujących rówieśniczą przemoc (Hubert Tylczak), opowiadających o doświadczeniu ciąży (Honorata Martin), żałobie (Kinga Burek-Domżalska) czy trudnych stanach emocjonalnych i przeżywaniu cielesności (Katarzyna Pośpiech, Filip Rybicki). To nagromadzenie prywatnych historii sprawiło, iż oprowadzanie po wystawie momentami przypominało sesję terapeutyczną, podczas której osoby artystyczne przyznawały się do przebytych traum albo doświadczanej przemocy.
Gwoli sprawiedliwości trzeba zaznaczyć, iż na wystawie znalazło się kilka propozycji odbiegających od tych tendencji. Jednym przykładem jest malarstwo abstrakcyjne (Radim Koros, Amadeusz Długaj, Tomasz Saciłowski), ale najciekawiej chyba prezentowała się figuracja skoncentrowana na samym języku sztuki. To on jest tu głównym narzędziem; to przez niego – a nie mimo niego czy wbrew niemu – się tu mówi. Moją faworytką w tej grupie jest Ant Łakomsk, która w Bielsku pokazała tryptyk przedstawiający, w różnych wariantach, postać wyglądającą jak ona sama. Eteryczne, wydłużone sylwetki z długimi czarnymi włosami i jasną cerą namalowane zostały na podłużnych aluminiowych panelach, częściowo odsłaniających swoją srebrzystą powłokę. Daje to dekoracyjne, wręcz dizajnerskie wrażenie. Nie piszę tego złośliwie – tajemnicze, jakby japońskie bohaterki i wijące się obok nich girlandy liści, zderzone z metalicznymi planszami, przywołują na myśl tradycję ruchu Arts & Crafts i secesji, prace prerafaelitów, Gustawa Klimta czy Jamesa Whistlera. Wiadomo też, iż artystce bliskie jest łączenie malarstwa z dizajnem i rzemiosłem, przyznaje się do inspiracji Williamem Morrisem, Marcem Camille Chaimowiczem czy Carlo Scarpą, a przy okazji niedawnej wystawy w Turnusie pokusiła się o współpracę z Zuzanną Kozłowską, która zaprojektowała ramy i przygotowała aranżację wystawy. Łakomsk występuje na Bielskiej po raz drugi i widać, iż dokonała sporego postępu. I ma się wrażenie, iż wydarzy się w niej jeszcze sporo.
Po werdykcie jury mogliśmy usłyszeć, iż grand prix „otrzymała wspaniała osoba”. To świetnie, tylko czy Bielska Jesień to konkurs na najlepszego przyjaciela?
Enigmatyczna nastrojowość wyróżnia także malarstwo Karoliny Szwed, będące rodzajem egzystencjalnej zadumy, oraz Kasi Banasiak (zbieżność nazwisk przypadkowa), która opowiada o dorastaniu, sięgając po język lirycznego symbolizmu. Uwagę zwracały też obrazy eksperymentujące z formatem płótna: ustawiona na podłodze praca Olgi Dyjak, wizualizująca dziwny dziecięcy sen, oraz prace Karola Bagińskiego, który bawi się kolorem i materiałem z zapałem godnym największego podwórkowego łobuza – i to ta zabawa jest głównym tematem tego malarstwa.
