Jedna córka dla dwóch matek
Między Weroniką i Konradem uczucie pojawiło się błyskawicznie, jakby od pierwszego spojrzenia. Spotykaliśmy się już miesiąc, gdy Konrad podczas kolejnej randki powiedział:
Weroniko, zostań moją żoną a ja aż zaniemówiłam.
Jak to? Żoną? Przecież znamy się dopiero miesiąc!
I co z tego? Ten miesiąc całkowicie wystarczył mi, by zrozumieć, iż jesteś moim przeznaczeniem Bez ciebie nie wyobrażam sobie życia, nikogo więcej nie potrzebuję, dla mnie inne dziewczyny nie istnieją
Ojej, Konrad W sumie się zgadzam szepnęłam cicho i wtuliłam się w niego.
Córko, nie za pochopna ta decyzja? dopytywała mama, czy przypadkiem nie jesteś w ciąży?
Mamo, o czym ty mówisz? Oczywiście, iż nie! Po prostu Konrad powiedział, iż nie może beze mnie żyć, a ja bez niego Taka jest u nas miłość, mamo.
Wkrótce ci, którzy dziwili się naszemu szybkiemu ślubowi, przekonali się, iż jesteśmy sobie przeznaczeni. Wszystko układało się dobrze z boku widać było, ile czułości miał Konrad dla mnie, a ja odwzajemniałam jego troskę i miłość.
Miłość nasza była szczera, prawdziwa, ale było coś, co rzucało cień na nasze szczęście. Oboje bardzo chcieliśmy mieć dzieci, jednak upragniona ciąża nie nadchodziła.
Konrad, powinniśmy się przebadać. Może jest jakaś przyczyna, dla której nie mogę zajść w ciążę.
Zgadzam się mąż od razu przytaknął.
Ile nadziei, ile lekarzy, wyjazdów do Warszawy, ile modlitw wszystko na nic. Nie udało mi się zajść w ciążę.
Weroniko, myślałem Może odwiedzimy dom dziecka, weźmiemy dziecko i wychowamy je jak własne? zaproponował Konrad nieśmiało.
Tak! odpowiedziałam natychmiast. Marzyłam o tym, ale bałam się, iż Konrad się nie zgodzi. Też o tym myślałam
No to jedziemy powiedział Konrad znam jeden dom dziecka: gdy wracam czasem z delegacji z Gdańska, przejeżdżam obok niego i wtedy właśnie o tym pomyślałem.
Gdy przyjechaliśmy z Konradem do domu dziecka, wśród wielu dzieci była jedna dziewczynka, jasna, z błękitnymi oczami. Podbiegła do mnie i objęła mnie za kolana.
Mama! zawołała uradowana, a ja nie mogłam się od niej oderwać.
Tak w naszym domu pojawiła się córka Lubomira, radosna, roześmiana dziewczynka, której śmiech przypominał strumyk. W końcu poczułam pełnię szczęścia, znalazłam się w roli matki. Bardzo pokochałam Lubomirę. Konrad też uwielbiał córkę.
Wszystko układało się dobrze. Żyliśmy w małej miejscowości, gdzie ludzie znali się nawzajem. Sąsiedzi i znajomi wiedzieli, iż Lubomira jest dzieckiem adoptowanym. Gdy była mała, nie było żadnych problemów. Ale czas mijał, Lubomira rosła, poszła do szkoły i pewnego dnia ktoś powiedział jej, iż nie jest moją córką biologiczną, iż została adoptowana.
Lubomira miała wtedy czternaście lat. Wróciła ze szkoły i zrobiła awanturę.
Mamo, czemu nie powiedziałaś mi, iż nie jestem waszą córką? Wiem, iż zabraliście mnie z domu dziecka
Córko, uspokój się. Zamierzaliśmy ci o tym powiedzieć, czekaliśmy, aż będziesz starsza, żeby nie przeżyłaś tego tak mocno. Ale skoro znalazł się ktoś Tego się zawsze obawialiśmy.
Lubomira płakała, krzyczała, potem zamknęła się w sobie, stała się zła. W tym wieku nastolatki mają swoje bunty. Zachowywała się głośno, zamykała drzwi, czasem odzywała się opryskliwie.
