Czyja ty jesteś, dziewczynko? Chodź, zaniosę cię do domu, ogrzejesz się. Podniosłam ją na ręce. Przyniosłam do domu sąsiedzi jak zwykle zjawili się natychmiast. Nowiny w wiosce roznoszą się błyskawicznie. Matko Boska, Haniu, skąd ją masz? A co z nią zrobisz? Haniu, czyś ty rozum postradała? Przecież ci dziecka nie potrzeba! Za co ją wykarmisz?
Zaskrzypiała podłoga pod nogą znowu sobie przypominam, iż trzeba ją naprawić, ale ciągle mi brak czasu. Usiadłam przy stole, wyjęłam mój stary zeszyt. Kartki pożółkłe jak liście jesienne, ale atrament dalej trzyma moje myśli. Za oknem świata zawierucha, a brzoza stukając gałęzią, jakby chciała wejść do środka.
No czego się rozkrzyczałaś? mówię do niej. Zaczekaj trochę, wiosna niedługo przyjdzie.
Śmieszne to, rozmawiać z drzewem, ale jak się żyje w pojedynkę, wszystko wokół zdaje się być żywe. Po tych trudnych czasach zostałam wdową mój Stefan zginął na wojnie. Ostatni list od niego do dziś trzymam, zupełnie zatarty na zgięciach tyle razy czytałam. Pisał, iż wróci niebawem, iż kocha, iż będziemy szczęśliwi Tydzień później wszystko się zmieniło.
Dzieci los mi nie dał, może to i dobrze trudno wtedy było wykarmić choćby siebie. Przewodniczący spółdzielni, pan Mikołaj, pocieszał mnie:
Nie martw się, Haniu. Jesteś jeszcze młoda, może wyjdziesz za mąż drugi raz.
Ja już nie pójdę odpowiadałam stanowczo. Kochałam raz i wystarczy.
W spółdzielni pracowałam od świtu do nocy. Brygadzista często wołał:
Haniu, idź już do domu, późno!
Zdążę odpowiadałam póki ręce pracują, dusza się nie starzeje.
Gospodarstwo miałam niewielkie koza Mania uparta jak ja. Pięć kur budziły mnie rano lepiej niż kogut. Sąsiadka Klaudia żartowała:
Ty nie jesteś indyczka? Twoje kury najgłośniej krzyczą!
Warzywnik też trzymałam ziemniaki, marchew, buraki. Wszystko swoje, z ziemi. Do jesieni robiłam przetwory ogórki kiszone, pomidory, marynowane grzyby. A zimą otwierasz słoik i jakby lato w domu się pojawia.
Ten dzień pamiętam doskonale. Marzec był mokry, senny. Rano padał deszcz, wieczorem mróz. Poszłam do lasu po chrust do pieca. Po zimowych wichurach pełno było gałęzi, wystarczyło zebrać. Obładowałam się, wracam przez stary most i słyszę płacz. Początkowo myślałam, iż to tylko wiatr. Ale nie płacze dziecko.
Zeszłam pod most i widzę dziewczynka mała, cała w błocie, sukienka mokra i rozdarta, w oczach strach. Gdy mnie zobaczyła, zamilkła, tylko drżała cała jak liść osiki.
Czyja ty jesteś, malutka? zapytałam cicho, żeby jej nie przestraszyć jeszcze bardziej.
Milczała, tylko patrzyła swoimi wielkimi oczami. Usta sine od zimna, ręce czerwone, opuchnięte.
Cała zmarznięta powiedziałam do siebie. Chodź, zaniosę cię do domu, ogrzejesz się.
Podniosłam ją lekka jak piórko. Owinęłam ją moją chustą, przytuliłam do serca. A w głowie wciąż się kręci: co to za matka, która dziecko pod mostem zostawiła? Nie mieściło mi się w głowie.
Chrust musiałam zostawić ważniejsze było dziecko. W drodze do domu dziewczynka milczała, tylko mocno trzymała się mojej szyi zziębniętymi palcami.
Sąsiedzi przychodzą od razu nowina w wiosce rozeszła się momentalnie. Pierwsza była Klaudia:
Jezus Maria, skąd ją masz?
Pod mostem znalazłam mówię. Porzucona.
O matko, co za tragedia rozkłada ręce Klaudia. A co teraz zrobisz?
Przecież ją zatrzymam u siebie.
Zwariowałaś chyba, Haniu? babcia Motka podeszła. Po co ci to dziecko? Za co je wykarmisz?
Utrzymam z tego, co Bóg da odpowiedziałam.