Te prace zostały przez jury albo ledwie docenione, albo zignorowane (Banasiak i Bagiński dostali wyróżnienia, Szwed i Dyjak wyróżniły redakcje). To prowokuje do dyskusji nad kryteriami wyboru (skoro wyboru postanowiono już dokonać). Niestety w tym roku jurorzy zrezygnowali ze zwyczajowej debaty po otwarciu, oddając głos osobom artystycznym, które kontynuowały opowieści o własnych pracach, rozpoczęte podczas oprowadzania. Dyskusja jednak się odbyła, tyle iż w internecie. Nie sposób jednak mówić tu o zaplanowanej wymianie zdań; było to raczej gaszenie pożaru, który wybuchł po ogłoszeniu wyników – laureatowi dostało się nie tylko za to, jak maluje, ale i jakich zaimków używa. To zaś sprzyjało przyjmowaniu postaw defensywnych. Po otwarciu mogliśmy więc przyglądać się przykremu spektaklowi przepychanek o władzę sądzenia, w którym jury i reprezentantki galerii przyjęli niestety postawę dydaktyka tłumaczącego dlaczego w sztuce można dziś wszystko. Raz przyjmowało to formę oburzenia, choć maskowanego dyskursem eksperckim (Ada Piekarska), raz tyleż cierpliwego, co dydaktycznego wykładu (Stach Szabłowski). Środowisko było zachwycone. „Pełna zgoda!”, niosło się po banieczce.
Chciałabym podjąć tę dyskusję, tyle iż z nieco innej perspektywy. Jury wysłało bowiem sygnał (i do publiczności, i do osób artystycznych), który moim zdaniem jest problematyczny. Czyli: w sztuce liczy się przede wszystkim postawa, a kwestia wykonania jest drugorzędna. Takie stwierdzenia padły w katalogu wystawy, podczas internetowej burzy, a także z ust członkiń jury podczas weekendu otwarcia. Dorota Buczkowska stwierdziła na przykład, iż forma i materiały to problem nie artystów, a konserwatorów. Swoistą manifestacją tego przekonania zdaje się być główna nagroda dla Małgorzaty Mycek. Również nagrody II (Damian Kula) i III (Julia Poziomecka) trafiły w ręce osób, które z pewnością nie cyzelują formy.
Strefa komfortu. Rozkwit i upadek nowego malarstwa 2013—2023
Piotr Policht
Forma to oczywiście kwestia wyboru, artyści mogą dziś żonglować najróżniejszymi estetykami, także tymi „naiwnymi”. To jednak nie rozwiązuje problemu kryteriów oceny takiej twórczości. W końcu prosta forma – nawet, jeżeli jest wybrana świadomie – nie musi być wystarczająco przemyślana. „Niestaranna”, „brudna” forma może być tak sama pusta, jak prace Nowych Dawnych Mistrzów, jednak tu dochodzi jeszcze alibi „emocji”. Jej wybór nie jest też niczym nowatorskim, takie pomysły pojawiały się już tysiące razy, można wręcz odnieść wrażenie, iż to rodzaj promptu: „jestem wrażliwy, więc maluję jak dziecko”. W tym sensie pytanie o warsztat jednak warto zadać, jednak nie w kontekście umiejętności manualnych czy maestrii, ale warsztatu rozumianego jako staranność myśli i jej wykonania. Nie jest to kwestia, którą można zbyć hasłem „w sztuce wszystko wolno” lub argumentami emocjonalno-etycznymi, jak miało to miejsce na Bielskiej. Po werdykcie jury mogliśmy usłyszeć, iż grand prix „otrzymała wspaniała osoba”. To świetnie, tylko czy Bielska Jesień to konkurs na najlepszego przyjaciela?
Faktycznie, ataki publiczności, lamentującej, iż Mycek maluje jak dziecko i w związku z tym sztuka umiera, trafiały jak kulą w płot. W przypadku Małgorzaty Mycek użycie estetyki naiwnej jest świadome i ma jasny cel: artysta opowiada o współczesnej kulturze ludowej, krytykuje ją, chce rozszczelniać jej przestrzeń dla osób nieheteronormatywnych. Nie ma sensu ścigać artystę za brak manualnych umiejętności, ale można zastanawiać się, na ile przyjęta kilka lat temu konwencja się dziś broni. Mam poczucie, iż naiwna estetyka znacznie lepiej „siedziała” we wcześniejszych pracach, szczególnie z cyklu Córka rolnika, w których Mycek parodiował obyczaje klasy ludowej. Były to prace wręcz zjadliwe, a „dziecinna” technika wzmacniała ich satyryczny wydźwięk. Ostatnio jednak ostrze krytyki Mycka trochę się przytępiło – na biennale artysta pokazał portrety sympatycznych w gruncie rzeczy postaci queerowych, których „wiejskość” sygnalizują atrybuty lub tło. Jak dla mnie to mało i w tym sensie werdykt jury wydaje się trochę na wyrost – czytam go bardziej jako nagrodę za całokształt niż obecne prace.