Właśnie wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Konrad zginął w wypadku. Nie mogłam się pozbierać po informacji, iż mąż zginął w drodze powrotnej z delegacji z Poznania. Tuż przed Nowym Rokiem, w trakcie gwałtownej zamieci samochód wpadł w poślizg.
Konrad często wyjeżdżał w delegacje, czasem na tydzień, jeżeli się spóźniał, wysyłał kartkę wtedy nie mieliśmy telefonów. Gdy zginął, miałam czterdzieści sześć lat. Lubomira, zamiast wesprzeć mnie, jakby zerwała się ze smyczy chodziła gdzieś, nie słuchała, była opryskliwa.
Z całych sił starałam się znaleźć z nią wspólny język, płakałam, prosiłam, ale nigdy na nią nie krzyczałam. Tak żyłyśmy we dwie. Lubomira gwałtownie dorastała. Kiedyś, już po maturze, oznajmiła mi:
Wyjeżdżam do miasta.
Podniosłam zmęczone oczy, ściskając ręcznik w dłoniach.
Chcesz studiować, córko?
Nie. Jadę odszukać moją biologiczną matkę
Zabrakło mi tchu, spytałam zdezorientowana:
Ale po co, Lubomiro? Czy ja nie jestem dla ciebie mamą?
Lubomira odwróciła się do okna, milczała długo.
Muszę wiedzieć, kim ona jest. Muszę zrozumieć, czemu mnie zostawiła. Po prostu mam do tego prawo.
Masz, córko powiedziałam, wiedziałam, iż żadne argumenty jej nie powstrzymają.
Lubomira miała już prawie dziewiętnaście lat. gwałtownie spakowała swoje rzeczy w niewielką torbę, pocałowała mnie w policzek i obiecała, iż czasem przyjedzie. Wyszła z domu i poszła na autobus. Z tęsknotą i smutkiem patrzyłam za nią. Zostałam sama.
Minęło dużo czasu. Dni dłużyły się, wolno płynęły. Byłam już dawno na emeryturze, wieczorami przeglądałam kartki od Konrada, schowane w starej pudełku po czekoladkach zawiązanym wstążką. Nie było ich dużo, ostatnia, już pożółkła, z gałązkami świerkowymi, miała na odwrocie: Weroniko, zatrzymałem się na trzy dni, tęsknię i całuję, twój Konrad.
Przejechałam drżącymi palcami po kartce i przycisnęłam ją do serca, jakby obejmowała nieżyjącego męża. Minęło wiele lat, w moim życiu zaszło wiele zmian. Prawie dwadzieścia pięć lat od śmierci Konrada.
Siedziałam przy oknie, a wspomnienia osaczały mnie coraz mocniej. Z czasem podupadłam, wcześniej wychodziłam na ławkę, siedziałam z sąsiadkami przy sklepie, teraz rzadko wychodzę poza bramę, tylko do sklepu i z powrotem.
Okna zasłonięte, skrzynka pocztowa pusta, w domu cisza. Dom ożywa, gdy Lubomira przyjeżdża z dziećmi, ale to zdarza się rzadko. Na komodzie stoi zdjęcie Konrada trzyma na rękach małą Lubomirę, oboje uśmiechnięci.
Ech, Konradzie, za wcześnie odszedłeś, zostawiłeś mnie samą mówiłam do zdjęcia męża. Całkiem sama już jestem.
Cisza w domu, tylko co jakiś czas Tolek ją przerywał zeskakiwał z parapetu, czasem głośno mruczał przy mnie. Nakarmiłam Tolka, wypiłam herbatę i postanowiłam wyjść do sklepu. Wchodząc do pokoju, zerknęłam na zdjęcie.
Piłam herbatę, gdy nagle ktoś zapukał do bramki.
Przypomniałam sobie, jak Lubomira postawiła mnie przed faktem, iż wyjeżdża do miasta szukać swojej matki. Tamten ranek był szary i spokojny. Siedziałam w kuchni, zaparzałam herbatę, kiedy ktoś zapukał do bramki.
Włożyłam buty, narzuciłam chustę na ramiona i wyszłam na podwórze, otworzyłam bramkę stała tam kobieta, dużo młodsza ode mnie. Jej oczy były smutne.