Najpierw rozpaliłam w piecu porządnie, zaczęłam grzać wodę. Dziewczynka cała w siniakach, wychudzona, żebra wystają. Wykąpałam w ciepłej wodzie, owinęłam moim starym swetrem nie miałam dziecięcych ubrań.
Jesteś głodna? zapytałam.
Spojrzała na mnie nieśmiało.
Nalałam jej wczorajszego barszczu, odkroiłam kawałek chleba. Jadła łapczywie, ale kulturalnie nie była dziką, ale domową dziewczynką.
Jak masz na imię?
Milczy. Może się boi, może mówić nie potrafi.
Położyłam ją spać w moim łóżku, sama ułożyłam się na ławie. W nocy kilka razy się budziłam, by sprawdzić, czy śpi. Spała zwinięta w kłębek, płacząc przez sen.
Następnego dnia od razu poszłam do urzędu gminy zgłosić znalezisko. Pan Wójt, Janusz, rozłożył ręce:
Nie było żadnych zgłoszeń o zaginięciu dziecka. Może ktoś z miasta ją tu podrzucił
Co teraz?
Zgodnie z przepisami do domu dziecka trzeba. Zaraz zadzwonię do powiatu.
Serce mi się ścisnęło:
Zaczekaj, Januszu. Daj mi trochę czasu może rodzice się odezwą. A na razie zostanie ze mną.
Haniu, dobrze się zastanów
Nie muszę, już zdecydowałam.
Nazwaną ją Marią po mojej mamie. Myślałam, iż odezwą się rodzice, ale nikt nie przyszedł. I dobrze pokochałam ją jak własną.
Początkowo było trudno wcale nie mówiła, tylko patrzyła po domu, jakby czegoś szukała. W nocy budziła się z krzykiem, cała drżała. Przytulałam ją mocno, głaskałam po głowie:
Nic się nie bój, córeczko. Teraz wszystko będzie dobrze.
Ze starych sukienek uszyłam jej ubrania. Pofarbowałam w różne kolory nie wyglądało to pięknie, ale wesoło. Klaudia jak zobaczyła, aż się zachwyciła:
Haniu, masz złote ręce! Myślałam, iż tylko łopatą umiesz machać.
Życie nauczyło być i krawcową, i opiekunką odpowiedziałam, a serce cieszyło się z pochwały.
Nie wszyscy byli tak życzliwi. Babcia Motka co zobaczyła nas razem, to od razu krzyż na piersi robiła:
Nie wychodzi to na dobre! Podrzutek w domu to same problemy. Pewnie jej matka była nic nie warta, dlatego ją zostawiła. Jabłko od jabłoni
Cicho, Motko! przerwałam. Nie ty będziesz sądzić cudze grzechy. A dziewczynka jest moja, i już.
Przewodniczący spółdzielni też się krzywił:
Pomyśl, Haniu, może lepiej do domu dziecka? Tam ją nakarmią, dadzą ubranie.
A kto ją pokocha? zapytałam. W sierocińcu sierot aż za dużo.
Pokręcił głową, ale potem pomagał mleko, kaszę przynosił.
Marii zaczęła się zmieniać. Na początku pojedyncze słowa, potem całe zdania. Pamiętam jak pierwszy raz się zaśmiała spadłam wtedy z taboretu, gdy wieszałam zasłony. Siedzę na podłodze, stękam, a ona śmieje się dźwięcznie, po dziecięcemu. I już wtedy cały ból mi przeszedł od tego śmiechu.
Na grządce pomagała jak potrafiła. Dawałam jej małą motykę z powagą chodziła obok mnie, naśladowała. Więcej jednak zadeptywała chwasty niż wyrywała ale nie miałam jej tego za złe. Cieszyłam się, iż odżywa.
A potem przyszedł kryzys Maria dostała wysokiej gorączki. Leżała rozpalona, majaczyła. Poleciałam do naszego felczera, pana Szymona:
Na Boga, pomóż!
A on tylko wzdychał:
Jakie leki, Haniu? Na całą wieś mam trzy tabletki aspiryny. Czekaj, może za tydzień coś mi przywiozą.
Za tydzień?! krzyczałam. Ona może nie dożyć jutra!
Pobiegłam wtedy do powiatu, dziewięć kilometrów przez błoto. Rozwaliłam buty, nogi w pęcherzach, ale dotarłam. Lekarz, młody jeszcze, pan Adam, spojrzał na mnie z boku brudna i zmęczona:
Zaczekaj tutaj.
Przyniósł leki, wyjaśnił, jak podawać:
Nie trzeba pieniędzy powiedział tylko dziecko wyzdrowiej.
Przez trzy dni nie odstępowałam jej na krok. Szeptałam modlitwy pod nosem, zmieniałam kompresy. Czwartego dnia gorączka spadła, Maria otworzyła oczy i cicho powiedziała:
Mamo, chcę pić.
