Jedna córka dla dwóch rodzin

polregion.pl 4 godzin temu

Jedna córka dla dwóch matek
Dawno temu, kiedy życie toczyło się jeszcze wolniej, a ludzie mieli dla siebie więcej czasu, spotkali się w Białymstoku Konstancja i Konstanty. Miłość strzeliła między nimi jak piorun od pierwszego spojrzenia. Miesiąc już się spotykali, gdy Konstanty, podczas spaceru po parku branickich, niespodziewanie powiedział:
Konstancjo, bądź moją żoną a ona aż zgłupiała ze zdziwienia.
Ale jak? Przecież dopiero miesiąc się znamy
I co z tego? Dla mnie wystarczyło tych trzydziestu dni, by wiedzieć, iż jesteś moim przeznaczeniem Nie potrzebuję żadnej innej, nie ma dla mnie innych kobiet
Och, Konstanty, adekwatnie zgadzam się zaśmiała się cicho i wtuliła się w jego ramiona.
Córko, nie podjęłaś tej decyzji za szybko? dopytywała mama Konstancji na wiejskim podwórku czy aby nie jesteś w ciąży?
Mamo, co Ty! Nie jestem, po prostu Konstanty powiedział, iż nie wyobraża sobie życia beze mnie, a ja bez niego No taką mamy miłość, mamo.
Z początku sąsiedzi i rodzina narzekali na pośpiech, ale z czasem wszyscy zobaczyli, iż tych dwoje faktycznie pasuje do siebie jak ulał. Widać było, jak Konstanty szanuje żonę, a ona odpłaca troską i uczuciem. Ich miłość była szczera, prawdziwa, ale jedno mąciło ich szczęście pragnęli dziecka, a wyczekiwana ciąża nie przychodziła.
Konstanty, trzeba się zbadać, może jest jakiś powód, iż nie mogę zajść w ciążę.
Dobrze, zgadzam się odparł od razu.
Ileż nadziei, lekarzy, wizyt w Warszawie, modlitw i łez wszystko na darmo. Konstancja nie mogła urodzić dziecka.
Może pojedziemy do domu dziecka i weźmiemy kogoś, wychowamy jak swoje nieśmiało zaproponował Konstanty.
Zgadzam się! wykrzyknęła żona, bo od dawna marzyła o tym, tylko bała się, iż on się nie zgodzi. Też o tym myślałam.
No to jedziemy powiedział Konstanty znam sierociniec, często mijam go wracając z delegacji z Suwałk. Tak wtedy podjąłem decyzję.
Gdy przyjechali do domu dziecka, spośród dziesiątek maluchów podeszła do Konstancji jasnowłosa, błękitnooka dziewczynka, objęła ją za nogi.
Mamo! zawołała radośnie.
Konstancja nie mogła się od niej oderwać.
Tak w ich domu pojawiła się córka Lubomira, pogodna dziewczynka, której śmiech rozbrzmiewał jak strumień. Konstancja poczuła się wreszcie prawdziwą matką, z całych sił pokochała Lubę, a Konstanty zbudował dla niej domek na drzewie i nie mógł się nacieszyć jej obecnością.
Żyli w małej wiosce niedaleko Białegostoku, gdzie każdy znał każdego. Wśród sąsiadów nie było tajemnic wszyscy wiedzieli, iż Lubomira jest adoptowaną córką. Gdy była mała, nie sprawiało to problemu, ale z czasem Luba dorosła, poszła do szkoły. Ktoś jej powiedział, iż nie jest biologiczną córką.
Miała wtedy czternaście lat. Wraca ze szkoły, urządza awanturę:
Mamo, dlaczego nie powiedzieliście, iż nie jestem Wasza? Wiem, wzięliście mnie z domu dziecka!
Córko, chcieliśmy powiedzieć Ci, ale czekaliśmy, aż dorośniesz, żebyś to łatwiej przebolała. Co zrobić, skoro się inni dowiedzieli Zawsze się tego baliśmy.
