Kiedy straciłam mamę, a tata pogrążył się w alkoholu, to ciocia Marysia – kobieta mojego ojca – stała się dla mnie prawdziwą drugą matką, dając mi dom, miłość i nowe życie w polskiej rodzinie

newsempire24.com 2 godzin temu

Kiedy miałam osiem lat, straciłam mamę. Mój tata, pan Rafał Nowak, nie radził sobie z tą stratą i coraz częściej zaglądał do kieliszka. W naszym domu w Krakowie bywało biednie, czasem nie mieliśmy choćby chleba. W szkole wstydziłam się prosić o pomoc, nauka szła mi źle, nosiłam znoszone ubrania, aż w końcu zwróciło to uwagę nauczycieli.

Pracownicy opieki społecznej kilka razy wizytowali nasze mieszkanie. Postawili tacie ultimatum miał przestać pić i zapewnić mi odpowiednie warunki, inaczej mógłby mnie stracić. Na szczęście tata wziął się w garść. Zrezygnował z alkoholu, zadbał o dom, a wizyty pań z opieki przestały być problemem.

Pewnego dnia tata wyznał mi, iż chciałby, żebym poznała pewną kobietę. Zaprowadził mnie do pani Marii Zielińskiej. Byłam nieufna, bo pamięć o mamie wciąż bolała, a myśl o nowej osobie w naszym życiu wydawała mi się nie do przyjęcia.

Ale kiedy zaczęłyśmy rozmawiać, poczułam jej serdeczność i spokój w głosie. Jej syn, Bartek, okazał się sympatycznym chłopakiem, rok starszym ode mnie. gwałtownie złapaliśmy wspólny język i razem zapisaliśmy się na lekkoatletykę w pobliskim klubie sportowym Cracovia. Tata odetchnął z ulgą, widząc, iż polubiłam panią Marię. Po kilku tygodniach przeprowadziłyśmy się do jej mieszkania przy ulicy Grodzkiej. Nasze własne mieszkanie wynajęliśmy, co dało nam trochę dodatkowych złotych.

Niestety, zanim tata mógł poślubić panią Marię, wydarzyła się tragedia. Zginął potrącony na przejściu na ulicy Dietla przez kierowcę, który był pijany. Dla urzędników pani Maria nie była ze mną spokrewniona, więc trafiłam do domu dziecka w Nowej Hucie. Na pożegnanie obiecała, iż zrobi wszystko, żebym jak najszybciej mogła wrócić.

I dotrzymała słowa. Po dwóch miesiącach wróciłam do jej domu, już jako jej opiekunka prawna. Te tygodnie spędzone w domu dziecka pokazały mi, jak bardzo doceniam rodzinne ciepło i troskę pani Marii. Dzięki niej odzyskałam wiarę w ludzi i poczucie bezpieczeństwa. Z Bartkiem byliśmy dla siebie jak rodzeństwo.

Dziś jesteśmy dorosłymi ludźmi, mamy własne domy i dzieci. Ale mama Maria bo tak ją nazywamy od lat wciąż jest dla nas najważniejszą osobą. Moja żona i żona Bartka nigdy nie nazywają jej teściową. Zawsze mówią do niej mamo Mario, doceniając jej mądrość i czułość. Gdy ktoś ją tak nazywa, w oczach Marii pojawiają się łzy szczęścia.

Zrozumiałam, iż rodzina to nie tylko więzy krwi, ale przede wszystkim serce, troska i gotowość poświęcenia. Czasem los odbiera nam najbliższych, by potem postawić na drodze anioła, od którego dostajemy nową szansę na prawdziwy dom.

Idź do oryginalnego materiału