Mamo Po raz pierwszy tak mnie nazwała. Łzy pociekły mi po twarzy zmęczenie, wzruszenie, szczęście wszystko naraz. Ona paluszkiem wycierała mi łzy:
Mamo, czemu płaczesz? Boli?
Nie, córeczko, to łzy radości.
Po tej chorobie zmieniła się była serdeczna, wesoła. Potem poszła do szkoły nauczycielka chwaliła ją bardzo:
Zdolna dziewczynka, wszystko pojmuje w lot!
Wieś też się przyzwyczaiła, już nie szeptali za plecami. choćby babcia Motka się przekonała zaczęła częstować nas plackami. Szczególnie polubiła Marię po tym, jak dziewczynka pomogła jej rozpalić piec podczas wielkich mrozów. Babcia była wtedy chora na krzyże, a drewna nie przygotowała. Maria sama zaproponowała:
Mamo, pójdźmy do babci Motki? Przecież sama marznie.
Tak się zaprzyjaźniły wrzaskliwa staruszka i moja dziewczynka. Motka częstowała ją bajkami, nauczyła robić na drutach, już nigdy więcej nie wspominała ani o podrzutku, ani o złym pochodzeniu.
Czas leciał. Gdy Maria skończyła dziewięć lat, pierwszy raz wspomniała o moście. Siedziałyśmy wieczorem, ja cerowałam skarpetki, a ona kołysała lalkę, uszytą własnoręcznie.
Mamo, pamiętasz jak mnie znalazłaś?
Serce mi zadrżało, ale nie dałam po sobie poznać:
Pamiętam, córeczko.
Ja trochę też. Było zimno. I strasznie. Ktoś płakał, potem poszedł.
Druty mi wypadły z rąk. Ona mówi dalej:
Nie pamiętam twarzy. Tylko niebieską chustę. I jeszcze powtarzała: “Przebacz mi, przebacz”
Mario
Nie martw się, mamo, nie jestem smutna. Czasem tylko sobie wspomnę. Ale wiesz co? uśmiechnęła się Cieszę się, iż mnie wtedy znalazłaś.
Objęłam ją mocno, a w gardle ściskało ze wzruszenia. Ile razy się zastanawiałam kim była ta kobieta w niebieskiej chuście? Co ją zmusiło zostawić dziecko pod mostem? Może sama nie miała co jeść, może mąż ją bił Różnie w życiu bywa. To nie mnie oceniać.
Tamtego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. Rozmyślałam jakie kapryśne są losy. Żyłam w samotności, narzekałam na pustkę a tymczasem los szykował mnie na coś ważniejszego żebym mogła przygarnąć i ogrzać cudze dziecko.
Od tamtej nocy Maria coraz częściej pytała o swoją przeszłość. Nigdy nie ukrywałam prawdy, tylko mówiłam tak, by jej nie zranić:
Widzisz, czasem ludzie są w sytuacjach, które wydają się bez wyjścia. Może twoja mama bardzo cierpiała, zanim podjęła taką decyzję.
A ty byś tak nigdy nie zrobiła? patrzyła na mnie uważnie.
Nigdy zawsze odpowiadałam pewnie. Jesteś moim szczęściem, moją radością.
Lata minęły niepostrzeżenie. Maria była najlepszą uczennicą. Zdarzało się, iż wpadała do domu:
Mamo, dziś recytowałam wiersz przy tablicy, a pani Maria powiedziała, iż mam talent!
Nasza nauczycielka, pani Maria, często do mnie zagadywała:
Haniu, dziewczynka powinna uczyć się dalej. Taki umysł to skarb. Ma dar do języka, do literatury. Powinna pani zobaczyć jej wypracowania!
Ale gdzie ją puścić? wzdychałam. Nie mamy pieniędzy
Pomogę w przygotowaniu. Bez żadnej opłaty. Grzech taki talent zmarnować.
Pani Maria zaczęła jej udzielać dodatkowych lekcji. Wieczorami siedziały u mnie w kuchni z książkami. Parzyłam herbatę z malinami, wsłuchiwałam się w rozmowy o Mickiewiczu, Słowackim i Prusie. Serce się cieszyło moja dziewczynka wszystko rozumie, wszystko załapuje.
W dziewiątej klasie Maria pierwszy raz się zakochała w nowym chłopaku, który przeprowadził się z rodzicami na wieś. Przeżywała, pisała wiersze do zeszytu, chowała pod poduszką. Udawałam, iż nie zauważam, ale matczyne serce zawsze czuje.
