Jurek Geresz. Jurek, bo znałem go osobiście. Śmiem twierdzić, co najmniej sporego formatu indywidualność matematyczna; któż wydaje studentowi skrypt – książkę „Zarys podstawowych idei teorii Thoma, na Politechnice Wrocławskiej? W dalszym ciągu mam tamten skrypt, ale od początku.
Ja, „skończony” magister z Politechniki Śląskiej, pracujący na co dzień w elektrowni „Rybnik”. Oprócz tego, w kontakcie z Instytutem Elektroenergetyki i Sterowania Układów, a ściślej mówiąc z profesorem (jeszcze wtedy docentem) Romanem Janiczkiem, pedagogiem wyjątkowym. I tak się składa, iż gdy w luźnych rozmowach z profesorem pada hasło doktorat, na tymże Wydziale Elektrycznym zostanie utworzone Studium Doktoranckie na które uda mi się zakwalifikować. Tematycznie jesteśmy na styku mej pracy w elektrowni, a potem w Energoprojekcie i zainteresowań profesora tych elektrowni eksploatacją i wtedy w Polityce, którą czytuję, na ostatniej stronie numeru 25, 1976, pojawia się krótki artykuł „W sprawie katastrof”, podpisany „Jerzy Geresz”. W artykule umieszczony jest intrygujący obrazek trzywymiarowej fałdy mający reprezentować jedną z form przestrzennych o charakterze nieciągłości, które słynny w owym czasie matematyk francuski, René Thom, nazwał katastrofami. Thom wcześniej, bo w wieku trzydziestu pięciu lat, otrzymał medal Fieldsa, który w dziedzinie matematyki jest równoznaczny nagrodzie Nobla. Inny matematyk, Brytyjczyk Zeeman, zafascynowany teorią Thoma zaczął ją rozwijać budując przykłady modeli przyrodniczych czy społecznych. Jednym z najlepszych przykładów był jego model pracy serca (1972).O Internecie wtedy nikt jeszcze nie słyszał, Polska wchodzi w okres przed-sierpniowego fermentu. Uzyskanie dostępu do jakichkolwiek publikacji zagranicznych jest bardzo trudne. Piszę notkę do redakcji w sprawie kontaktu z Panem Gereszem i jestem odesłany na Uniwersytet Warszawski, gdzie on ponoć studiuje. Jadę do Warszawy – pamiętam scenę, gdy pojawiam się na piętrach uniwerku i staję przed jakimś okienkiem w bibliotece; naprzeciw szalenie dystyngowana pani. Pytam o Pana Geresza i wtedy pani blednie i na bezdechu oznajmia: „Pan Geresz do nas nie przychodzi”.
Jako współpracownik KOR-u był już zawieszony w prawach studenta.
W końcu docieram do Jurka; pamiętam wizytę w jakimś wielkim warszawskim mieszkaniu będącym KOR-owską metą. Rozmawialiśmy i chodziliśmy po mieście, natknęliśmy się choćby na pana Michnika – pamiętam charakterystyczną twarz i sztruksową marynarkę, chyba jasnobrązowego koloru.
Jurek, choć zafascynowany Thomem i teorią katastrof, żył także konspiracją. Zaraził Thomem i mnie. Władał językiem angielskim i francuskim. Wszystko co w temacie wpadało mu w ręce tłumaczył na polski i zapisywał swym drobnym pismem, czarnym atramentem. Dzielił się chętnie tym co miał. Nagle stałem się jednym z niewielu posiadaczy tłumaczeń tekstów Thoma. Do dziś przechowuję tych kilka oryginałów spisanych ręką Jurka. Wykorzystałem tematykę teorii katastrof w mej pracy doktorskiej. Wyjątkowość profesora Janiczka polegała między innymi na tym, iż pozwolił mi odejść dość daleko od utartych metodologii i spróbować czegoś, co było raczej nieznane. Eksperyment się w miarę powiódł; dla mnie była to intelektualna przygoda pokazująca i klasyfikująca pewne kategorie nieliniowych zjawisk o charakterze skokowym i dostarczająca prostych modeli graficznych pozwalających lepiej zrozumieć co i jak dzieje się na poziomie fizycznym.
Zaprosiłem Jurka do siebie, do Rybnika. Wziąłem trzy dni urlopu i rozmawialiśmy o matematyce i o KOR. Przywiózł przeróżne ulotki i te potem krążyły trochę wśród znajomych i rodziny.
Widzieliśmy się potem jeszcze raz, pod koniec 1979 roku. Mieszkaliśmy, z Panią Basią na Brynowie, na dwudziestu czterech metrach, z czego jakieś cztery zajęte były przez meble starszej pani, która miała się tu wprowadzić, gdy tylko przeniesiemy się na czterdzieści cztery metry w bloku przed Stadionem Śląskim.
Jurek nagle stanął w drzwiach i stwierdził ze swym charakterystycznym poczuciem humoru, „-Myślę, iż zgubiłem tajniaków”. Przegadaliśmy pół nocy. Potem rozstaliśmy się na przystanku autobusowym przed blokiem. I tak mi został w pamięci; wychudzony, stale głodny, w przydługim swetrze, ale z błyskiem w oczach.
