— Czyja ty jesteś, dziewczynko?.. — Chodź, zanieś cię do domu, ogrzejesz się. Podniosłam ją na ręce i przyniosłam do siebie, a sąsiedzi od razu się zjawili — bo wieś żyje wiadomościami. — Matko Boska, Hanno, skąd ty ją wzięłaś? — Co z nią zrobisz? — Hanno, rozum ci odjął? Po co ci dziecko, z czego je wykarmisz? Zaskrzypiała podłoga pod stopą — znów myślę, iż trzeba by ją naprawić, ale ciągle brak czasu. Usiadłam przy stole, wyjęłam swój stary pamiętnik. Kartki pożółkłe jak jesienne liście, ale atrament wciąż zachowuje moje myśli. Za oknem zamieć, a brzoza stuka gałęzią, jakby chciała wpaść w gości. — Czego się tak rozszumiałaś? — mówię do niej. — Poczekaj, wiosna niedługo nadejdzie. Śmiesznie czasem rozmawiać z drzewem, ale gdy żyjesz samotnie, wszystko wokół wydaje się żywe. Po tamtych strasznych latach zostałam wdową — mój Stach zginął. Ostatni jego list przez cały czas trzymam, pożółkły, wytarty na zgięciach — tyle razy go czytałam. Pisał, iż zaraz wróci, iż mnie kocha, iż będziemy szczęśliwi… A tydzień później się dowiedziałam. Dzieci Bóg nie dał, może to i dobrze — ciężko wtedy było z żywnością. Kierownik PGR-u, pan Mikołaj, zawsze mnie pocieszał: — Nie martw się, Hanno. Młoda jeszcze jesteś, jeszcze wyjdziesz za mąż. — Nie pójdę — zawsze odpowiadałam twardo. — Raz kochałam i wystarczy. W PGR-ze pracowałam od świtu do zmierzchu. Brygadzista Pietrek często wołał: — Hanno, idź już do domu, późno! — Zawsze zdążę, póki ręce pracują, dusza nie starzeje się. Gospodarstwo miałam małe — kozę Manię, z charakterem jak mój własny. Pięć kur — lepiej budziły niż kogut. Sąsiadka Klaudia nieraz żartowała: — Nie jesteś ty indyczka? Twoje kury najgłośniej krzyczą! Ogródek — ziemniaki, marchew, burak. Wszystko swoje. Jesienią robiłam przetwory — ogórki kiszone, pomidory, marynowane grzyby. Zimą otworzysz słoik — jakby lato wracało do domu. Dzień pamiętam dokładnie. Marzec był wilgotny, mokry. Od rana mżyło, wieczorem przymroziło. Poszłam do lasu po chrust na piec. Po zimowych wichrach mnóstwo gałęzi, tylko zbierać. Wracam, przechodzę koło starego mostu i słyszę — płacz. Najpierw myślałam: może wiatr. Ale nie, wyraźnie dziecięcy szloch. Zeszłam pod most, patrzę — siedzi dziewczynka, cała w błocie, sukienka podarta, oczy przestraszone. Jak mnie zobaczyła, zamilkła, tylko trzęsie się cała jak liść osiki. — Czyja ty jesteś, dziewczynko? — pytam cicho, by jej nie wystraszyć jeszcze bardziej. Milczy, tylko mruga oczkami. Usta sine, ręce czerwone, opuchnięte. — Zmarzłaś — bardziej do siebie mówię. — Chodź, zaniosę cię do domu, ogrzejesz się. Podniosłam ją — lekka jak piórko. Owinęłam w swoją chustę, tuląc do serca. Myślę sobie — co to za matka, iż dziecko zostawia pod mostem? Nie mieści się w głowie. Chrust musiałam zostawić. Przez całą drogę dziewczynka milczała, mocno trzymając się mojej szyi. Przyszłam do domu, a sąsiedzi już się zbiegają — wioska plotkami żyje. Klaudia pierwsza: — Matko Boska, skąd ją wzięłaś? — Pod mostem była, porzucona, jak widać. — O, jakie nieszczęście… — załamała ręce. — Co zrobisz? — Zostawię u siebie. — Hanno, nie masz rozumu! Chcesz dziecko wziąć? Z czego je wykarmisz? — Co Bóg da, to wystarczy — odcięłam. Najpierw rozpaliłam porządnie w piecu, zaczęłam grzać wodę. Dziewczynka cała w siniakach, chuda, żebra wystają. Umyłam ją w ciepłej wodzie, owinęłam w swój