Dzień dobry Czy pani Weronika? jej głos drżał.
Tak, a kim pani jest?
Kobieta wyglądała na zakłopotaną.
Jestem mamą Lubomiry to znaczy drugą mamą biologiczną nazywam się Barbara Domyślam się, iż pani wie
Zamarłam. Nie dawno wyjechała Lubomira, a tu jej matka, jak ją znalazła?
Czy coś się stało z Lubomirą, skoro pani tu jest? zapytałam zaniepokojona. Więc jednak ją pani odnalazła?
Barbara zaczęła mówić gwałtownie i nieskładnie:
Lubomira jest teraz w szpitalu w mieście, coś się stało z jej żołądkiem Spacerowałyśmy w parku, nagle złapała się za brzuch i usiadła na ławce, pobladła, natychmiast wezwałam karetkę.
Stałyśmy chwilę w milczeniu, patrząc na siebie.
Lubomira znalazła mnie już dawno, tylko bała się pani o tym powiedzieć Barbara zaszlochała.
Ojej, czemu stoimy w bramce, proszę wejść ocknęłam się chodźmy do domu.
Zaparzyłam gorącą herbatę dla Barbary, a ona usiadła przy stole i powiedziała:
Byłam bardzo młoda, gdy urodziłam Lubomirę. Moi rodzice byli surowi, zmusili mnie do oddania dziecka. Mój narzeczony, gdy dowiedział się o ciąży, natychmiast zniknął, a rodzice grozili, iż wyrzucą mnie z domu z dzieckiem. Napisałam zrzeczenie się praw w szpitalu Przez wiele lat miałam z tym ciężko Przepraszam, nie o tym teraz Lubomira bardzo prosiła, żeby pani przyjechała do szpitala.
Wyskoczyłam szybko.
Czemu sama nie zadzwoniła?
Ukradli jej telefon razem z torebką. Gdy podjechała karetka, zabrała ją, torebka została na ławce, z dokumentami i telefonem. Kiedy wróciłam, już jej nie było
Boże, biedna moja dziewczynka szeptałam.
Sama podała mi pani adres i powiedziała: Znajdź moją mamę.
Obie milczałyśmy, nasze spojrzenia się spotkały, nie było w nich wrogości, tylko troska i zmęczenie.
Jedziemy powiedziałam, zamknęłam drzwi na klucz i ruszyłyśmy.
Stary autobus jechał powoli. Na początku milczałyśmy, potem zaczęłyśmy rozmawiać.
Też jestem sama westchnęła Barbara mój mąż zmarł trzy lata temu, ciężko chorował. Żyliśmy długo razem, nie miałam już więcej dzieci. Wiem, iż to kara Bóg mnie ukarał za to, iż oddałam córkę. Tak, to moje zadośćuczynienie
Wynika, iż oprócz Lubomiry nie mamy nikogo powiedziałam.
Tak właśnie jest Mamy jedną córkę dla nas obu odpowiedziała smutno Barbara.
W szpitalu zapytali nas:
Do kogo panie przyszły?
Do córki, do Lubomiry Zielińskiej odpowiedziałyśmy równocześnie.
Kim panie jesteście?
Matkami powtórzyłyśmy raz jeszcze, potem spojrzałyśmy na siebie i się uśmiechnęłyśmy.
Dwie matki? No dobrze, wchodźcie.
Lubomira leżała blada pod kroplówką. Gdy nas zobaczyła, uśmiechnęła się.
Mama i mama szepnęła.
Pierwsza pocałowałam ją.
Cicho, córko, jestem powiedziałam, a Barbara usiadła obok.
Teraz wszystko będzie dobrze, nie jesteś sama powiedziała, poprawiając kołdrę.
Siedziałyśmy u córki długi czas. Rozmawiałyśmy o wielu sprawach.
Od tamtej pory Lubomira miała dwie mamy, potem pojawił się mąż i dwóch synów. A dla mnie i Barbary jest jedna córka dla dwóch matek. Spotykamy się wszyscy od czasu do czasu.
Dziękuję za przeczytanie, wsparcie i dobre słowo. Powodzenia i wszystkiego dobrego!











.jpg)


