Gdy byłem dzieckiem, marzyłem o tym, żeby dorosnąć i robić to, na co mam ochotę: jeść to, co lubię, kłaść się spać, kiedy chcę, wychodzić z domu bez pytania kogokolwiek o pozwolenie.

newsempire24.com 7 godzin temu

Kiedy byłam dzieckiem, śniło mi się, iż dorosłość to wolność absolutna: będę mogła jeść, co tylko zechcę, spać kiedy chcę, wychodzić z domu bez pytania nikogo o pozwolenie. Teraz śmieję się ze swojego naiwnego, dziecięcego ja, ale w śnie wszystko wydaje się prawdziwe i trochę rozmazane. Prawdziwa rzeczywistość spadła na mnie jak opadły liście w Warszawie, gdy zamieszkałam sama: sprzątanie, gotowanie, czynsz w złotówkach, rachunki za prąd, zakupy… wszystko z jednej wypłaty, która kurczyła się niczym cienie na Starym Mieście. Myślałam, iż wolność to wybór kolacji. Nie wiedziałam, iż oznacza liczenie, czy starczy mi na ryż i mydło jednocześnie.

Pewnego dnia uświadomiłam sobie, iż od tygodni nie jadłam śniadania w spokoju. Budziłam się w szarej poświacie, prysznic, szybkie ścielenie łóżka, bieganie do przystanku, by nie przegapić autobusu. Po drodze przypominałam sobie, iż nie odpisałam jeszcze na służbowego maila, muszę opłacić internet przed piątkiem, a kartę kredytową już prawie kończy się limit… Wolność dorosłych zamieniła się w listę zadań, a nie spełnioną fantazję.

Gdy w końcu wracałam do mieszkania, zmęczenie opadało na mnie jak senna mgła. Otwierałam lodówkę z nadzieją, iż znajdę tam coś, co samo się ugotowało. Ale nie trzeba myć, kroić, smażyć, potem znów zmywać. Czasem kolacja to tylko chleb i żółty ser z Biedronki, byle nie dotykać patelni. Ale choćby wtedy nie odpoczywałam; w głowie przebiegały myśli: rachunek za wodę wysoki, muszę sprawdzić przeciek w łazience, ubrania rano zaczynają pachnieć wilgocią, bo znowu zapomniałam je powiesić.

Znajomi ciągle powtarzali: Spotkajmy się. Ale za każdym razem, gdy próbowaliśmy ustalić termin, każdego gonił inny kłopot: jeden zostawał po godzinach w biurze, drugi opiekował się chorą babcią, trzeci miał pusty portfel, czwarty nie miał siły, bo cały tydzień biegał jak w szalonym śnie. Gdy mieliśmy po szesnaście lat, widywaliśmy się niemal codziennie. Jako dorośli, mijał miesiąc bez wspólnego spotkania, a kiedy już siedzieliśmy razem nad kawą, rozmowa toczyła się: o zmęczeniu, rachunkach, bólu pleców, który pojawił się ni stąd ni zowąd. Młodzi, a brzmieliśmy jak stara ciotka Zofia z Grochowa.

Najcięższe było zrozumieć, iż prawdziwy odpoczynek nie istnieje. choćby weekendy to tylko kolejne listy: pranie, sprzątanie, planowanie przyszłego tygodnia, zakupy, naprawianie zepsutego kranu. Pewnej soboty złapałam się na tym, iż płakałam podczas mycia podłogi, bo pomyślałam: choćby kiedy odpoczywam, nie odpoczywam. Jako dziecko mówiłam na to wolność, a okazało się, iż robię wszystko to, co kiedyś robili dla mnie dorośli tylko teraz nikt nie podaje pomocnej ręki.

Praca też nie była tym, czego się spodziewałam. Wyobrażałam sobie, iż wysiłek daje satysfakcję. Nie wiedziałam, iż trzeba się uśmiechać, gdy nic na to nie mam ochoty, znosić dziwne uwagi, ścigać cele, które zmieniają się jak pogoda nad Wisłą i patrzeć, jak większa część wypłaty w złotówkach znika na rzeczy, których choćby nie widzę. Pewnego dnia siedziałam na krześle i liczyłam, czy lepiej zjeść obiad, czy zostawić trochę na bilet miesięczny. Tego nikt ci nie mówi, kiedy jesteś dzieckiem. Nikt nie tłumaczy, iż dorosłość to ciągłe matematyczne równania w głowie.

Śniłam, iż dorosłość oznacza wolność. Okazało się, iż to dziwna retoryka zmęczenia, obowiązków i krótkich, ulotnych chwil spokojnego oddechu.

Idź do oryginalnego materiału