stary sweter — innego dziecięcego ubrania nie miałam. — Jesteś głodna? Kiwnęła nieśmiało głową. Dałam jej wczorajszy barszcz i kromkę chleba. Jadła łapczywie, ale grzecznie — widać, iż nie dzika, ale domowa dziewczynka. — Jak masz na imię? Milczy. Albo się boi, albo naprawdę nie potrafi mówić. Położyłam ją spać w swoim łóżku, sama spałam na ławce. W nocy budziłam się kilkukrotnie, żeby sprawdzić, jak się ma. Spała zwinięta w kłębek, czasem pochlipywała przez sen. Rano od razu poszłam do gminy zgłosić znalezisko. Wójt, pan Jan, tylko rozłożył ręce: — Nie było zgłoszeń o zaginionym dziecku. Może ktoś z miasta podrzucił… — I co teraz? — Przepisy mówią: do domu dziecka. Zadzwonię dziś do powiatu. Zabolało mnie serce: — Poczekaj, daj mi czas. Może rodzice się odezwą. Na razie zostaje ze mną. — Pani Hannu, niech się dobrze zastanowi… — Nie ma nad czym. Już zdecydowałam. Nazwałam ją Marysią — na cześć mojej mamy. Czekałam, czy rodzice się pojawią, ale nikt nie przyszedł. I dobrze — pokochałam ją najmocniej na świecie. Na początku trudno było — nie mówiła, tylko patrzyła po kątach jakby czegoś szukała. Noce budziła się z krzykiem, cała drżąc. Przytulałam ją, gładziłam po głowie: — Nic się nie bój, córeczko. Już wszystko będzie dobrze. Ze starych sukienek uszyłam jej ubrania. Pofarbowałam na różne kolory — niech się trochę rozweseli. Klaudia, jak zobaczyła, złapała się za głowę: — Hanno, masz złote ręce! Myślałam, iż tylko łopatą potrafisz machać! — Życie uczy wszystkiego: i szyć, i niańczyć — cieszyłam się, iż mnie pochwaliła. Ale nie wszyscy w wiosce byli wyrozumiali. Zwłaszcza baba Marta — jak nas widziała, to zaraz się żegnała: — Niedobrze, Hanno. Przygarnąć podrzutka — będziesz miała biedę. Pewnie ta matka do niczego była, więc i dziecko nie lepsze. Jabłko od jabłoni… — Przestań, Marto! — ucinałam krótko. — Nie twoja sprawa sądzić cudze grzechy. Ta dziewczynka jest moja i koniec. Kierownik PGR-u początkowo też kręcił głową: — Hanno, może lepiej oddać ją do domu dziecka? Tam nakarmią, ubiorą… — A kto ją pokocha? — pytałam. — W domu dziecka sierot aż za dużo. Machnął ręką, a potem zaczął pomagać — to mleka pośle, to kaszy. Marysia powoli odzyskiwała radość. Najpierw pojedyncze słowa, potem całe zdania. Pamiętam, jak pierwszy raz się zaśmiała — spadłam z krzesła podczas wieszania firanek, a ona wybuchła śmiechem, dźwięcznym jak dzwoneczek. Od razu ból minął. Chciała pomagać przy ogródku. Dałam jej malutką motyczkę — ważnie chodziła obok mnie i próbowała naśladować. Więcej wprawdzie tratowała niż wyrywała chwasty, ale nie ganiłam — cieszyłam się, iż w niej życie się odradza. Potem przyszła choroba — gorączka, Marysia majaczyła. Pobiegłam do naszego felczera, pana Szymona: — Na miłość boską, pomóż! A on bezradnie: — Jakie leki, Hanno? Na całą wioskę mam trzy tabletki aspiryny. Może za tydzień coś dowiozą. — Za tydzień? — krzyknęłam. — Ona nie dożyje jutra! Pognałam do powiatu, dziewięć kilometrów błotem. Buty rozbite, nogi w pęcherzach, ale dotarłam. W szpitalu młody lekarz, pan Aleksy, obejrzał mnie, całą mokrą, brudną: — Proszę chwilę poczekać. Przyniósł lekarstwa, wyjaśnił, jak dawać: — Nie trzeba płacić — mówi. — Tylko dziecko wyprowadź. Przez trzy dni nie odchodziłam od łóżka. Mamrotałam modlitwy, zmieniałam okłady. Czwartego dnia Marysia otworzyła oczy i cichutko powiedziała: — Mamo, pić mi się chce. Mamo… Pierwszy raz tak mnie nazwała. Popłakałam się — ze szczęścia, zmęczenia, wszystkiego. Ona wycierała mi łzy ręką: — Mamo, czemu płaczesz? Boli cię? — Nie, skarbie, nie boli. Ze szczęścia płaczę. Po chorobie stała się zupełnie inna — pogodna, gadatliwa. Potem poszła do szkoły, nauczycielka nie mogła się jej nachwalić: — Zdolna, jak mało kto! Wszystko łapie w lot! A wieś powoli się przyzwyczaiła, już nikt nie szeptał za plecami. choćby babka Marta się ociepliła — ciastami nas częstowała. Marysię szczególnie polubiła, gdy ta pomogła jej rozpalić piec w srogie mrozy. Stara leżała z kręgosłupem, a drzew nie miała. Marysia sama się zgłosiła: — Mamo, chodźmy do Marty, ona marznie. Tak się zaprzyjaźniły — stara zrzęda i moja dziewczynka. Marta opowiadała bajki, nauczyła ją robić na drutach i nigdy więcej nie wspominała o podrzutku. Czas mijał. Marysia miała już dziewięć lat, gdy pierwszy raz wspomniała most. Siedziałyśmy wieczorem, ja cerowałam skarpetkę, ona kołysała swoją lalkę — sama uszyła. — Mamo, pamiętasz, jak mnie znalazłaś? Serce mi stanęło, ale nie dałam poznać po sobie: — Pamiętam, córeczko. — Ja też trochę pamiętam. Było zimno, strasznie. Jakaś pani płakała, potem poszła. Druty mi wypadły z rąk, a ona dalej mówi: — Twarzy nie pamiętam, tylko niebieska chusta i wciąż powtarzała: „Przebacz mi, przebacz…” — Marysiu… — Nie martw się, mamo. Nie jestem smutna. Czasem tylko wspominam. Wiesz co? — uśmiechnęła się. — Cieszę się, iż to ty mnie wtedy znalazłaś. Przytuliłam ją mocno, a w gardle ściskało. Ile razy myślałam — kim była tamta kobieta w niebieskiej chuście? Co ją zmusiło, żeby zostawiła dziecko pod mostem? Może sama głodowała, może mąż pił… W życiu wszystko się zdarza. Nie mnie sądzić. W ten wieczór długo nie mogłam zasnąć. Myślałam — jak to los się toczy. Żyłam sama, wydawało się, iż życie mnie ukarało samotnością. A okazało się, iż przygotowywało do najważniejszego — żeby być dla kogoś ratunkiem i domem. Od tej pory Marysia częściej pytała o przeszłość. Nigdy nie kłamałam, starałam się tłumaczyć tak, by jej nie zranić: — Wiesz, czasem ludzie trafiają w takie sytuacje, iż nie mają wyboru. Może twoja mama bardzo cierpiała, podejmując taką decyzję. — A ty byś tak nigdy nie zrobiła? — patrzyła mi w oczy. — Nigdy — odpowiadałam pewnie. — Jesteś moim szczęściem, moją radością. Lata leciały szybko. Marysia była pierwszą uczennicą w klasie. Przebiegała do domu: — Mamo, dziś mówiłam wiersz przy tablicy, a pani Maria powiedziała, iż mam talent! Nasza polonistka, Maria, często rozmawiała ze mną: — Hanno, dziewczynka musi się dalej uczyć. Ma niezwykły dar do języków i literatury. Szkoda zaprzepaścić taką głowę! — Gdzie ją posłać? — wzdychałam. — Nie mamy pieniędzy… — Ja przygotuję ją za darmo. Taki talent to grzech zakopać. Maria pomagała jej po lekcjach. Wieczorami siedziały razem nad książkami. Ja robiłam im herbatę z konfiturą, słuchałam ich rozmów o Sienkiewiczu, Mickiewiczu, Żeromskim. Moje serce rosło — wszystko rozumiała, wszystko chłonęła. W dziewiątej klasie Marysia pierwszy raz się zakochała — w nowym chłopaku, który przeprowadził się z rodzicami do wsi. Przeżywała bardzo, pisała wiersze w zeszycie chowanym pod poduszką. Udawałam, iż nie widzę, ale serce matczyne czuło — pierwsza miłość zawsze jest ciężka. Po maturze złożyła papiery