Malować brzydko lub „naiwnie” można dziś do woli, jednak pod warunkiem, iż ma się dobry powód. jeżeli go brakuje, odwoływanie się do naiwności w niczym nie pomoże. Ale jeżeli się go ma, to nie tylko w niczym to nie przeszkadza, ale jest po prostu zaletą.
Warsztatu – staranności myśli i wykonania – trudno natomiast dopatrzyć się w pracach pozostałej dwójki laureatów. Dla Damiana Kuli inspiracją były podróże z rodzicami do ciepłych krajów. Jak pisze Agata Smalcerz w katalogu biennale, jego obrazy są „krytyką modelu wypoczywania wakacyjnego”, polegającą na tym, iż biali bogacze (u Kuli przedstawieni jako szkielety) wypoczywają, a czarni lokalsi im usługują. Na obrazie Burza na plaży patrzymy na owych lokalsów z perspektywy turystów leżących na kocykach – widzimy tylko własne kostki stóp, a w oddali majaczą postacie sprzedawców biżuterii, pomiędzy którymi groźne zerkają na nas wkurzeni wojownicy z dzidami i tarczami. Na obrazie Życie szkieletowi-turyście jest wymierzona solidniejsza kara (?) – lokals go posuwa i widać iż już doszedł, bo po kościach turysty spływa sperma. A to wszystko na tle zachodu słońca. Naiwnej krytyce (w ramach której artysta prymitywizuje wizerunki ludzi niebiałych) sekunduje komediancka forma („śmieszne” szkielety, plenery jak z tanich prospektów reklamowych, banalne metafory), co pogłębia odczucie, iż nie jest to refleksja na poważnie, tylko (nieśmieszne) żarty. Artysta sam zresztą przyznał, iż pokazywane w Bielsku obrazy tworzył w chwili twórczego impasu: „Zacząłem malować byle czym i byle jak. Oto efekt”.
Przypadek Julii Poziomeckiej chyba najpełniej obrazuje rozjazd postulatów jury względem tego, co faktycznie oferuje artystka. W katalogu biennale Poziomecka przedstawiona została jako twórczyni opowiadająca o swoich codziennych doświadczeniach, a Dorota Buczkowska tę twórczość opisuje tak: „Julia Poziomecka dosłownie krzyczy brutalnością gestu. Chaosem tworzy dramatyczną, obnażającą emocjonalnie ekspresję”. Patrzyłam na te prace długo i w żadnej nie widziałam brutalnego gestu czy dramatycznej ekspresji. Styl Poziomeckiej można raczej porównać do karykaturalnych rysunków wykonywanych w szkolnych zeszytach. Artystka maluje na czym popadnie – na obrusie czy zużytych płótnach, które dostała od kolegi; chętnie sięga też po materiały „tandetne”, jak brokat lub choinkowe łańcuchy, które przytwierdza do brzegów płótna spinaczami. Forma prac Poziomeckiej nie jest dramatyczna, tylko groteskowa, a jeżeli przyjrzeć się jej wcześniejszym pracom – na przykład instalacjom wykonanym z różnych „śmieciowych” obiektów czy nielicznym pracom malarskim – trudno nie zauważyć, iż wątek osobistej narracji nie jest w nich pogłębiony, a często go wręcz brakuje. Jest za to sporo bardzo niewybrednego humoru.
Tak, jak premiowanie „brzydkich” prac jest fałszywym egalitaryzmem, tak jest nim pokazywanie kilkudziesięciu obrazów i nagradzanie kilkunastu.
