Nazywam się Robert Wardęga, mam czterdzieści jeden lat i jestem teściem Kasi – matki mojego wnuka. To ja, nie ona, opowiem tę historię, bo przez trzy lata patrzyłem na to wszystko z boku, a ludzie i tak mieli o mnie zdanie, zanim w ogóle mnie poznali.
Wnuk urodził się dziewiątego kwietnia dwa tysiące dwudziestego drugiego roku, w szpitalu przy ulicy Wólczańskiej. Zapamiętałem tę datę, bo tego samego dnia w telewizorze w poczekalni leciał mecz reprezentacji i nikt na niego nie patrzył. Kasia rodziła dwanaście godzin. Ja siedziałem na plastikowym krześle, piłem kawę z automatu za dwa złote pięćdziesiąt i czekałem jak wszyscy.
Nikt nas nie przygotował na to, co się stanie, kiedy pielęgniarka wyszła z sali z dziwną twarzą.
Mały urodził się bez nosa. Nie chodzi o to, iż nos był mały czy zdeformowany – po prostu go nie było. Lekarze nazwali to arynią wrodzoną. Rzadkość, jedna na kilkaset tysięcy przypadków, coś, czego nie widzi się choćby na USG w dwudziestym pierwszym tygodniu ciąży, bo nikt tego nie szuka. Chłopak od razu, sam z siebie, zaczął oddychać ustami. To był pierwszy plus, jak powiedział lekarz, który przyjmował poród – bo mogło być gorzej.
Piątego dnia zrobili mu tracheotomię. Rurkę w gardle. Kasia i jej mąż Michał uczyli się ją czyścić na sali szkoleniowej dwa piętra niżej, przy manekinie, który miał choćby imię – pielęgniarki mówiły na niego Zenek. Śmiali się z tego, bo trzeba było się z czegoś śmiać. Ja przywoziłem im jedzenie z baru mlecznego przy Piotrkowskiej, bo w bufecie szpitalnym wszystko było przesolone, a Kasia nie miała siły na nic więcej niż pierogi z twarogiem.
Lekarze mówili od razu, iż rekonstrukcję nosa da się rozważyć, kiedy chłopak podrośnie – nie wcześniej niż koło osiemnastego roku życia, bo wcześniej kości twarzy jeszcze rosną i każda operacja byłaby do powtórki. Kasia postawiła sprawę jasno już na oddziale, jeszcze zanim wypisali ich do domu. Powiedziała pielęgniarce, iż nie zgodzi się na żaden zabieg kosmetyczny, dopóki syn nie będzie mógł sam zdecydować. Ja wtedy pomyślałem, iż to trochę zbyt twarde postawienie sprawy na pierwszy dzień. Teraz wiem, iż miała rację.
Nazwali go Antek.
Nie ukrywam, iż na początku sam miałem problem, żeby na niego patrzeć bez tego skurczu w środku. Nie ze wstrętu – z lęku o niego. Bałem się, iż dzieci na podwórku będą się z niego śmiać, iż w przedszkolu ktoś zapyta głośno „a gdzie masz nos", iż Kasia i Michał będą musieli tłumaczyć to każdemu sąsiadowi z klatki, każdej kasjerce w Biedronce, każdemu, kto się gapi w tramwaju linii szóstej. A ludzie się gapili. Pamiętam, jak kiedyś na przystanku przy Manufakturze jakaś kobieta w futrze złapała swoje dziecko za rękę i odciągnęła je na bok, jakby to było zaraźliwe. Kasia nic nie powiedziała. Wsiadła do tramwaju z wózkiem, spokojnie, jakby nic się nie stało, a ja czułem, iż gdybym był na jej miejscu, tobym tej kobiecie coś powiedział.
Michał, ojciec Antka, pracował jako elektryk w spółdzielni mieszkaniowej. Wracał czasem po dziesięciu godzinach na słupach i pierwsze, co robił, to siadał przy łóżeczku i podnosił rączkę synka do przybicia piątki – tylko iż Antek, zamiast piątki, zaciskał piąstkę i walił nią w otwartą dłoń ojca. To było ich, tylko ich. Nikt inny tak z nim nie robił.
