Dziewczyna siedziała na łóżku z nogami podciągniętymi i zirytowana powtarzała:

polregion.pl 10 godzin temu

Siedziałam na łóżku, zgarbiona, nogi przyciągnięte do siebie, i z gniewem powtarzałam:
Nie potrzebuję go. Odmawiam. Chcę tylko Andrzeja, a on powiedział, iż nie chce dziecka. To i ja nie chcę. Róbcie z nim, co chcecie mi to obojętne.

Kochana, to barbarzyństwo odrzucać własne dziecko. choćby zwierzęta tak nie robią rzekła szefowa oddziału pediatrycznego.

Co zwierzęta, to nieistotne. Wypiszcie mnie natychmiast, a inaczej wykrzyknęła nowo rodzona matka.

Jesteś głupią, zakręconą dziewczyną, Boże, wybacz! westchnęła szefowa.

Jej doświadczenie podpowiadało, iż medycyna w tej sytuacji jest bezsilna. Tę kobietę, Zuzannę, przeniesiono tydzień temu z położniczego oddziału do pediatrycznego. Była kłótliwa i niepoczytalna. Na przekór wszystkim odmawiała karmienia dziecka własnoręcznie. Zgodziła się jedynie na odciąganie mleka, ale w tej chwili nie miała gdzie się podziać.

Młoda lekarz pediatra, Ania, walczyła z Zuzanną bezskutecznie. Ta nieustannie wpadała w napady histerii. Ania tłumaczyła, iż to niebezpieczne dla dziecka. Zuzanna odpowiedziała, iż jeżeli tak nie będzie, ucieknie. Przerażona Ania wezwała szefową, a ta spędziła kolejny godzinę, próbując przekonać nierozsądną matkę. Zuzanna upierała się, iż musi spotkać się z chłopakiem, iż on jej nie poczeka, więc wyjedzie bez niej.

Szefowa nie zamierzała się poddać po latach pracy widziała podobne sytuacje. Mogła zatrzymać Zuzannę jeszcze trzy dni, dając jej czas na przemyślenia. Gdy usłyszała o tych trzech dniach, wpadła w furorę.

Co wy, wariaci? Andrzej już się na mnie gniewa przez to cholernie dziecko, a wy mi jeszcze podpalacie nadzieję. Nie rozumiecie, iż jeżeli nie pojedziemy na południe, to on zabierze się za Kaczkę! wybuchła, łamiąc się w płaczu.

Zuzanna twierdziła, iż Kaczka tylko czeka, by zabrać jej chłopaka, a dziecko potrzebne jej było jedynie po to, by zyskać małżeństwo.

Szefowa westchnęła ponownie, poleciła podać jej walerianę i ruszyła w stronę drzwi. Ordynator, która dotąd milczała, podążyła za nią.

W korytarzu zatrzymała się i wyszeptała:
Czy wierzycie, iż dziecko ma szansę z taką matką? jeżeli można ją tak nazwać.

Kochana, co robić? Inaczej wyślą go do domu dziecka, a potem do domu dziecka. Przynajmniej rodzice mają jakąś kondycję. Może porozmawiamy z rodzicami? To ich pierwszy wnuk, a chłopak przystojny. Dowiedz się o ich adresach, muszę z nimi porozmawiać.

Zuzanna uciekła tego samego dnia. Szefowa zadzwoniła do rodziców chłopaka, ale nie chcieli rozmawiać.

Po dwóch dniach przyjechał ojciec ponury, nieprzyjemny człowiek. Szefowa próbowała go namówić, żeby zobaczył dziecko. On odmówił, mówiąc, iż to go nie interesuje, i iż córka wyśle pismo odrzucenia przez swojego kierowcę. Szefowa odpowiedziała, iż nie tak będzie, dziecko musi przyjść sama nie wypiszemy go, wszystko musi iść zgodnie z procedurą, inaczej będą kłopoty. Mężczyzna się zestresował, zrozumiał, iż w urzędach już nie ma litości, i przyznał, iż przyśle żonę, by załatwiła sprawę.

Następnego dnia pojawiła się drobna, bladą twarzą kobieta. Usiadła na skraju krzesła i od razu zaczęła płakać, szepcząc, iż to tragedia. Rodzice chłopca wyjechali za granicę mają majątek i wielkie plany, a teraz wpadli w tą nieprzyjemną sytuację. Ich córka płacze dniami, krzyczy, iż nienawidzi dziecko. Najpierw dzwoniła do rodziców chłopca, potem zadeklarowała, iż pojedzie za granicę, by go odebrać. Mówi, iż zostanie z Andrzejem, niech cały świat się wali.