na pedagogikę. Oddałam jej wszystkie oszczędności. choćby krowę sprzedałam — żal Zorki, ale co robić. — Mamo, nie trzeba. Jak sobie poradzisz bez krowy? — Dam radę, kochana. Ziemniaki są, kury jajka znoszą, a tobie trzeba się uczyć. Kiedy przyszło pismo o przyjęciu, cała wieś się cieszyła. choćby kierownik przychodził gratulować: — Brawo, Hanno! Wychowałaś i wykształciłaś. Teraz mamy własną studentkę. Pamiętam dzień wyjazdu. Stoimy na przystanku, czekamy na autobus. Ona przytula się do mnie, płacze. — Będę pisać co tydzień, mamo. I przyjeżdżać na ferie. — Będziesz, córeczko — mówię, a serce rozdziera się na kawałki. Autobus zniknął za zakrętem, a ja jeszcze długo stałam. Klaudia podeszła, objęła mnie: — Chodź, Hanno, w domu robota czeka. — Wiesz, Klaudio — mówię — jestem szczęśliwa. Inni mają dzieci z krwi, a ja od Boga darowane. Marysia słowa dotrzymała — pisała często. Każdy jej list był dla mnie świętem. Opisywała naukę, koleżanki, miasto. A między wierszami czytać można było — tęskniła za domem. Na drugim roku poznała swojego Sebastiana — też student, z historii. Zaczęła o nim wspominać w listach niby mimochodem, a ja czułam — zakochała się. Na wakacje przyjechała z nim, żeby się przedstawić. Młody był pracowity, poważny. Pomógł mi dach naprawić, płot postawić, z sąsiadami gwałtownie się zaprzyjaźnił. Wieczorami siedzieliśmy na ganku, opowiadał o historii — słuchać można było godzinami. Widać — kochał moją Marysię, nie spuszczał jej z oczu. A jak przyjeżdżała na święta — całe sołectwo przychodziło popatrzeć, jaka piękna kobietka z niej wyrosła. Babka Marta, już bardzo stara, żegnała się: — Panie, a ja tak cię zniechęcałam do niej. Przebacz starej. Patrz, ile szczęścia wyrosło! Teraz Marysia sama jest nauczycielką, pracuje w miejskiej szkole. Uczy cudzych dzieci, jak kiedyś pani Maria ją uczyła. Wyszła za Sebastiana, żyją zgodnie. Urodziła wnuczkę — Hannę, na moją cześć. Hania — cała Marysia z dzieciństwa, tylko śmielsza. Jak przyjeżdżają w gości, wszędzie jej pełno — wszystko chce zobaczyć, wszędzie zajrzeć, wszystkiego dotknąć. A ja się raduję — niech biega, niech hałasuje. Dom bez śmiechu dziecięcego jest jak kościół bez dzwonów. Siedzę, piszę w pamiętniku, a za oknem znowu zamieć. Podłoga wciąż skrzypi, brzoza dalej stuka w okno. Ale cisza już nie ciąży. Jest w niej spokój i wdzięczność — za każdy dzień, za każdą uśmiech mojej Marysi, za los, który kiedyś zaprowadził mnie pod stary most. Na stole stoi zdjęcie — Marysia z Sebastianem i Hanią. Obok podniszczona chusta, ta sama, w którą ją okryłam wtedy. Przechowuję ją na pamiątkę. Czasem gładzę – i wraca tamto ciepło. Wczoraj przyszło nowe — Marysia pisze, iż znowu jest w ciąży. Oczekują synka. Sebastian już wybrał imię — Stach, po moim mężu. To znaczy, ród się nie kończy, będzie komu pamięć przekazać. A stary most już dawno rozebrano, nowy zbudowano — betonowy, solidny. Rzadko tam teraz chodzę, ale gdy mijam, zatrzymuję się na chwilę. I myślę — jak wiele może zmienić jeden dzień, jeden przypadek, jeden dziecięcy płacz w mokry, marcowy wieczór… Mówią, iż los testuje nas samotnością, byśmy docenili bliskich. Ale ja myślę inaczej — przygotowuje nas do spotkania tych, dla których mamy być ratunkiem. I nie ważne, czy z naszej krwi — liczy się to, co podpowie serce. A moje serce tam, pod starym mostem, nie pomyliło się.

