Cicho urodziła i chciała oddać córeczkę – historia Lilki, studentki, która wybrała miłość zamiast porzucenia dziecka, mimo presji ze strony ojca, znanego biznesmena z polskiego miasta

newsempire24.com 1 dzień temu

Było to wiele lat temu, gdy pracowałam jako położna w szpitalu w Krakowie. Przez te lata widziałam różne historie, zarówno pełne radości, jak i bólu. Zwykle personel medyczny nie angażował się głębiej w prywatne sprawy kobiet rodzących, ale pewnego razu musiałam zrobić wyjątek, by pomóc młodej studentce, która urodziła przepiękną córeczkę i od razu chciała ją oddać.

Dziewczyna nazywała się Jagoda Zawadzka. Przyjęto ją do szpitala, kiedy już zaczynał się poród. Jagoda przez dziewięć miesięcy nosiła w sobie dziecko, nigdy nie odwiedziła lekarza, nie pojawiła się na żadnej kontrolnej wizycie. Nie chciała ze mną rozmawiać o powodach, a w ferworze pracy nie miałam kiedy zapytać jej o szczegóły.

Sam poród był podręcznikowy lepszy niż u wielu pań, które wytrwale chodziły na szkołę rodzenia. Jagoda była niezwykle spokojna, bez krzyku i dramatu, wykonywała wszystkie polecenia, cicho wzdychała, a mała Antosia przyszła na świat bez żadnych komplikacji. Gdy trzymałam dziewczynkę w ramionach, ona głośno płakała, a Jagoda patrzyła na nią przez łzy. Powiedziałam jej, iż córka jest zdrowa, silna i to wielki dar. Jagoda jednak milczała.

Na oddziale, gdy emocje opadły, Jagoda oznajmiła, iż odda dziecko do adopcji i prosiła, by zawiadomić odpowiednie urzędy. Próbowaliśmy ją przekonać, by dała sobie czas, jednak upierała się przy swoim, nie chciała przystawić Antosi do piersi, prosiła, by zostawić ją samą.

Antosia nie jadła sztucznego mleka, a na sam zapach matczynych piersi szeroko otwierała usta, szukała ciepła, którego jej odmawiano. Z każdym dniem traciła na wadze i coraz bardziej martwiliśmy się o jej zdrowie. Na mojej następnej zmianie nie mogłam już spokojnie patrzeć na tę sytuację. Mimo sprzeciwu innych, poszłam z Antosią do Jagody. Wyjaśniłam jej, iż dziecko wymaga opieki i miłości, i praktycznie wymogłam na matce, by nakarmiła córkę.

Wystarczyło kilka minut Antosia z zapałem zaczęła ssać mleko, a ja wyszłam z sali, zostawiając je razem. Gdy wróciłam po pół godzinie, obie spały, jakby nareszcie znalazły ukojenie. Jagoda tuliła Antosię z czułością.

Następnego dnia Jagoda usiadła przy moim biurku, trzymając już córkę w ramionach. Opowiedziała mi swoją historię. Ojcem dziecka był znany krakowski przedsiębiorca, Marek Mularczyk, żonaty i majętny. Gdy dowiedział się o ciąży, próbował nakłonić Jagodę do jej przerwania, jednak ona była zdeterminowana, by urodzić. Marek wyznał wszystko żonie, ta wybaczyła mu, ale później zaczęła wywierać presję na Jagodę, domagała się oddania dziecka. Groźby, pieniądze, rozmowy nic nie zmieniły; Marek wyjechał z Krakowa, jego żona nie dawała Jagodzie spokoju.

Gdy Jagoda skończyła opowiadać, patrzyła na mnie niepewnie. Powiedziała szczerze, iż chciałaby zatrzymać córeczkę, ale obawia się, jak sobie poradzi w akademiku, bez pieniędzy i wsparcia rodziny.

Bardzo ją chwaliłam za odwagę. Wiedziałam, iż nasz ordynator, doktor Jarosław Kamiński, zna wielu ludzi w Krakowie. Skontaktowaliśmy się z Markiem Mularczykiem i ku zdziwieniu wszystkich, pojawił się kilka godzin później. Rozmowa była szczera, Marek zadeklarował pomoc. Wynajął Jagodzie mieszkanie w centrum miasta, opłacił czynsz na rok z góry to była spora suma, ponad 10 000 złotych. Przekazał również pieniądze na bieżące wydatki, zapewnił, iż będzie wspierał córkę. Być może ruszyło go sumienie, może zrozumiał, jak wielka spoczywa na nim odpowiedzialność.

Co dalej stało się z Jagodą i Antosią, nie wiem. Wierzę, iż znaleźli szczęście, a Jagoda stworzyła dla swej córeczki dom pełen miłości. Często wspominam tę historię delikatną ciszę na sali porodowej, podjęte decyzje, łzy i nadzieję, która pojawiła się nagle pośród zwątpienia. Takie wspomnienia zostają na całe życie.

Idź do oryginalnego materiału