Szefowa westchnęła i zasugerowała, by zobaczyła dziecko, licząc, iż choć babcia odczuje jakieś emocje. Emocje się pojawiły, ale tylko pogorszyły sytuację. Kobieta patrzyła na malucha w ramionach szefowej, płacząc, iż chciałaby go wziąć. Mąż zabronił, córka nie chce. Kobieta wyciągnęła nowy chusteczkę i rozpaczała jeszcze głośniej.

Szefowa mruknęła: Mmm i kazała pielęgniarce podać walerianę, narzekając, iż z powodu tych szaleństw w oddziale skończą się zapasy uspokajaczy.

Pojechała do dyrektora szpitala, opowiedziała wszystko i zadeklarowała, iż zatrzyma dziecko w oddziale. Dyrektor, kiedy zobaczył malucha, rozpromienił się i zapytał, czym go karmią. Taki mały, taki pulchny po prostu pieróg tak nazwali go wszyscy.

Pieróg przebywał w szpitalu przez kilka miesięcy. Najpierw namawiano matkę, która przychodziła, bawiła się z nim, twierdziła, iż oszczędza pieniądze na bilet, iż w końcu odnajdzie chłopaka. Wydawało się, iż przyzwyczaja się do dziecka. On też się cieszył, poznawał ją. Matka i babcia przychodziły, chętnie się zajmowały, ale przy wyjściu zawsze płakały i przepraszały córkę, iż kocha chłopaka jak szaleńca. Szefowa tłumaczyła, iż to nie miłość, a pożądanie.

Mimo iż matka i babcia przychodziły, nie składały wniosku, a dziecko nie było odbierane, szefowa postanowiła poważnie porozmawiać o chorobie chłopca, który ciężko zachorował. Wszyscy się martwili, a pielęgniarka Ania, przy każdej okazji, biegła do jego łóżeczka. Pieróg miał mokre włoski przyklejone do czoła, tracił na wadze, był słaby. Ania nosiła go w ramionach, mówiąc, iż już nie jest pierogiem, a raczej naleśnikiem. Po chwili odzyskał siłę, znów stał się ulubieńcem oddziału, najbardziej kochał Anię, która nosiła kolorowe koraliki, a on próbuje je dosięgać i gryźć. Gdy mu się udało, rozbrzmiewał radosnym śmiechem.

Pewnego dnia wszystko się skończyło. Zuzanna dowiedziała się, iż jej chłopak wziął ślub z kimś innym. Wpadła w szał, krzycząc, iż wszystko jest podpalane, by ich rozdzielić. Nienawidziła wszystkich, a zwłaszcza tego dziecka. Gdyby go nie było, byłaby z Andrzejem i szczęśliwa. Złożyła wniosek o odebranie dziecka i chciała, by trafiło do domu dziecka. Potem pojechała do Andrzeja, planując go przekonać, żeby porzucił tę brzydotę i wziął ją.

Złożyła wniosek, położyła go na biurku dyrektora i po cichu wyszła. Dyrektor wezwał szefową. Gdy wróciła, gniewna i zła, oznajmiła:
Właśnie! Złożyłam wniosek. Dyrektor kazał załatwić formalności w domu dziecka. Co zrobić? Musimy to zrobić.

Młoda ordynator Ania zapłakana. Szefowa usiadła, zdjęła okulary i długo je wycierała, coś pod nosem mrukając. Wszyscy wiedzieli, iż kiedy szefowa szoruje okulary, nerwy jej kipią. Rzadko zdarzało się, iż płakała w kitli, ale kiedy emocje brały górę, trząsała szalny płaszcz, by ukryć łzy.

W tym momencie Pieróg radośnie skakał w swoim łóżeczku. Do pokoju weszła pielęgniarka, a on zawsze cieszył się, gdy ktoś wchodził. Nagle zamilkł, jakby nasłuchiwał, potem znów zaszedł w ciszę. Pielęgniarka poczuła, iż coś jest nie tak, podeszła i spojrzała w jego małe oczy. Nie wiedziała, co w nich się kryje, ale poczuła dziwny ból w piersi i łzy same popłynęły po policzkach.

Dziecko patrzyło na nią, a ona płakała, nie rozumiejąc, dlaczego tak się stało. Później dowiedziała się, iż to było w momencie, gdy matka pisała wniosek o odrzucenie. Szefowa wzburzona rzekła, iż nie ma co rozpisywać bajek. To tylko przesądy, przypadek.

Porzucone dzieci zawsze czują, iż ich odrzuciło się. Czy to własne odczucie, czy anioły szepczą im smutne wieści, nie wiedzą. Starają się stać niewidzialne, nie przeszkadzać, nie obciążać. Wiedzą, iż świat spróbuje ich wyeliminować, włożyć w szare przytułki. Muszą być ciche i niepozorne nikt ich nie potrzebuje.