newsempire24.com 3 godzin temu

Czyja ty jesteś, dziewczynko? Chodź, zaniosę cię do domu, ogrzejesz się. Podniosłam ją na ręce. Przyniosłam do domu sąsiedzi jak zwykle zjawili się natychmiast. Nowiny w wiosce roznoszą się błyskawicznie. Matko Boska, Haniu, skąd ją masz? A co z nią zrobisz? Haniu, czyś ty rozum postradała? Przecież ci dziecka nie potrzeba! Za co ją wykarmisz?

Zaskrzypiała podłoga pod nogą znowu sobie przypominam, iż trzeba ją naprawić, ale ciągle mi brak czasu. Usiadłam przy stole, wyjęłam mój stary zeszyt. Kartki pożółkłe jak liście jesienne, ale atrament dalej trzyma moje myśli. Za oknem świata zawierucha, a brzoza stukając gałęzią, jakby chciała wejść do środka.

No czego się rozkrzyczałaś? mówię do niej. Zaczekaj trochę, wiosna niedługo przyjdzie.

Śmieszne to, rozmawiać z drzewem, ale jak się żyje w pojedynkę, wszystko wokół zdaje się być żywe. Po tych trudnych czasach zostałam wdową mój Stefan zginął na wojnie. Ostatni list od niego do dziś trzymam, zupełnie zatarty na zgięciach tyle razy czytałam. Pisał, iż wróci niebawem, iż kocha, iż będziemy szczęśliwi Tydzień później wszystko się zmieniło.

Dzieci los mi nie dał, może to i dobrze trudno wtedy było wykarmić choćby siebie. Przewodniczący spółdzielni, pan Mikołaj, pocieszał mnie:

Nie martw się, Haniu. Jesteś jeszcze młoda, może wyjdziesz za mąż drugi raz.

Ja już nie pójdę odpowiadałam stanowczo. Kochałam raz i wystarczy.

W spółdzielni pracowałam od świtu do nocy. Brygadzista często wołał:

Haniu, idź już do domu, późno!

Zdążę odpowiadałam póki ręce pracują, dusza się nie starzeje.

Gospodarstwo miałam niewielkie koza Mania uparta jak ja. Pięć kur budziły mnie rano lepiej niż kogut. Sąsiadka Klaudia żartowała:

Ty nie jesteś indyczka? Twoje kury najgłośniej krzyczą!

Warzywnik też trzymałam ziemniaki, marchew, buraki. Wszystko swoje, z ziemi. Do jesieni robiłam przetwory ogórki kiszone, pomidory, marynowane grzyby. A zimą otwierasz słoik i jakby lato w domu się pojawia.

Ten dzień pamiętam doskonale. Marzec był mokry, senny. Rano padał deszcz, wieczorem mróz. Poszłam do lasu po chrust do pieca. Po zimowych wichurach pełno było gałęzi, wystarczyło zebrać. Obładowałam się, wracam przez stary most i słyszę płacz. Początkowo myślałam, iż to tylko wiatr. Ale nie płacze dziecko.

Zeszłam pod most i widzę dziewczynka mała, cała w błocie, sukienka mokra i rozdarta, w oczach strach. Gdy mnie zobaczyła, zamilkła, tylko drżała cała jak liść osiki.

Czyja ty jesteś, malutka? zapytałam cicho, żeby jej nie przestraszyć jeszcze bardziej.

Milczała, tylko patrzyła swoimi wielkimi oczami. Usta sine od zimna, ręce czerwone, opuchnięte.

Cała zmarznięta powiedziałam do siebie. Chodź, zaniosę cię do domu, ogrzejesz się.

Podniosłam ją lekka jak piórko. Owinęłam ją moją chustą, przytuliłam do serca. A w głowie wciąż się kręci: co to za matka, która dziecko pod mostem zostawiła? Nie mieściło mi się w głowie.

Chrust musiałam zostawić ważniejsze było dziecko. W drodze do domu dziewczynka milczała, tylko mocno trzymała się mojej szyi zziębniętymi palcami.

Sąsiedzi przychodzą od razu nowina w wiosce rozeszła się momentalnie. Pierwsza była Klaudia:

Jezus Maria, skąd ją masz?

Pod mostem znalazłam mówię. Porzucona.

O matko, co za tragedia rozkłada ręce Klaudia. A co teraz zrobisz?

Przecież ją zatrzymam u siebie.

Zwariowałaś chyba, Haniu? babcia Motka podeszła. Po co ci to dziecko? Za co je wykarmisz?

Utrzymam z tego, co Bóg da odpowiedziałam.

Najpierw rozpaliłam w piecu porządnie, zaczęłam grzać wodę. Dziewczynka cała w siniakach, wychudzona, żebra wystają. Wykąpałam w ciepłej wodzie, owinęłam moim starym swetrem nie miałam dziecięcych ubrań.

Jesteś głodna? zapytałam.

Spojrzała na mnie nieśmiało.

Nalałam jej wczorajszego barszczu, odkroiłam kawałek chleba. Jadła łapczywie, ale kulturalnie nie była dziką, ale domową dziewczynką.

