Jestem wykończona. I to nie jest jakaś abstrakcyjna, emocjonalna zmęczenie. To zmęczenie ma swoje korzenie w moim ciele, psychice i portfelu całkowite wyczerpanie od utrzymywania pod dachem dwójki dorosłych ludzi, którzy utkwiły w wiecznym trybie nastolatków. Mają ponad dwadzieścia lat, cieszą się doskonałym zdrowiem, noszą najnowsze modele telefonów, markowe ubrania, jedzą gotowe posiłki i mieszkają w domu, który przypomina hotel z pięcioma gwiazdkami.
Wstają zawsze po południu, schodzą do kuchni i sprawdzają, co można zjeść, a gdy coś im nie pasuje robią miny pełne niezadowolenia. choćby nie pytają, ile to kosztuje. Nigdy nie słyszę od nich dziękuję. Rzadko pomagają. Wciąż tylko czegoś wymagają.
Nie uczą się już od lat. Zaczynali różne kierunki na studiach, które porzucali, bo to nie dla nich. Kursy, których nie kończyli. Projekty, które skończyły się na samych rozmowach. Za każdym razem efekt był ten sam: wymówki, wyimaginowane zmęczenie, przeświadczenie, iż konsekwencje weźmie na siebie ktoś inny czyli ja. Nie pracują, bo nie mają nic odpowiedniego, ale choćby prostej pracy nie zechcą podjąć. Uważają, iż zaczynanie od zera to poniżej ich godności, ale nie wstydzą się żyć na cudzy koszt.
W tym domu nie płacą rachunków, nie uczestniczą w zakupach, choćby mydła nie kupią. Prąd, woda, internet, Netflix, telefony wszystko na mojej głowie. Gdy coś się zepsuje, dzwonią do mnie, ale nie po to, żeby naprawić, tylko po to, żeby mnie poinformować, iż coś się popsuło. Nigdy nie naprawiają sami. jeżeli są wyprane ubrania wiem, iż to ja je wyprałam. jeżeli jest obiad ja ugotowałam. jeżeli jest porządek to ja posprzątałam, jakby byli tu tylko na chwilę.
A mimo to krytykują. I mnie, i mój charakter, i rozkład dnia, i decyzje. Potrafią ironizować, kiedy jestem zmęczona lub chciałabym postawić im granicę. Szydzą z odpowiedzialności. Irydytują się, gdy wspominam o niezależności. Kiedy proszę, by chociaż posprzątali własne pokoje lub wyrzucili śmieci, nazywają mnie przesadną. Patrzą na mnie, jakby to był mój obowiązek, by zapewniać im wygodne życie.
Najboleśniejsze jest to, iż nie chodzi tu o brak możliwości tylko o brak woli. Oni się nie zgubili ale rozgościli na dobre. Przyzwyczaili się do komfortu, gdzie wszystko załatwia się samo, a nic nie kosztuje wysiłku. Dla nich matka to źródło, z którego można czerpać bez końca. Rodzinne pieniądze są dla nich rzeczą oczywistą, a nie wynikiem czyjejś pracy. A ja przez te wszystkie lata nieświadomie byłam współwinna, myląc miłość z cierpliwością.
Ale mam dość. Dziś uświadomiłam sobie, iż wychowanie nie polega na zatrzymaniu dzieci przy sobie na zawsze, a miłość nie polega na pozwalaniu, by ktoś cię wysysał z energii. Nie urodziłam dzieci po to, by hodować bezużytecznych dorosłych z wiecznymi roszczeniami. Nadmiar wygody dodaje rozleniwienia. Milczenie to też zła lekcja. jeżeli chcą dalej być leniwi, niech to robią z dala od mojej pracy, mojego domu i mojego spokoju. Macierzyństwo nie jest dożywotnią niewolą, a ja mam prawo odpocząć od dzieci, które nie zamierzają dorosnąć.