Potem widziałem jeszcze skąpe informacje; mówiono o Jurku jako o „szeregowym” KOR-u. Czyli o facecie od roboty, który, jak trzeba będzie, pójdzie na odstrzał. I tak się stało, ideowiec, patriota do końca, został wyssany i zniszczony przez system. Za to zaszczyciły go życiorysem Wikipedia i Encyklopedia Solidarności.
Już w 1977 uczestniczył w strajku głodowym wstawiając się za represjonowanymi robotnikami Radomia i Ursusa, potem okazjonalne aresztowania, internowanie w 81-szym. W końcu wrócił w rodzinne strony, do Kobylan i tam już został. Ponoć większość czasu bez zatrudnienia, na koniec w hospicjum. Studiów chyba nigdy nie skończył.
Ktoś musiał o nim pamiętać, bo w 2006 otrzymał jeszcze Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Wikipedia podaje, iż za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, i za działalność na rzecz przemian demokratycznych w kraju.
Jego pogrzeb odbył się 3 września 2020 roku w Huszlewie. Pamiętał o nim Antoni Macierewicz – jeden z założycieli KOR-u, który był tam obecny. Na grobie złożono też wieńce od prezydenta Andrzeja Dudy i premiera Mateusza Morawieckiego.
Jak widać, wybitne, zasłużone dla Polski osoby muszą umierać w nędzy. Szczególnie jeżeli są wybitnie uzdolnione – system nie lubi ludzi niezależnych, a wybitni często tak mają.
Nie jestem też pewien, czy ci wszyscy, którzy pilnują, aby w Polsce nic wybitnego nie powstało, zdają sobie sprawę, iż gorliwie realizują ideę pruskiego burmistrza Wrocławia, Bendera, który twierdził w swoim czasie, iż „Polacy nie dali ludzkości żadnego wielkiego uczonego”. O tym pruskim „Casus singularis” napisałem więcej w poprzednim moim dzienniku.
Widać też, iż w kontekście Polski, sowiecka komuna i pruski dryl, dziwnym trafem mają wiele wspólnego.
***
Jedziemy Kingstonem, mija nas czerwona Corvette z odkrytym dachem – trudno nie zauważyć czerwonego koloru i odkrytego dachu. Jest początek października, człowiek za kierownicą ma na głowie czapkę – ta czapka z daszkiem jest może choćby bardziej poświadczeniem statusu niż sam samochód. Jedzie z prawej strony więc nie widzę twarzy. Pytam czy to nie sąsiad z naprzeciwka? Pani Basia mówi, iż nie. Ciekawe, iż wszyscy ci faceci jeżdżą w tych samochodach w pojedynkę? Nasz sąsiad robi to samo; w sobotnie przedpołudnia wyjeżdża i gdzieś znika na kilka godzin. Sam. Nie widziałem, aby kiedykolwiek jechała z nim żona. Nie widziałem też, aby sama wzięła „rakietę” męża na przejażdżkę. Może nie lubi czerwonego koloru?
Przechodzi na myśl film „Kocham cię na zabój” (I love you to death); tam także Joe w piątkowy wieczór szykuje się i jedzie w Lincolnem do klubu, aby się zabawić. Rozalie zastaje w domu. Oczywistym jest, iż Joe ma prawo do rozrywki i na myśl jej nie przychodzi, iż chodzić może o coś innego. Sąsiad dba o samochód. Myje go starannie a potem obdmuchuje dmuchawą ogrodową, taką samą jakiej ja używam do zdmuchiwania liści i igieł sosnowych sprzed domu.
Inny sąsiad, Michael, miał od lat Corvette w garażu. Wyjeżdżał na dwie, trzy przejażdżki w sezonie. W końcu ją sprzedał. Teraz ma używaną Hondę CR-V. Nigdy nie jechałem Korwetą, może jestem zazdrosny? Złośliwcy mówią, iż ten jej V-8 jest od ciężarówki!
***
Jakieś dwa kilometry od nas, na bardzo przyzwoitej ulicy, gdzie mieszka nasza znajoma, w nocy kilka tygodni temu, ktoś rozbił szyby i uszkodził zamki w szesnastu samochodach. Nie mogę znaleźć żadnych wiadomości na ten temat. To oczywiście martwiące, także ta anonimowość, bo wynika z niej, iż jesteśmy, jako obywatele, zostawieni raczej sami sobie. Kilka lat temu w sieci był popularny film, pokazujący jak profesjonalna szajka kradnie samochód sprzed domów.
Zaczynam kombinować jak zabezpieczyć nasz garaż i samochód? Oczywiście trzeba zainstalować kamery. Dyskusja z sąsiadem obok uświadamia nam, iż kamery przekazujące informacje w konwencji Wi-Fi są kilka warte, bo wystarczy pospolity jammer, (po polsku zagłuszacz sygnału) i złodzieje robią co chcą. Tak zniknął, rok temu, czerwony Jeep z parkingu opodal. Sąsiad sprawdził pamięć kamery z dwóch dni w czasie napadu i stwierdził, iż nagranie magicznie wyparowało. Trzeba kamery podłączyć bezpośrednio ukrytymi kablami, aby zagwarantować niezawodność.
Projekt pozostanie na późną jesień, bo wyjeżdżamy z Panią Basią na kilka tygodni i wrócimy do tematu w połowie listopada. Samochód w międzyczasie będzie pod opieką syna.
Leszek Dacko