Jak masz na imię?

Milczy. Może się boi, może mówić nie potrafi.

Położyłam ją spać w moim łóżku, sama ułożyłam się na ławie. W nocy kilka razy się budziłam, by sprawdzić, czy śpi. Spała zwinięta w kłębek, płacząc przez sen.

Następnego dnia od razu poszłam do urzędu gminy zgłosić znalezisko. Pan Wójt, Janusz, rozłożył ręce:

Nie było żadnych zgłoszeń o zaginięciu dziecka. Może ktoś z miasta ją tu podrzucił

Co teraz?

Zgodnie z przepisami do domu dziecka trzeba. Zaraz zadzwonię do powiatu.

Serce mi się ścisnęło:

Zaczekaj, Januszu. Daj mi trochę czasu może rodzice się odezwą. A na razie zostanie ze mną.

Haniu, dobrze się zastanów

Nie muszę, już zdecydowałam.

Nazwaną ją Marią po mojej mamie. Myślałam, iż odezwą się rodzice, ale nikt nie przyszedł. I dobrze pokochałam ją jak własną.

Początkowo było trudno wcale nie mówiła, tylko patrzyła po domu, jakby czegoś szukała. W nocy budziła się z krzykiem, cała drżała. Przytulałam ją mocno, głaskałam po głowie:

Nic się nie bój, córeczko. Teraz wszystko będzie dobrze.

Ze starych sukienek uszyłam jej ubrania. Pofarbowałam w różne kolory nie wyglądało to pięknie, ale wesoło. Klaudia jak zobaczyła, aż się zachwyciła:

Haniu, masz złote ręce! Myślałam, iż tylko łopatą umiesz machać.

Życie nauczyło być i krawcową, i opiekunką odpowiedziałam, a serce cieszyło się z pochwały.

Nie wszyscy byli tak życzliwi. Babcia Motka co zobaczyła nas razem, to od razu krzyż na piersi robiła:

Nie wychodzi to na dobre! Podrzutek w domu to same problemy. Pewnie jej matka była nic nie warta, dlatego ją zostawiła. Jabłko od jabłoni

Cicho, Motko! przerwałam. Nie ty będziesz sądzić cudze grzechy. A dziewczynka jest moja, i już.

Przewodniczący spółdzielni też się krzywił:

Pomyśl, Haniu, może lepiej do domu dziecka? Tam ją nakarmią, dadzą ubranie.

A kto ją pokocha? zapytałam. W sierocińcu sierot aż za dużo.

Pokręcił głową, ale potem pomagał mleko, kaszę przynosił.

Marii zaczęła się zmieniać. Na początku pojedyncze słowa, potem całe zdania. Pamiętam jak pierwszy raz się zaśmiała spadłam wtedy z taboretu, gdy wieszałam zasłony. Siedzę na podłodze, stękam, a ona śmieje się dźwięcznie, po dziecięcemu. I już wtedy cały ból mi przeszedł od tego śmiechu.

Na grządce pomagała jak potrafiła. Dawałam jej małą motykę z powagą chodziła obok mnie, naśladowała. Więcej jednak zadeptywała chwasty niż wyrywała ale nie miałam jej tego za złe. Cieszyłam się, iż odżywa.

A potem przyszedł kryzys Maria dostała wysokiej gorączki. Leżała rozpalona, majaczyła. Poleciałam do naszego felczera, pana Szymona:

Na Boga, pomóż!

A on tylko wzdychał:

Jakie leki, Haniu? Na całą wieś mam trzy tabletki aspiryny. Czekaj, może za tydzień coś mi przywiozą.

Za tydzień?! krzyczałam. Ona może nie dożyć jutra!

Pobiegłam wtedy do powiatu, dziewięć kilometrów przez błoto. Rozwaliłam buty, nogi w pęcherzach, ale dotarłam. Lekarz, młody jeszcze, pan Adam, spojrzał na mnie z boku brudna i zmęczona:

Zaczekaj tutaj.

Przyniósł leki, wyjaśnił, jak podawać:

Nie trzeba pieniędzy powiedział tylko dziecko wyzdrowiej.

Przez trzy dni nie odstępowałam jej na krok. Szeptałam modlitwy pod nosem, zmieniałam kompresy. Czwartego dnia gorączka spadła, Maria otworzyła oczy i cicho powiedziała:

Mamo, chcę pić.

Mamo Po raz pierwszy tak mnie nazwała. Łzy pociekły mi po twarzy zmęczenie, wzruszenie, szczęście wszystko naraz. Ona paluszkiem wycierała mi łzy:

Mamo, czemu płaczesz? Boli?