Nie ma znaczenia, czy jesteś głodny, czy masz gorączkę. Nikt nie przeczyta ci bajki na dobranoc, nie otuli kocykiem. Świat ci obojętny, nie dostrzega twojego bólu. Mądrzy, porzuceni, wiedzą o tym, ich spojrzenie pełne jest beznadziei. Bezlitosny świat rozdaje jednych, zabiera innych. Dziecko próbuje przez lata zrozumieć, dlaczego je odrzucili, co zrobiło źle. Nie ma odpowiedzi. Świat odrzucił bezmyślnie. Nie twoja wina. Teraz będziesz cierpieć, niewinna istoto, za cudze przewinienia, płacąc za obojętność i egoizm innych.

Jednak jest nadzieja. Nadzieja, iż los się odmieni, iż ktoś zwróci na ciebie uwagę. W tym bezsercowym świecie jest dobro niewiele, ale istnieje. Wierz w to, dziecko moje, czekaj i wierz.

Od tego dnia chłopiec leżał cicho w kołysce, nie uśmiechał się, nie reagował na próby rozbawienia. Ania próbowała go ożywić:
Pieróg, chcesz rękę? Weź, zobacz te koraliki. wyciągała rękę, uśmiechała się, licząc, iż on sięgnie. On patrzył obojętnie, nie ruszał się.

W pewnym momencie Ania wybuchła:
Zdradzamy go, rozumiesz? Najpierw ci podj***, a potem On nie ma winy, iż urodził się w tym gówniarzu! Nienawidzę!

Usiadła na sofie, przytulona kolanami, nie płacząc, a raczej jęcząc. Szefowa podeszła, usiadła obok i położyła rękę na jej ramieniu:
Kochana, nie wiem, co zrobić. Boleje mnie Pieróg, nie wyobrażasz sobie, jak mi przykro. O Boże! Co to za praca?!

Nie będę czekać, będę działać.

To przestań siedzieć, odparła szefowa z irytacją. Nie siedź i nie płacz. Zrób coś, a nie mów, iż chcesz go adoptować. Nie dostaniesz. Nie masz męża, nie masz domu, więc nie mam ochoty słuchać. To emocjonalny wybuch. Wiesz, ile miałam Pierogów w życiu? Nie policzę, Boże, więc umówmy się: damy ci czas, a ty znajdź mu rodziców.

Dobre rodzice. Tak, kochana. Przestań marudzić i szukaj.

Ania ruszyła na poszukiwania najwspanialszych rodziców. Działała z taką szczerością, iż choćby koleżanki z oddziału poczuły się poruszone. Ania spotkała parę Łucję i Lecha, po trzydziestce, bezdzietną, marzącą o dziecku od lat. Łucja była delikatna, z miękkim uśmiechem i melodyjnym głosem. Lech, wysoki i atletyczny, przypominał żołnierza, ale w jego oczach widać było miłość do żony. Dom ich był przytulny, jasny, pełen ciepła.

Łucja zapytała szefową o wagę noworodka. Szefowa, nieco zaskoczona, odpowiedziała:
Przepraszam, nie znam dokładnych liczb, ale to nie jest najważniejsze.

Łucja zaśmiała się:
On już mnie męczy pytaniami!

Szefowa wyjaśniła, iż nie potrzebuje wagi, tylko chcę, by poznali Pieroga. Łucja otworzyła drzwi i weszła do pokoju. Pieróg spał, różowy był w śnie, małe ręczki i nóżki porozrzucane. Nagle otworzył oczy, patrzył najpierw po okolicy, potem na Łucję. Najpierw zmarszczył brwi, potem szeroko otworzył oczy. Łucja nie odrywała wzroku, przyglądając się każdemu detalowi. Pieróg niepewnie sięgnął i chwycił Łucję za duży palec. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, mówiąc, iż to sprytny chłopiec. Łucja i dziecko patrzyli na siebie nie odrywając wzroku.

Po chwili Pieróg delikatnie się uśmiechnął, ledwie zauważalnie. Łucja odwzajemniła uśmiech i skinęła głową, a on przycisnął mały palec. Nastała napięta cisza.

Szefowa westchnęła i rzekła:
Proszę, spróbujcie jeszcze raz, mocniej.

To odruch chwytania, odpowiedziała Łucja spokojnie. Boję się, żeW końcu, trzymając mały paluszek Łucji, Pieróg rozpromienił się radosnym piskiem, dając wszystkim nadzieję, iż nowy dom już czeka.

Idź do oryginalnego materiału