Jakimi kryteriami posługiwało jury, decydując się nagrodzić prace Kuli i Poziomeckiej? jeżeli nagrodzone miały być wyraziste postawy polityczne, to na Bielskiej znalazłoby się kilka dużo bardziej adekwatnych prac, jak choćby wspomnianej na początku Ani Grzymały czy Martyny Baranowicz. Więc może jednak nagrodzona została forma – forma „brzydka”? Tak wygląda to z boku, i wydaje się dosyć – nomen omen – naiwnym ujęciem sprawy. Tego blamażu – upieram się – być może udało by się uniknąć, gdyby jury potraktowało temat warsztatu bardziej serio, a nie tylko jako kategorię „opresyjną”. Warsztat artystyczny to dziś świadomość twórcza – skoro można wszystko, to tym bardziej warto zastanowić się jak i po co. Co dzięki takiej a nie innej formy osoba artystyczna chce nam opowiadać i jaka jest waga tej historii? Czy wybrana estetyka jest spójna z celem, czy go uzupełnia? To również świadomość materiałów – jak pracują, jaka jest ich historia, kulturowe znaczenie, kontekst. Wreszcie, warsztat to jakość wykonania, a więc także jakość samych materiałów. Więc jeszcze raz: nie chodzi o warsztat rozumiany jako umiejętność „ładnego” malowania. Malować brzydko lub „naiwnie” można dziś do woli, jednak pod warunkiem, iż ma się dobry powód. jeżeli go brakuje, odwoływanie się do naiwności w niczym nie pomoże. Ale jeżeli się go ma, to nie tylko w niczym to nie przeszkadza, ale jest po prostu zaletą.
„Brzydkie” malowanie nie jest więc wartością samą w sobie; na pewno nie jest też gestem krytycznym wobec rynku. Przykładem Mycek, który współpracuje z galerią komercyjną, sprzedaje prace i bierze udział w najważniejszych wystawach instytucjonalnych (przy okazji Kwestii kobiecej Muzeum Sztuki Nowoczesnej wyprodukowało choćby serię apaszek z nadrukiem pracy artysty). W tym sensie werdykt jury Bielskiej jest skrajnie bezpieczny, potwierdza rynkową i instytucjonalną pozycję artysty i petryfikuje status quo, co przez przypadek przykryła internetowa inba. Nagrodzony został artysta uznany i lubiany, „wspaniała osoba”. Wolałabym, żeby w nagrodach Bielskiej było mniej koleżeńskości, a więcej odwagi w wytyczaniu nowych szlaków.
Bielskie średniowiecze. 45. edycja Biennale Malarstwa Bielska Jesień 2021
Karolina Plinta
Na Bielskiej Jesieni 2025 wydarzyła się jedna dobra rzecz. Mianowicie galeria zaczęła wypłacać trochę większe wynagrodzenia wszystkim uczestnikom wystawy, mające pokryć koszty wycieczki do Bielska. Niby drobiazg, ale na tle polskich praktyk instytucjonalnych godny wyróżnienia. Jednak fakt, iż chodzi o absolutnie symboliczny dodatek (900 złotych), również mówi coś o Bielskiej. Tym czymś jest absurdalna nadmiarowość tego konkursu – lata mijają, a kolejne edycje biennale rządzą się regułą, iż im więcej, tym lepiej. Cóż, niekoniecznie. Tak, jak premiowanie „brzydkich” prac jest fałszywym egalitaryzmem, tak jest nim pokazywanie kilkudziesięciu obrazów i nagradzanie kilkunastu. Z mojej perspektywy biennale zyskałoby na jakości (!), gdyby wystawa finałowa była przynajmniej dwa razy mniejsza. Bielska Jesień to w końcu wydarzenie cykliczne i naprawdę każdy może się na nią załapać. Mniejszej liczbie osób można by za to więcej zapłacić i lepiej wyeksponować ich prace, które teraz są kakofonicznie stłoczone, wieszane byle jak: wysoko pod sufitem lub na filarach. No i w końcu: mniej prac to mniej towaru na rynku. To na pewno wkurzyłoby galerzystów i kolekcjonerów!






