Nazywam się Wioletta, mam 68 lat i przez całe życie tkwiłam w przekonaniu, iż dla moich dzieci zrobiłam najlepiej jak umiałam. Jednak one dzisiaj patrzą na to inaczej.
Byłam samotną matką, choć wcale tego nie wybrałam. Mój mąż zniknął w biały dzień, zwyczajnie wyszedł i nigdy nie wrócił. Nie powiedział ani słowa, nie zostawił żadnego wyjaśnienia. Po prostu wypłynął gdzieś w świat, zostawiając za sobą pustą skorupę po naszym życiu i mnie samotną z naszymi dziećmi.
Później, ze słów ludzi usłyszałam prawdę odszedł z inną kobietą. Sam nigdy nie spojrzał im więcej w oczy, by cokolwiek wyjaśnić. Jakby wyparował z naszej rzeczywistości, aż do dzisiaj.
W tamtym czasie moja córka, Zuzanna, i mój syn, Marek, mieli 6 i 4 lata. Byli mali, zagubieni, a ja jeszcze bardziej. Nikogo nie miałam. Pochodzę z ubogiej wsi pod Lublinem. Są takie miejsca w Polsce, z których wychodzisz szukać szczęścia, a wracasz już inna bez zaplecza, bez wsparcia, bez numeru, pod którym możesz usłyszeć nie martw się.
Moje dzieci nigdy nie zarzuciły mi, iż nie miały co jeść lub gdzie spać. Starałam się, żeby zawsze był choć kawałek chleba i dach nad głową choć czasem to wszystko, co miałam. To, czego nie mogę im oddać do dzisiaj, to emocje. Mam żal, bo przecież żyłam ze strachem, iż nie przetrwamy, a nie z okrucieństwa wobec nich byłam taka surowa.
Wychowano mnie w przekonaniu, iż miłość to poświęcenie, nie czułe słowa. Że dzieci trzyma się w ryzach, dla ich dobra.
Pracowałam w zakładzie krawieckim. Wybrałam tę pracę, bo pozwalała mi wracać do domu po południu mogłam wtedy sprawdzić, czy dzieci zjadły, przytulić je choć na chwilę lub poprawić poduszkę. Ale wieczorem wychodziłam na miasto, by sprzedawać domowe pierogi. Zaspana, na nogach z waty, ale przeganiał mnie głód dzieci. Tak, podwójny etat sprawił, iż jakoś się trzymały na nogach.
Było mnie fizycznie dużo, ale emocjonalnie jakby mnie czasem nie było wcale. Bywały dni, kiedy wracałam do domu roztrzęsiona nerwami, bez ochoty na słuchanie płaczu. Mówiłam dzieciom, by nie przesadzały, kiedy płakały. Gdy chciały moją uwagę odpowiadałam im poleceniami. Gdy coś zrobiły źle, naprawiałam, zamiast otoczyć pociechą.
Nie byłam czułą matką. Byłam wymagająca i zimna.
Przyszły czasy, gdy wszystko się rozpadło. Mieszkaliśmy wtedy w wynajętym pokoiku ledwo starczał na trzy łóżka. Bez ojca w domu i jednym dochodem nie wystarczało. Musiałam wybierać zapłacić czynsz, czy kupić jedzenie? Zawsze wybierałam chleb dla nich.
Spóźniłam się z opłatami. Raz, drugi, aż pewnego dnia wypraszono nas z mieszkania. Do dziś pamiętam ten dzień dziwaczny, jak senny cień. Szliśmy z dziećmi i kilkoma siatkami w rękach do sąsiadki, która pozwoliła nam przespać się na podłodze w swoim pokoju. Byłam wdzięczna, iż nie trafiliśmy na ulicę.
Zuzanna i Marek byli za mali, by zrozumieć. Ja rozumiałam wszystko wstyd, lęk, upokorzenie, skrajne zmęczenie.
Sąsiedzi, widząc naszą biedę, zrzucili się po kilka złotych i wynajęłam jeszcze mniejszy pokoik w starej kamienicy z podwórzem. Było bardzo ciasno, ale czuliśmy się bezpieczniej.
Dzieci pamiętają krzyki za ścianą, ja nieprzespane noce. Dzieci wspominają zimno i milczenie, ja walkę o przetrwanie. Dzieci mają w pamięci strach, ja desperacki upór, by nie upaść na dno.
A jednak udało mi się je wychować. Chodziły do szkoły. Skończyły edukację. Dziś moja Zuzanna i Marek mają już własne rodziny i życie, którego nie muszą się wstydzić. Ale patrzą na mnie teraz jakby inaczej.
Pytają, czemu nigdy nie pytałam jak się czują. Czemu nie stanęłam po ich stronie, gdy ktoś ich zranił. Czemu wszystko wydawało się ważniejsze od nich samych. Troszczyłaś się o nas, mamo, ale nie przytulałaś nas powiedziała mi kiedyś Zuzanna. Zabolało mnie to bardzo, jakby chłodny wiatr przeniknął mi do kości.
Przecież to nie była kwestia braku miłości. Zabrakło mi umiejętności. Nigdy mnie nie nauczono delikatności. W domu, z którego wyszłam, uczono mnie tylko, jak przetrwać, nie czuć.
Odkąd są dorośli, coraz rzadziej przyjeżdżają. Mają dzieci, obowiązki, własne życie. Mówią, iż są zapracowani i pewnie to prawda, ale to nie cała historia. Pewnego dnia, nie zdając sobie sprawy jak to zaboli, oboje wyznali mi, iż ich żony są inne niż ja bardziej cierpliwe dla dzieci, cieplejsze, częściej obecne.
Nie mówili tego z wyrzutem. Raczej jakby tłumaczyli coś sobie. Ja jednak usłyszałam wyrok zbudowali dla swoich dzieci to, czego im zabrakło. I poczułam, jakbym była oceniana nie tylko jako matka sprzed lat, ale i przez pryzmat matek, które dziś mieszkają pod ich dachem.
Może mają rację życie uczyniło mnie twardszą, gorzką. Zmęczenie wypaliło mój głos, skrępowało gesty. Dzisiaj to moje dzieci są moimi sędziami, bo mają już słowa, by mówić o tym, co w dzieciństwie tłumili w milczeniu.
Słucham ich, choć boli. Choć zderza mnie to z samą sobą. Choć przez to czuję się jak ktoś malutki. Nie piszę tego, by się tłumaczyć. Byłam matką, która nie umiała być czuła. Popełniłam błędy dziś już to rozumiem, chociaż za późno.
Wiem jednak coś jeszcze dałam z siebie wszystko, co wtedy umiałam. Kochałam, jak mnie nauczono. Nie można dać tego, czego samemu się nie dostało.
Może kiedyś, patrząc przez czas i sny, zobaczą we mnie nie tylko błędy, ale i całą matkę. A może nie.
Być matką nie znaczy być doskonałą. To znaczy kochać, choćby gdy nie umiesz tego dobrze okazać. I choć dzisiaj patrzą na mnie przez pryzmat swego żalu, mam nadzieję, iż Bóg patrzy na mnie po matczynemu z litością, ze zrozumieniem i taką miłością, która leczy, nie karze.











.jpg)


