Nazywam się Sergiusz Barta, mam trzydzieści dwa lata i przez ostatnie siedem byłem tym, którego wszyscy w tym domu nazywali „synem gospodyni". Teraz piszę to, bo w gazetach napiszą swoją wersję, a ja swoją znam lepiej niż ktokolwiek.
Moja matka, Grażyna Barta, pracowała dla rodziny Wysockich w Sopocie od dwudziestu siedmiu lat. Prowadziła dom Tomasza Wysockiego jak własny — dopilnowała, żeby na Boże Narodzenie w kominku paliło się drewno bukowe, a nie sosnowe, bo sosnowe strzela iskrami na dywan. Znała rozkład prądu w tym domu lepiej niż elektryk. To ona nauczyła mnie prowadzić spisy, robić notatki, nie ufać nikomu na słowo — chociaż wtedy myślałem, iż to tylko jej dziwactwo.
Dostałem pracę w terminalu przeładunkowym w porcie w Gdyni, kiedy miałem dwadzieścia trzy lata. Powiedziano mi, iż to za dawną przysługę, jaką mama wyświadczyła staremu Wysockiemu. Nie pytałem o szczegóły. Człowiek rzadko pyta, kiedy dostaje coś za darmo.
Problemy zaczęły się, kiedy zacząłem przegrywać pieniądze — najpierw na zakładach, potem na czymś gorszym. Winien byłem prawie sto osiemdziesiąt tysięcy złotych ludziom, z którymi nie rozmawia się przez telefon, tylko osobiście, i to nie w kawiarni. Powiedziałem o tym mamie jednej nocy, siedząc na schodach kuchennych dla personelu, tych samych, po których biegałem jako dziecko z talerzem naleśników.
Mama zbladła, ale się nie rozpłakała. Powiedziała tylko: „Coś wymyślę". I wymyśliła — czterdziestu jeden fikcyjnych pracowników w firmach logistycznych Wysockiego, pensje przelewane przez dziewięć spółek słomianych, prawie dwa miliony złotych w ciągu dwóch lat. Nie pytałem, jak to robi. Brałem pieniądze i spłacałem długi, jeden po drugim, aż w końcu przestałem się bać, iż ktoś przyjdzie po mnie z łomem.
Nie wiedziałem, iż żona Tomasza, Iwona, odkryła te nazwiska zapisane ołówkiem na marginesie raportu — noc przed wypadkiem na obwodnicy w stronę Żukowa. Nie wiedziałem, iż tamtej nocy o dwudziestej trzeciej cztery zadzwoniłem — nie ja, moja matka — do człowieka, który kiedyś był konkurentem Tomasza w branży, żeby zapytać, czy ktoś jeszcze wie o nazwiskach na liście. Dowiedziałem się o tym wszystkim siedem lat później, kiedy było już za późno cokolwiek cofnąć.
Rano Iwona miała jechać innym samochodem. Zamieniła się z mężem w ostatniej chwili, bo mały Kuba — miał wtedy cztery lata — nie chciał iść do przedszkola bez niej. Moja matka nie wiedziała, iż będą w tym aucie. Przysięgała mi to później, kiedy już wszystko wyszło na jaw, i wierzę jej do dziś, bo widziałem jej twarz, kiedy to mówiła.
Chłopiec przeżył. Trafił do domu kobiety, która sprzątała u Wysockich — Beaty Konarskiej, samotnej matki z Wrzeszcza, która wracała wtedy autobusem z Oliwy i zobaczyła dym przy torach kolejowych niedaleko lasu. Zabrała go do lekarza, zgłosiła na policję, a kiedy nikt się nie odezwał — bo poszukiwania Wysockich skupiły się w zupełnie innym kierunku — zatrzymała go u siebie. Nazwała go Kuba. Dorastał z jej córką, małą Zosią, w bloku na Grunwaldzkiej, gdzie w windzie zawsze pachniało praniem sąsiadki z parteru i gdzie w niedziele oglądali razem powtórki „Klanu".
Ja wiedziałem o Kubie od zawsze — bywałem tam, pomagałem mu z lekcjami z matematyki, uczyłem go grać w szachy, dokładnie tak, jak kiedyś ktoś nauczył mnie. Nie wiedziałem, kim naprawdę jest. Nie wiedziałem, iż mama wiedziała. To ona pilnowała, żeby nikt z domu Wysockich nie zbliżył się zbytnio do rodziny Beaty — pod pretekstem, iż sprzątaczka ma dość problemów bez wścibskich sąsiadów z willi.
Kiedy pięcioletnia Zosia wskazała palcem na portret w holu rezydencji i zapytała, dlaczego wisi tam zdjęcie jej brata, poczułem, jak grunt usuwa mi się spod nóg, chociaż stałem wtedy trzydzieści kilometrów dalej, w hali przeładunkowej, i nic jeszcze nie wiedziałem.
Matka zadzwoniła do mnie wieczorem. Głos miała spłaszczony, jakby ktoś wyssał z niego powietrze. „Tomasz zaczął zadawać pytania o Kubę" — powiedziała. Potem dodała zdanie, którego nie zapomnę: „Dopóki jest Kubą, nie przypomni sobie, iż był Mateuszem". Nie mówiła tego z okrucieństwa. Mówiła to jak kobieta, która przez siedem lat trzymała dach nad głową swojego syna, kosztem czyjejś prawdy, i widziała, jak ten dach zaczyna się walić.
