Jak posiadanie własnego mieszkania w Polsce przeszkadza mi w zawarciu małżeństwa

polregion.pl 2 godzin temu

Gdy skończyłam trzydzieści lat, wreszcie udało mi się kupić dwupokojowe mieszkanie w Warszawie. Mieszkam tam sama i do tej pory nie znalazłam odpowiedniego męża. Wiecie, co według mnie jest prawdziwym powodem moich trudności w życiu osobistym? Chyba właśnie to mieszkanie. W dzisiejszych czasach kobiecie naprawdę trudno znaleźć złoty środek między niezależnością a kobiecością. Wszystkich moich adoratorów można by podzielić na dwa typy:

Pierwszy typ to ci, co pytają: Masz własne mieszkanie? Świetnie! Przeprowadzam się do ciebie, nie muszę się niczym martwić. To mężczyźni, którzy nie zamierzają się użerać z życiem wolą, żeby już wszystko było gotowe. Skoro ja mam gdzie mieszkać, widzą w tym ogromny plus: są gotowi zakładać rodzinę, mieć dzieci byle tylko nic się w ich życiu nie zmieniało. Taki facet nie dąży do rozwoju, nie chce lepszej pracy, większych zarobków, o samochodzie choćby nie wspominając przecież ja mam swoje auto, to po co mu kolejne? Sama już wszystko załatwiłam, jego to zupełnie nie rusza.

Szczerze mówiąc, gdy rozmawiam z takimi mężczyznami, mam często wrażenie, iż bardziej nadają się na moich synów niż mężów. Taki facet to jak kolejne dziecko, które trzeba karmić, rozpieszczać, utrzymywać, a potem jeszcze dbać, żeby nie uciekł gdzieś w świat. Ja takiego szczęścia nie potrzebuję. Wolałabym już mieć kota i trochę wolnego czasu w własne pasje.

Drugi typ: Masz mieszkanie? Nie, ja nie chcę się przeprowadzać, wolę mieszkać dalej z rodzicami, albo może wyprowadźmy się na działkę. Możemy sprzedać twoje mieszkanie i kupić coś razem. Ten scenariusz wyjątkowo mnie przeraża. Czekałam latami, harowałam, zbierałam każdy grosz, żeby mieć własny kąt w Warszawie a oni by to tak po prostu sprzedali. No chyba, iż będziemy mieszkanie spłacać przez kolejne dekady, oczywiście raty i tak zostaną na mnie, bo skoro zarabiam nieźle, to przecież sama sobie poradzę, a on pomagać będzie, jak się uda. A co, gdybym chciała pójść na urlop macierzyński? Pewnie wtedy doczekałabym się pierwszego dziecka mając już dobrze po czterdziestce. Byle tylko mężowi nie sprawiać żadnych kłopotów. Bo przecież on zasługuje na wygodę i brak zmartwień.

Coraz częściej łapię się na myśli, iż łatwiej byłoby adoptować trzyletnie dziecko z domu dziecka, niż znaleźć mężczyznę, który nie boi się mieć ze mną rodziny. Wydaje się, iż choćby jak będę żoną, wszystko i tak będę musiała robić sama. Sama będę się utrzymywać, sama rozwiązywać codzienne problemy, a może choćby sama się kochać bo kto mnie wtedy przytuli? To po co mi taki partner u boku?

Teraz jestem panią własnego domu i własnego życia. Mieszkanie mam odnowione, przestrzeń jest tylko moja, mogę rozwijać pasje. Czasem marzy mi się rodzina i ktoś bliski, ale rzeczywistość gwałtownie zabija te sny. Opowiem wam o czymś, co niedawno mi się przydarzyło.

Zakochałam się. Poznałam mężczyznę, wydawało się, iż nadajemy na tych samych falach. Spędziliśmy wieczór w moim mieszkaniu, oglądając film. Zachciało nam się pizzy. Pomyślałam: Może teraz on przejmie inicjatywę? Wyszedł na klatkę po odbiór pizzy od dostawcy i faktycznie zapłacił, ale za moje pieniądze, które dałam mu wcześniej. Zarówno rozmowa, jak i jakiekolwiek uczucia, skończyły się chwilę później.

Może sama jestem sobie winna. Koleżanki mówią, żebym nie proponowała, iż zapłacę. Byłam ciekawa, czy przyjmie pieniądze, czy odmówi. Dla mnie to nie była wielka suma. Ale przecież nie o pieniądze tu chodzi…

Idź do oryginalnego materiału