Nie, córeczko, to łzy radości.

Po tej chorobie zmieniła się była serdeczna, wesoła. Potem poszła do szkoły nauczycielka chwaliła ją bardzo:

Zdolna dziewczynka, wszystko pojmuje w lot!

Wieś też się przyzwyczaiła, już nie szeptali za plecami. choćby babcia Motka się przekonała zaczęła częstować nas plackami. Szczególnie polubiła Marię po tym, jak dziewczynka pomogła jej rozpalić piec podczas wielkich mrozów. Babcia była wtedy chora na krzyże, a drewna nie przygotowała. Maria sama zaproponowała:

Mamo, pójdźmy do babci Motki? Przecież sama marznie.

Tak się zaprzyjaźniły wrzaskliwa staruszka i moja dziewczynka. Motka częstowała ją bajkami, nauczyła robić na drutach, już nigdy więcej nie wspominała ani o podrzutku, ani o złym pochodzeniu.

Czas leciał. Gdy Maria skończyła dziewięć lat, pierwszy raz wspomniała o moście. Siedziałyśmy wieczorem, ja cerowałam skarpetki, a ona kołysała lalkę, uszytą własnoręcznie.

Mamo, pamiętasz jak mnie znalazłaś?

Serce mi zadrżało, ale nie dałam po sobie poznać:

Pamiętam, córeczko.

Ja trochę też. Było zimno. I strasznie. Ktoś płakał, potem poszedł.

Druty mi wypadły z rąk. Ona mówi dalej:

Nie pamiętam twarzy. Tylko niebieską chustę. I jeszcze powtarzała: “Przebacz mi, przebacz”

Mario

Nie martw się, mamo, nie jestem smutna. Czasem tylko sobie wspomnę. Ale wiesz co? uśmiechnęła się Cieszę się, iż mnie wtedy znalazłaś.

Objęłam ją mocno, a w gardle ściskało ze wzruszenia. Ile razy się zastanawiałam kim była ta kobieta w niebieskiej chuście? Co ją zmusiło zostawić dziecko pod mostem? Może sama nie miała co jeść, może mąż ją bił Różnie w życiu bywa. To nie mnie oceniać.

Tamtego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. Rozmyślałam jakie kapryśne są losy. Żyłam w samotności, narzekałam na pustkę a tymczasem los szykował mnie na coś ważniejszego żebym mogła przygarnąć i ogrzać cudze dziecko.

Od tamtej nocy Maria coraz częściej pytała o swoją przeszłość. Nigdy nie ukrywałam prawdy, tylko mówiłam tak, by jej nie zranić:

Widzisz, czasem ludzie są w sytuacjach, które wydają się bez wyjścia. Może twoja mama bardzo cierpiała, zanim podjęła taką decyzję.

A ty byś tak nigdy nie zrobiła? patrzyła na mnie uważnie.

Nigdy zawsze odpowiadałam pewnie. Jesteś moim szczęściem, moją radością.

Lata minęły niepostrzeżenie. Maria była najlepszą uczennicą. Zdarzało się, iż wpadała do domu:

Mamo, dziś recytowałam wiersz przy tablicy, a pani Maria powiedziała, iż mam talent!

Nasza nauczycielka, pani Maria, często do mnie zagadywała:

Haniu, dziewczynka powinna uczyć się dalej. Taki umysł to skarb. Ma dar do języka, do literatury. Powinna pani zobaczyć jej wypracowania!

Ale gdzie ją puścić? wzdychałam. Nie mamy pieniędzy

Pomogę w przygotowaniu. Bez żadnej opłaty. Grzech taki talent zmarnować.

Pani Maria zaczęła jej udzielać dodatkowych lekcji. Wieczorami siedziały u mnie w kuchni z książkami. Parzyłam herbatę z malinami, wsłuchiwałam się w rozmowy o Mickiewiczu, Słowackim i Prusie. Serce się cieszyło moja dziewczynka wszystko rozumie, wszystko załapuje.

W dziewiątej klasie Maria pierwszy raz się zakochała w nowym chłopaku, który przeprowadził się z rodzicami na wieś. Przeżywała, pisała wiersze do zeszytu, chowała pod poduszką. Udawałam, iż nie zauważam, ale matczyne serce zawsze czuje.

Po maturze Maria złożyła papiery na pedagogikę. Wszystkie oszczędności oddałam jej. choćby sprzedałam krowę żal mi było Zosi, ale co zrobić.