Spotkaliśmy się w starej szopie przy dawnym pomoście nad jeziorem, tam gdzie kiedyś trzymano sprzęt żeglarski Wysockiego. Mama powiedziała, iż Barczewski — bo tak nazywał się ten człowiek z zeszłej nocnej rozmowy — dowiedział się o czarnym zeszycie z zapisami płatności i iż trzeba go zniszczyć przed poniedziałkiem. Powiedziała mi, iż dzieci mogły ich widzieć na schodach. Wtedy pierwszy raz w życiu spojrzałem na moją matkę i pomyślałem, iż się jej boję.
Wszedłem do rezydencji przez wejście serwisowe, które znałem z dzieciństwa — furtkę od strony garaży, klucz schowany pod donicą z geranium. Chciałem tylko odzyskać zeszyt i zniknąć, zanim ochrona Tomasza — a wiedziałem już, iż nazywa się Wiktor Salamucha i iż jest cholernie skuteczny — złoży wszystko w całość. Zamiast tego natrafiłem na dwoje dzieci na korytarzu. Zosia i Kuba, w piżamach, z latarką z telefonu.
Zapędziłem ich do szopy, bo nie miałem gdzie się podziać, a światła w całym domu akurat zgasły — coś, czego nie planowałem, coś, co zrobił Salamucha, żebym się zdradził. Nie tknąłem żadnego z nich. Byłem przerażony, spocony, mówiłem za dużo, tłumaczyłem, iż to miało być „tymczasowe rozwiązanie", iż długi trzeba było spłacić, iż matka tylko chciała mnie chronić. Beata stanęła między mną a dziećmi, drobna kobieta w fartuchu sprzątaczki, i powiedziała coś, czego nie spodziewałem się usłyszeć: „Twoja matka przez dwadzieścia siedem lat chroniła cię przed konsekwencjami. Nie zamieniaj tego poświęcenia w coś jeszcze gorszego".
Odpowiedziałem jej, iż nie rozumie, co matka robi dla dziecka. Spojrzała na Kubę i Zosię i powiedziała spokojnie, iż rozumie to lepiej, niż mi się wydaje — i właśnie dlatego wie, iż ochrona to nie to samo, co uczenie kogoś, żeby zawsze uciekał.
Kiedy usłyszałem samochody na żwirze podjazdu, wiedziałem, iż to koniec. Wyszedłem z rękami przy sobie. Nie stawiałem oporu. Tomasz stał przy furtce, patrzył na Kubę, który zamarł na chwilę, a potem — nie ja to widziałem z bliska, ale słyszałem to później od matki — chłopak podszedł sam. Powiedział „tato". Nikt go nie zmuszał.
Mnie i mamę zatrzymano tej samej nocy. W areszcie przez trzy dni nie odzywałem się do nikogo. Kiedy w końcu zeznawałem, powiedziałem prawdę o fikcyjnych pracownikach, o pieniądzach, o tym, iż to ja pierwszy poprosiłem matkę o pomoc. Nie próbowałem zwalać wszystkiego na nią, chociaż prawnik mi to radził. Ona i tak wzięła na siebie więcej, niż powinna.
Dowiedziałem się później, iż próbowała wrobić Beatę — podłożyła pieniądze i podejrzaną butelkę w pokoju sprzątaczki, żeby odwrócić uwagę Salamuchy, zanim ten dotrze do prawdy o wypadku. Kiedy mi to powiedziano w areszcie, nie wierzyłem. Ale zeszyt Beaty — szary, prowadzony od dwudziestu dwóch lat, z każdą godziną pracy zapisaną odręcznie — obalił całą tę konstrukcję w dwadzieścia minut przesłuchania. Moja matka przegrała z kobietą, która notowała.
Sąd wymierzył mi karę czterech lat, z czego mogę wyjść warunkowo po odsiedzeniu połowy, jeżeli spłacę zajęte konto — sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych, które jeszcze zostały do oddania. Matka dostała wyrok w zawieszeniu, pod nadzorem kuratora, i zakaz zbliżania się do rezydencji Wysockich bez zgody sądu.
Widziałem Kubę tylko raz od tamtej nocy — przez szybę sali sądowej, kiedy składał zeznanie napisane własnym pismem na kartce wyrwanej z zeszytu, dokładnie tak, jak nauczyła go Beata. Miał już dwanaście lat. Nie patrzył w moją stronę. Nie miałem prawa oczekiwać, iż będzie.
Czasami myślę o szachach, których go uczyłem — o tym otwarciu, które sam wymyśliłem, kiedy miałem osiemnaście lat, siedząc w kuchni dla personelu, podczas gdy matka prasowała koszule pana Wysockiego seniora. Nie wiedziałem wtedy, iż uczę własnego brata przyrodniego niczego niepodejrzewającego syna Tomasza — bo tak to później ustalono, testem DNA, który pokazał dziewięćdziesiąt dziewięć i dziewięćdziesiąt dziewięć setnych procenta. Że to ja, przez te wszystkie soboty, byłem jedyną osobą, która nieświadomie trzymała nić między tym, kim był, a tym, kim mógł stać się na powrót.
Tego nikt mi nie odbierze, choćby ci, którzy słusznie mnie zamknęli. I to jest jedyna rzecz z tych siedmiu lat, za którą nie muszę przepraszać.











