Mam 46 lat i jestem inżynierem budownictwa, choć w tym dziwnym śnie zamiast biura zdają się unosić wielkie skrzydła żurawi nad Warszawą i beton pachnie jak wiosenna trawa. Przez niemal dwadzieścia lat pracowałem w tej samej firmie budowlanejczas tam płynął jak Wisła, czasem spokojnie, czasem burzliwie. Dzień za dniem, plac po placu, podróże, które zamieniały się w labirynty pociągów i autobusów, gdzie zegarki i harmonogramy przestawały istnieć. Zawsze byłem sumienny i rzetelny, jednym z tych, którzy nigdy nie spóźniają się z wypłatą ani nie omijają obowiązków. Małżonka często mówiła, iż przy mnie niczego jej nie brak; to była prawda jak wiersz Szymborskiej. Mieliśmy własny dom na obrzeżach Krakowa, samochód, dzieci chodziły do prywatnych szkół, raz do roku wakacje nad Bałtykiem, lodówka pełna, wszystkie rachunki płacone zawsze na czas w złotówkach.
Ona, Krystyna, wyłącznie polska, z dyplomem pedagogiki przedszkolnej z Uniwersytetu Jagiellońskiego, przez pierwsze lata małżeństwa pracowała w szkole, ale kiedy pojawiły się dzieciWacław i Jagnapostanowiła zostać w domu. Zgodziłem się, wydawało się to naturalne jak śnieg w styczniu: ja zapewniam byt, ona dba o rodzinę. Wierzyłem wtedy, iż to wybór adekwatny i byliśmy zgranym zespołem.
Nasza codzienność była jak powtarzająca się melodia Chopina: wychodziłem przed siódmą rano, wracałem po siódmej wieczorem, zmęczony, z głową pełną terminów i budżetów, z duszą złożoną z map i planów. Krystyna czekała z kolacją, dzieci już czyste jak łzy, kuchnia pachniała barszczem, dom posprzątany. Opowiadała mi o swoim dniu, odpowiadałem zdawkowo; nie z braku serca, tylko z braku sił.
W weekendy chciałem odpoczywać; ona proponowała spacery po Plantach, plany rodzinne, rozmowy. Wolałem zostawać w domu, patrzeć w telewizor albo spać jak kamień. Gdy upierała się na rozmowy, mówiłem, iż nie warto szukać problemów tam, gdzie ich nie ma, iż mamy stabilność, o jaką wielu by zabiegało. Wśród znajomych i rodziny uchodziłem za dobrego mężalojalnego, pracowitego, wiarygodnego. Często ją chwalono, iż taki facet obok to skarb. Nieświadomie zaczęło mi się wydawać, iż to wystarczająco dużo.
Z biegiem lat Krystyna przestała prosić. Nie nalegała na wyjścia, nie kłóciła się, nie płakała. Sądziłem, iż jej milczenie to wyraz dojrzałości. Nie zauważyłem, iż budowała własny światodnawiała dawne przyjaźnie, podjęła pracę na pół etatu, dbając o siebie bardziej niż kiedykolwiek. Myślałem, iż znalazła sobie przestrzeń.
Pewnej nocy, po kolacji, poprosiła, żebyśmy pogadali. Była spokojna jak jezioro Wigry, bez pretensji i bez scen. Powiedziała, iż od lat czuje się samotna; iż jestem fizycznie obok, ale emocjonalnie daleko. Odpowiedziałem to, co zawsze: iż byłem dobrym mężem, nie zawiodłem jej, wszystko co mamy, mamy dla niej i dzieci.
Spojrzała na mnie śmiało i powiedziała słowa, które po dziś dzień kłują jak mróz:
Nie wątpiłam nigdy, iż jesteś porządnym człowiekiem. Wątpiłam, czy jesteś moim partnerem.
Nie było nikogo innego. Nie było zdrady. Było zmęczenie. Zabrała walizkę, kilka swoich rzeczy i zostawiła mi dzieci. Zostałem w tym samym wygodnym domu pod Krakowem, ale nagle poczułem się jak w pustej szafie.
Z czasem zaczęły do mnie docierać rzeczy, które śniły się po cichuże rzadko ją przytulałem bez jej inicjatywy, nie pytałem naprawdę, jak się czuje. Pomieszałem stabilność z miłością. Zapewniłem jej bezpieczeństwo, ale zabrakło mnie samego.
Dziś w dziwnym śnie jestem tym samym profesjonalistą, tym samym sumiennym człowiekiem. Dzieci mnie kochają. Nikt nie pokazuje mnie palcem. Ale są wieczory, gdy zastanawiam się, czy nie byłoby inaczej, gdyby byłem mniej wzorcowy, a bardziej obecny.
Bo już wiem coś, czego przez lata nie rozumiałem: nie wystarczy być dobrym człowiekiem, jeżeli nie potrafisz stać się kimś, kogo drugi potrzebuje.











