Weronika dorastała w zamożnej rodzinie. Ojciec jej spełniał każdą zachciankę, ale prawie nie poświęcał jej czasu. Był właścicielem dużej firmy i całe dnie spędzał w pracy. Gdy wracał do domu, pojawiał się głównie po to, by odwiedzić swoje kochanki mówiło się, iż jedna z nich była choćby starsza od Weroniki o kilka lat.
Weronika wybrała pedagogikę na Uniwersytecie Jagiellońskim, choć jej ojciec upierał się, by została stomatologiem. Nie chciała jednak słuchać nakazów, więc postawiła na swoim.
Z biegiem lat Weronika odrzucała prezenty i pieniądze od ojca, utrzymując się tylko ze stypendium naukowego. Latem pracowała jako wychowawczyni na obozie dziecięcym pod Zakopanem, chociaż ojciec ofiarował jej luksusowe wakacje za granicą odmówiła, bo kochała dzieci. Tego pamiętnego wieczoru do ośrodka przyjechał autobus z dzieciakami z domu dziecka. Dzieci od razu rozbiegły się po drewnianej chacie, tylko jedna dziewczynka schodziła ostatnia, powoli, krokiem cienistego cienia. Była wychudzona, a oczy miała dorosłe, zamglone i smutne nie dziecięce.
Później dzieci żaliły się, iż w domku dziwnie pachnie, jakby coś się zepsuło. Weronika weszła do pokoju, by sprawdzić, co się dzieje. Odkryła, iż dziewczynka po kolacji chowała schabowe pod poduszką. Schabowe zaczęły się już psuć ich zapach przeniknął drewniane ściany.
Dziewczynka spojrzała na Weronikę z winą w oczach i powiedziała:
Te kotlety są dla mojego brata.
A gdzie on jest? zapytała Weronika.
W innym domu dziecka.
Po tym wyznaniu Weronika, jakby przez sen, sięgnęła po telefon i zadzwoniła do ojca, prosząc go o pieniądze.
Ojciec, zaskoczony prośbą córki, pomyślał: W końcu córka czegoś ode mnie chce czyżby wreszcie zapragnęła luksusu?
Po co ci tyle złotych, Weroniko? Chcesz sobie kupić nowe auto?
Nie, tato. Potrzebuję pieniędzy na jedzenie, jak najwięcej, dla dzieci z domu dziecka.
Ty zawsze byłaś dobra, Weronik… Ojciec się wzruszył i uśmiechnął się przez senne światło lampy.











