Moi rodzice obiecali, iż jeżeli zostanę mamą, przekażą nam dużą sumę pieniędzy. Z czasem jednak z mężem odkryliśmy, iż padliśmy ofiarą oszustwa.

polregion.pl 6 godzin temu

Jestem jedyną córką, tak przynajmniej twierdziła moja mama iż długo na mnie czekali, ale chyba nigdy mnie naprawdę nie pokochali. Pamiętam, jak miałam dwadzieścia trzy lata i byłam w piątym miesiącu ciąży. Wtedy zaczęły mnie nachodzić dziwne myśli czy na pewno jestem ich prawdziwym dzieckiem? Moi rodzice są już po siedemdziesiątce, jakby z innej epoki: siedzą przy radiu, wpatrują się w okno, a dookoła stale unosi się aromat starego chleba i zupy pomidorowej. Jesteśmy jak zaklęci w wynajętej kawalerce na Pradze, gdzie czasem nocą słyszę odgłosy tramwajów, a ściany też jakby szepczą o naszych problemach.
Z mężem, Bartoszem, oboje próbujemy studiować i pracować ja na filologii polskiej, on na politechnice. Jednak kasa zawsze ucieka jak woda spomiędzy palców. Kiedyś dwa razy prawie nas wyrzucili z mieszkania za zaległy czynsz musieliśmy pożyczać złotówki od przyjaciół ze studiów, oddając je potem w jakimś nieprzytomnym rytmie, który prześladuje mnie często w snach. Nasze długi rosną, a w lodówce leży stary ser i kilka ziemniaków. Czasem rodzice przynoszą nam siatkę pomarańczy albo kawałek kiełbasy, byśmy nie padli z głodu. Chcieli bardzo, żebyśmy wzięli ślub więc rok temu, jakbyśmy śnili na jawie, poszliśmy do urzędu stanu cywilnego na Marszałkowskiej i powiedzieliśmy sobie tak, patrząc na zasłony w kolorze buraczkowym. Mama potem często przebąkiwała o wnukach, jakby szukała ich na dnie talerza.
Moja mama powtarzała mi, iż jeżeli natychmiast nie pojawi się dziecko, zostanę starą matką taką jak ona, która rodziła długo po wszystkich sąsiadkach. Ale my z Bartoszem nie byliśmy gotowi, baliśmy się odpowiedzialności i tych wszystkich wydatków, które przykucają pod łóżkiem nocą jak strachy. Wtedy, zupełnie niespodziewanie, rodzice zaproponowali nam układ, który brzmi jak dziwaczny żart: jeżeli urodzę wnuka, dostaniemy od nich tyle pieniędzy, by kupić dom za miastem, gdzie drzewa śnią o dawnych czasach. Rodzice przenieśliby się wtedy do tej wiejskiej chatki w Kurpiach, a nasze stare mieszkanie w Warszawie stałoby się nasze własne. Rozważaliśmy to długo przy kuchennym stole, gdzie choćby herbata smakowała dziwnie. W końcu zgodziliśmy się wybawienie z problemów, dach nad głową, trochę pieniędzy na nowy początek. Mama zapewniała, iż przejmie się opieką nad dzieckiem, żebym mogła skończyć studia.
Obiecano nam też, niczym w bajce, pieniężne wsparcie, ubranka dla noworodka i wszystko, czego potrzebujemy. Ale rzeczywistość była jak rozlany atrament. Nic nie przyszło ani grosza, ani pampersa, ani choćby nowej czapeczki. Mama dzwoniła co chwilę, pytała o wyprawkę, a ja śniłam o tym, iż rodzę w pokoju pełnym pustych szuflad. Sugerowała, iż Bartosz powinien dorabiać jeszcze w nocy, choć ledwo dawał radę na dwóch etatach. Przypominałam jej o obietnicach, ale mama odpowiadała, iż nic takiego nie mówiła, i kpiła z naszej nieudolności, nazywając nas gamoniami.
Gdy urodziła się nasza córka, którą nazwaliśmy Jagodą, rodzice nagle wrócili do tematu pieniędzy, ale wtedy już rozumieliśmy z Bartoszem, iż nie ma sensu czekać na cud. Samodzielnie wzięliśmy kredyt, kupiliśmy małe mieszkanie niedaleko Parku Skaryszewskiego. W snach ciągle gubię się w korytarzach tych wszystkich mieszkań i szukam dziecięcych ubranek, które nigdy nie zostały przyniesione. Teraz śnimy już tylko o swoim spokoju i własnej przyszłości.

Idź do oryginalnego materiału