Lubomira płakała i krzyczała, później zamknęła się w sobie, a potem stała się rozdrażniona. Okres dojrzewania zrobił swoje była dla Konstancji i Konstantego bezceremonialna, trzaskała drzwiami, burczała.
Aż wydarzyło się coś niespodziewanego. Konstanty zginął w wypadku. Konstancja nie mogła dojść do siebie męża zabrakło podczas powrotu z delegacji z Łomży, przed samą Wigilią, kiedy zastała śnieżna zawierucha.
Konstanty jeździł często, czasem na tydzień, jeżeli się spóźniał, zawsze wysyłał pocztówkę wtedy nie było telefonów. Po śmierci Konstantego Konstancja miała czterdzieści sześć lat. Luba, zamiast wspierać matkę, jakby całkiem zwariowała. Wychodziła z domu, wracała późno, nie słuchała, prowokowała.
Konstancja starała się, jak tylko potrafiła, nawiązać kontakt płakała, prosiła, nigdy nie podniosła głosu. Tak żyły razem. Lubomira gwałtownie dorastała, aż pewnego dnia, po maturze, oznajmiła:
Wyjeżdżam do miasta powiedziała twardo.
Konstancja podniosła zmęczone oczy, zaciskając ściereczkę.
Na studia, córko?
Nie, chcę szukać swojej biologicznej matki
Konstancji zabrakło tchu.
Ale po co, Lubomiro? Czy ja nie jestem Twoją mamą?
Lubomira patrzyła przez okno długo i milczała.
Muszę wiedzieć, kim była. Muszę zrozumieć, czemu mnie oddała, dlaczego porzuciła. Mam do tego prawo.
Masz, córko powiedziała cicho Konstancja, rozumiejąc, iż nie powstrzyma jej argumentami.
Miała prawie dziewiętnaście lat. gwałtownie spakowała swoje rzeczy w małą torbę, pocałowała Konstancję w policzek i obiecała czasem odwiedzać. Wyszła na przystanek, a Konstancja patrzyła z żalem za nią. Została sama.
Czas mijał powoli. Konstancja była już od lat na emeryturze, wieczorami przeglądała stare kartki od męża, schowane w pudełku po czekoladkach, przewiązanym wstążką. Kartki już dawno pożółkły, ostatnia z gałązkami świerku miała na odwrocie: Kochana Konstancjo, wrócę za trzy dni. Tęsknię i całuję, Twój Konstanty.
Przejechała drżącymi palcami po karcie, ścisnęła ją do piersi, jakby obejmowała zmarłego męża. Minęło tyle lat, tyle się zmieniło. Prawie dwadzieścia pięć lat od śmierci Konstantego.
Konstancja siedziała na swojej starej kanapie przy oknie i wspomnienia kotłowały się w jej głowie. Ostatnio wysiadła kiedyś spotykała się z sąsiadkami przy sklepie, teraz tylko czasem wychodziła za furtkę, po zakupy i z powrotem.
Okna zasłonięte, skrzynka na listy pusta, w domu cisza. Ożywa dopiero, gdy Lubomira przyjeżdża z dziećmi. Ale to rzadko. Na komodzie stoi fotografia Konstantego z małą Lubomirą na rękach oboje uśmiechnięci.
Ach Konstanty, jak wcześnie mnie zostawiłeś samą mówiła do zdjęcia. Zupełnie sama zostałam.
W domu cisza. Raz na jakiś czas Tysio, jej kot, przerywa ją, skacząc z parapetu. Czasem głośno mruczy obok właścicielki. Konstancja nakarmiła Tysio, wypiła herbatę i uznała, iż dziś pora na zakupy. Weszła do pokoju, zerknęła na zdjęcie.
Piła herbatę, gdy ktoś zapukał do furtki.
Przypomniała sobie tamto popołudnie, kiedy Lubomira postawiła ją przed faktem wyjeżdża szukać biologicznej matki. Znowu przeżywała ten czas. Było cicho, ponuro. Konstancja siedziała w kuchni, parzyła herbatę, gdy ktoś zapukał w furtkę.