Nie trzeba, mamo! protestowała. Jak ty wytrzymasz bez krowy?

Dam radę, córko. Ziemniaki mam, kury się niosą. A tobie trzeba się uczyć.

Kiedy przyszło potwierdzenie przyjęcia, cała wieś świętowała. choćby przewodniczący przyszedł pogratulować:

Brawo, Haniu! Wychowałaś córkę, posłałaś na studia. Teraz mamy studentkę!

Pamiętam dzień wyjazdu. Stałyśmy na przystanku, czekałyśmy na autobus. Ona mnie obejmuje, a łzy lecą jej po policzkach.

Będę pisać do ciebie co tydzień, mamo. Przyjadę w wakacje.

Jasne, iż będziesz pisać odpowiadam, choć serce pęka.

Autobus odjechał, a ja długo jeszcze stałam na przystanku. Przyszła Klaudia, objęła mnie:

Chodź, Haniu. Trzeba wracać.

Wiesz, Klaudio mówię jestem szczęśliwa. Inni mają dzieci z krwi, ja mam dziecko od Boga.

Dotrzymała słowa listy przychodziły często. Każdy był świętem. Czytałam po kilka razy. Pisała o studiach, nowych koleżankach, o mieście. Ale między wierszami wiedziałam tęskniła za domem.

Na drugim roku poznała swojego Szymona też student, z historii. W listach coraz częściej go wspominała, już czułam, iż się zakochała. Na wakacje przyprowadziła go do domu.

Chłopak poważny, pracowity. Pomógł mi dach naprawić, płot zreperować. Z sąsiadami gwałtownie się zaprzyjaźnił. Wieczorami na ganku opowiadał interesujące historie można było słuchać bez końca. Widać było, iż kocha Marię, nie spuszczał z niej wzroku.

Gdy Maria przyjeżdżała na wakacje, cała wieś zbierała się, podziwiając jak wyrosła. Babcia Motka, już bardzo stara, ciągle się żegnała:

Boże, a ja protestowałam, gdy ją tutaj przygarnęłaś. Wybacz mi, głupia starucho. Zobacz jaka euforia ci wyrosła!

Teraz Maria pracuje jako nauczycielka w miejskiej szkole. Uczy własne dzieci, tak jak kiedyś uczyła ją pani Maria. Wyszła za Szymona, żyją spokojnie. Doczekałam się wnuczki Haneczki, nazwanej na moją cześć.

Haneczka cała Maria z dzieciństwa, ale jeszcze bardziej żywa. Gdy przyjeżdża w odwiedziny, nie daje ani trochę spokoju wszystko chce wiedzieć, wszędzie wejdzie. A ja się cieszę niech biega, niech rozrabia. Dom bez śmiechu dziecka to jak kościół bez dzwonów.

Siedzę, piszę w zeszycie, za oknem znowu wiosenna zawieja. Podłoga wciąż skrzypi, brzoza puka w szybę, wszystko jak dawniej. Ale ta cisza już nie jest samotna jak kiedyś. Jest w niej spokój i wdzięczność za każdy dzień, za uśmiech Marii, za los, który przyprowadził mnie tamtego dnia pod stary most.

Na stole stoi zdjęcie Maria z Szymonem i małą Haneczką. Obok leży ta stara chusta, w którą ją wtedy zawinęłam. Czasem ją głaszczę i czuję ciepło tamtych chwil.

Wczoraj przyszła wiadomość Maria pisze, iż znowu spodziewają się dziecka. Tym razem chłopca. Szymon już wybrał imię Stefan, po moim mężu. Ród się nie kończy, będzie kto pamięć przechowa.

Stary most już dawno rozebrano, stoi nowy, betonowy. Rzadko tam chodzę, ale za każdym razem na chwilę się zatrzymuję i myślę ile może się zmienić od jednego dnia, od jednego płaczu dziecka w mokry marcowy wieczór

Mówią, los sprawdza nas samotnością, byśmy umieli docenić bliskich. A ja wierzę, iż los szykuje nas do spotkania z kimś, kto nas najbardziej potrzebuje. I nie liczy się krew, ani nazwisko liczy się serce. Tamtego dnia, pod starym mostem, moje serce się nie pomyliło.

Bo nigdy nie wiemy, komu możemy stać się domem i nadzieją. Najważniejsze, by umieć usłyszeć ten cichy głos serca i nie bać się wyciągnąć ręki bo czasem jeden gest potrafi zmienić czyjeś życie na zawsze.

Idź do oryginalnego materiału