Mam 65 lat i pierwszy raz w życiu zmagam się z gorzką refleksją: czy naprawdę nasze dzieci, dla których z mężem poświęciliśmy tak wiele, odsunęły nas na bok, jakbyśmy byli niepotrzebnymi przedmiotami? Poświęciliśmy młodość, energię i ostatnie oszczędności dla naszej trójki, a oni po prostu odeszli, nie oglądając się za siebie. Syn nie odbiera telefonu, a ja się zastanawiam: czy naprawdę żadne z nich nie poda nam szklanki wody na starość? Ta myśl przeszywa serce niczym nóż, zostawia tylko pustkę.
Wyszłam za mąż w wieku 25 lat, w małym miasteczku niedaleko Krakowa. Mój mąż, Łukasz, był moim szkolnym kolegą, upartym romantykiem, który długo starał się zdobyć moją uwagę. Uczył się na tej samej uczelni, by być blisko mnie. Rok po skromnym ślubie zaszłam w ciążę. Urodziła się nasza pierwsza córka. Łukasz rzucił studia, żeby pracować, a ja wzięłam urlop dziekański. To były trudne czasy — on pracował na budowie od rana do nocy, a ja uczyłam się być matką, starając się nie zawalić egzaminów. Dwa lata później znów byłam w ciąży. Musiałam się przenieść na studia zaoczne, a Łukasz brał dodatkowe zmiany, by nas utrzymać.
Przetrwaliśmy pomimo trudności i wychowaliśmy dwoje dzieci — starszą córkę Małgorzatę i syna Piotra. Kiedy Małgorzata poszła do szkoły, wreszcie znalazłam pracę w wyuczonej profesji. Życie zaczęło się układać — Łukasz otrzymał stabilną posadę z dobrą pensją, urządziliśmy mieszkanie. Ledwo odetchnęliśmy, gdy dowiedziałam się, iż spodziewamy się trzeciego dziecka. Był to nowy cios. Łukasz pracował jeszcze ciężej, aby rodzina mogła przetrwać, a ja zostałam w domu z naszą najmłodszą, Anną. Jak sobie z tym poradziliśmy, do dziś nie wiem, ale krok po kroku odzyskaliśmy pewność siebie. Kiedy Anna poszła do pierwszej klasy, poczułam po raz pierwszy ulgę, jakby ktoś zdjął ze mnie ogromny ciężar.
Jednak problemy się nie skończyły. Małgorzata, ledwie dostała się na studia, ogłosiła, iż wychodzi za mąż. Nie odradzaliśmy, sami przecież pobraliśmy się młodo. Ślub, pomoc w zorganizowaniu mieszkania — wszystko to wyczerpało nasze oszczędności. Potem Piotr zapragnął własnego mieszkania. Jak odmówić synowi? Wzięliśmy kredyt, kupiliśmy mu mieszkanie. Na szczęście gwałtownie znalazł pracę w dużej firmie i odetchnęliśmy z ulgą. A Anna w klasie maturalnej zaskoczyła nas, mówiąc o studiach za granicą. To było bolesne dla naszych finansów, ale zacisnęliśmy zęby i wysłaliśmy ją za ocean. Wyjechała, a dom nagle opustoszał.
Z czasem dzieci coraz rzadziej nas odwiedzały. Małgorzata, mimo iż mieszkała w naszym mieście, wpadała raz na pół roku, unikając zaproszeń. Piotr sprzedał mieszkanie, kupił nowe w Warszawie i przyjeżdżał jeszcze rzadziej — raz do roku, jeżeli się poszczęściło. Anna, po studiach, postanowiła zostać za granicą i ułożyć sobie tam życie. Wszystko im oddaliśmy — czas, zdrowie, marzenia, a w zamian staliśmy się dla nich nikim. Nie oczekujemy od nich pieniędzy ani pomocy — Boże broń. Chcemy jedynie odrobiny ciepła: telefonu, wizyty, dobrego słowa. Ale i tego nie ma. Telefon milczy, drzwi nie otwierają się, a w sercu narasta zimna samotność.
Teraz siedzę, patrząc za okno na jesienny deszcz i myślę: czy to już koniec? Czy my, którzy oddaliśmy dzieciom każdy oddech, jesteśmy skazani na zapomnienie? Może nadszedł czas, by przestać czekać, aż sobie o nas przypomną, i skupić się na sobie? W wieku 65 lat stoimy z Łukaszem na rozdrożu. Przed nami niepewność, ale gdzieś za horyzontem migocze nadzieja na szczęście — nasze, nie cudze. Przez całe życie stawialiśmy siebie na ostatnim miejscu, ale czy nie zasługujemy na choćby odrobinę euforii dla siebie? Chcę wierzyć, iż tak. Chcę nauczyć się żyć na nowo, dla nas dwojga, póki nasze serca jeszcze biją. Jak zaakceptować tę pustkę i odnaleźć w niej światło? Co myślicie?