Włożyła buty, narzuciła chustę i wyszła na podwórko, otworzyła drzwi stała tam młodsza kobieta, oczy miała smutne.
Dzień dobry Pani Konstancja? drżący głos kobiety.
Tak, a kim pani jest?
Obca kobieta przestępowała z nogi na nogę.
Jestem matką Lubomiry no, tą drugą adekwatnie biologiczną Mam na imię Wiera Tak czy inaczej, już pani rozumie mówiła nieskładnie.
Konstancja poczuła zimny dreszcz niedawno Lubomira wyjechała, a tu jej biologiczna matka. Jak ją znalazła?
Czy coś się stało Lubomirze, skoro pani przyszła? Znaleźliście się
Wiera dygotała i mówiła szybko:
Lubomira leży w szpitalu W Białymstoku, coś z żołądkiem Szłyśmy przez park, nagle złapała się za brzuch i usiadła na ławce, zmarniały jej oczy, zadzwoniłam po pogotowie.
Stały, patrząc na siebie.
Lubomira od dawna mnie znalazła, tylko bała się pani o tym powiedzieć Wiera szlochała.
Ach, no co stoimy, chodźmy do domu ocknęła się Konstancja.
Nalała gorącej herbaty, Wiera usiadła przy stole i zaczęła opowiadać:
Byłam bardzo młoda, gdy urodziłam Lubę. Moi rodzice byli surowi, nakazali oddać dziecko. Narzeczony zniknął, gdy usłyszał o ciąży, a rodzice grozili, iż wyrzucą mnie na bruk. Podpisałam zrzeczenie się córki w szpitalu Całe lata żyłam z tym ciężarem Ale nie o tym teraz Lubomira bardzo prosiła, żeby pani do niej przyszła.
Konstancja gwałtownie wstała.
Czemu sama do mnie nie zadzwoniła?
Ukradziono jej torebkę, dokumenty. Kiedy wróciłam, już jej nie było.
Matko moja, biedna moja dziewczyna szeptała Konstancja.
Sama podała adres, powiedziała: Znajdź moją mamę
Obie milczały, spojrzenia spotkały się bez wrogości, tylko z troską i zmęczeniem.
Jedziemy powiedziała Konstancja, zamknęła dom, ruszyły.
Autobus jechał powoli. Początkowo milczały, potem zaczęły rozmawiać.
Też jestem sama westchnęła Wiera. Mój mąż zmarł trzy lata temu. Po Lubie nie miałam już dzieci. Wiem, los mnie ukarał Tak, to kara.
Czyli oprócz Lubomiry mamy tylko siebie powiedziała Konstancja.
Tak, mamy jedną córkę na dwie odpowiedziała smutno Wiera.
W szpitalu zapytano:
Do kogo państwo?
Do córki, Lubomiry Zielińskiej odpowiedziały razem.
Kim panie dla niej są?
Matką! zawołały razem, spojrzały na siebie i wybuchnęły śmiechem.
Dwie matki? No dobrze, proszę wejść
Bledziutka Lubomira leżała pod kroplówką. Gdy zobaczyła je, uśmiechnęła się promiennie.
Mamo i mamo wyszeptała.
Konstancja pierwszy pocałowała ją w czoło.
Cicho, cicho, córko, jestem przy Tobie a Wiera usiadła obok.
Teraz będzie dobrze, córko, nie jesteś sama poprawiła kołdrę, powiedziała Wiera.
Siedziały długo, rozmawiały o wszystkim.
Od tej pory Lubomira miała dwie matki. Potem pojawił się mąż i dwóch synów, a Konstancja i Wiera zawsze miały dla niej czas. Spotykają się razem choć rzadko.
Dziękuję za przeczytanie, za pamięć i dobre słowo. Niech wszystkim życie przynosi szczęście i spokój.

Idź do oryginalnego materiału