Po maturze Maria złożyła papiery na pedagogikę. Wszystkie oszczędności oddałam jej. choćby sprzedałam krowę żal mi było Zosi, ale co zrobić.
Nie trzeba, mamo! protestowała. Jak ty wytrzymasz bez krowy?
Dam radę, córko. Ziemniaki mam, kury się niosą. A tobie trzeba się uczyć.
Kiedy przyszło potwierdzenie przyjęcia, cała wieś świętowała. choćby przewodniczący przyszedł pogratulować:
Brawo, Haniu! Wychowałaś córkę, posłałaś na studia. Teraz mamy studentkę!
Pamiętam dzień wyjazdu. Stałyśmy na przystanku, czekałyśmy na autobus. Ona mnie obejmuje, a łzy lecą jej po policzkach.
Będę pisać do ciebie co tydzień, mamo. Przyjadę w wakacje.
Jasne, iż będziesz pisać odpowiadam, choć serce pęka.
Autobus odjechał, a ja długo jeszcze stałam na przystanku. Przyszła Klaudia, objęła mnie:
Chodź, Haniu. Trzeba wracać.
Wiesz, Klaudio mówię jestem szczęśliwa. Inni mają dzieci z krwi, ja mam dziecko od Boga.
Dotrzymała słowa listy przychodziły często. Każdy był świętem. Czytałam po kilka razy. Pisała o studiach, nowych koleżankach, o mieście. Ale między wierszami wiedziałam tęskniła za domem.
Na drugim roku poznała swojego Szymona też student, z historii. W listach coraz częściej go wspominała, już czułam, iż się zakochała. Na wakacje przyprowadziła go do domu.
Chłopak poważny, pracowity. Pomógł mi dach naprawić, płot zreperować. Z sąsiadami gwałtownie się zaprzyjaźnił. Wieczorami na ganku opowiadał interesujące historie można było słuchać bez końca. Widać było, iż kocha Marię, nie spuszczał z niej wzroku.
Gdy Maria przyjeżdżała na wakacje, cała wieś zbierała się, podziwiając jak wyrosła. Babcia Motka, już bardzo stara, ciągle się żegnała:
Boże, a ja protestowałam, gdy ją tutaj przygarnęłaś. Wybacz mi, głupia starucho. Zobacz jaka euforia ci wyrosła!
Teraz Maria pracuje jako nauczycielka w miejskiej szkole. Uczy własne dzieci, tak jak kiedyś uczyła ją pani Maria. Wyszła za Szymona, żyją spokojnie. Doczekałam się wnuczki Haneczki, nazwanej na moją cześć.
Haneczka cała Maria z dzieciństwa, ale jeszcze bardziej żywa. Gdy przyjeżdża w odwiedziny, nie daje ani trochę spokoju wszystko chce wiedzieć, wszędzie wejdzie. A ja się cieszę niech biega, niech rozrabia. Dom bez śmiechu dziecka to jak kościół bez dzwonów.
Siedzę, piszę w zeszycie, za oknem znowu wiosenna zawieja. Podłoga wciąż skrzypi, brzoza puka w szybę, wszystko jak dawniej. Ale ta cisza już nie jest samotna jak kiedyś. Jest w niej spokój i wdzięczność za każdy dzień, za uśmiech Marii, za los, który przyprowadził mnie tamtego dnia pod stary most.
Na stole stoi zdjęcie Maria z Szymonem i małą Haneczką. Obok leży ta stara chusta, w którą ją wtedy zawinęłam. Czasem ją głaszczę i czuję ciepło tamtych chwil.
Wczoraj przyszła wiadomość Maria pisze, iż znowu spodziewają się dziecka. Tym razem chłopca. Szymon już wybrał imię Stefan, po moim mężu. Ród się nie kończy, będzie kto pamięć przechowa.
Stary most już dawno rozebrano, stoi nowy, betonowy. Rzadko tam chodzę, ale za każdym razem na chwilę się zatrzymuję i myślę ile może się zmienić od jednego dnia, od jednego płaczu dziecka w mokry marcowy wieczór
Mówią, los sprawdza nas samotnością, byśmy umieli docenić bliskich. A ja wierzę, iż los szykuje nas do spotkania z kimś, kto nas najbardziej potrzebuje. I nie liczy się krew, ani nazwisko liczy się serce. Tamtego dnia, pod starym mostem, moje serce się nie pomyliło.
Bo nigdy nie wiemy, komu możemy stać się domem i nadzieją. Najważniejsze, by umieć usłyszeć ten cichy głos serca i nie bać się wyciągnąć ręki bo czasem jeden gest potrafi zmienić czyjeś życie na zawsze.