Za oknem mieszkania na Retkini rósł klon, który Antek później, jak już chodził, nazywał „drzewo z ptakami", bo faktycznie gnieździły się tam sikorki. W kuchni zawsze stał na parapecie doniczkowy szczypiorek, bo Kasia dodawała go do wszystkiego, choćby do jajecznicy, i Michał się z tego naśmiewał. To nie miało nic wspólnego z chorobą syna. Po prostu tak wyglądało ich życie – zwyczajnie, między jednym badaniem kontrolnym a drugim.
Rok mijał za rokiem i wcale nie było tak, jak się bałem. Antek chodził do przedszkola integracyjnego przy ulicy Przybyszewskiego. Miał kolegę, Bartka, który raz zapytał go wprost, dlaczego nie ma nosa, a Antek odpowiedział – trzy lata, cztery lata, nie pamiętam już dokładnie – iż urodził się taki i iż wcale mu to nie przeszkadza w bieganiu. Bartek na to powiedział „okej" i pobiegli razem na plac zabaw. Dzieci, jak się okazało, radziły sobie z tym o wiele lepiej niż dorośli.
Ja sam zacząłem go zabierać na spacery, na targ przy Kilińskiego, gdzie sprzedawczynie znały go już z imienia i zawsze wsuwały mu do ręki jabłko za darmo. Nikt tam nie pytał, nikt się nie gapił. Po prostu – Antek. Wnuk pana Roberta. Z rurką, którą trzeba było czasem wyczyścić chusteczką, i z uśmiechem, który zapamiętywali wszyscy sprzedawcy na straganie.
Rodzina planowała już, jak to będzie za kilkanaście lat – iż jak Antek skończy osiemnaście, to sam zdecyduje, czy chce operacji, czy nie, i iż będzie miał na to pieniądze odłożone, bo Michał już wtedy zaczął wpłacać co miesiąc po sto złotych na konto oszczędnościowe założone specjalnie dla syna.
Nie zdążyliśmy dojść do tego dnia.
W lutym dwa tysiące dwudziestego szóstego roku, kiedy Antek miał trzy lata i dziesięć miesięcy, dostał wysokiej gorączki. Kasia zawiozła go na SOR do szpitala im. Korczaka, bo bała się, iż coś jest nie tak z rurką. Zostawili go na obserwacji. W nocy coś poszło nie tak – nigdy do końca nie dowiedzieliśmy się wszystkiego, bo szpital tłumaczył się powikłaniami, których nikt nie mógł przewidzieć. Antek zmarł nad ranem, dwudziestego drugiego lutego.
Michał, jak mi później opowiadał, przez kilka tygodni po pogrzebie nie potrafił wyrzucić z telefonu nagrania, na którym Antek wali piąstką w jego otwartą dłoń. Odtwarzał je codziennie, czasem po kilka razy.
To ja, jako teść, poszedłem z Kasią do banku przy alei Piłsudskiego, dwa miesiące po pogrzebie. Na koncie, które Michał zakładał co miesiąc po sto złotych, uzbierało się cztery tysiące dwieście złotych – pieniądze na operację, której Antek nigdy nie miał dostać, bo nigdy nie dorósł do wieku, w którym mógłby o niej sam zdecydować.
Kasia nie zamknęła tego konta. Zamiast tego przepisała je na fundację przy szpitalu dziecięcym, tę samą, która pomaga rodzinom dzieci z rzadkimi wadami wrodzonymi radzić sobie z kosztami sprzętu medycznego – rurkami, filtrami, pompami ssącymi. Podpisała dokument przy okienku, a urzędniczka bankowa, młoda dziewczyna, zapytała, czy to na pewno ostateczna decyzja. Kasia odpowiedziała, iż tak, bo te pieniądze miały służyć temu, żeby Antek mógł sam wybrać swoją twarz – a skoro nie zdążył, to niech przynajmniej pomogą wybrać zdrowie innemu dziecku, które ma jeszcze tę szansę.
Wyszliśmy z banku razem, w milczeniu. Na przystanku czekał ten sam tramwaj linii szóstej, którym kiedyś jeździli z wózkiem. Kasia weszła do środka pierwsza, ja za nią, i pojechaliśmy do domu, gdzie na parapecie wciąż stał doniczkowy szczypiorek, a za oknem klon, który sikorki właśnie zaczynały obsiadać na nowo.









