Mam na imię Wioletta. Od zawsze byłam jedyną córką moich rodziców, choć ponoć długo mnie wyczekiwali, nigdy nie czułam się przez nich naprawdę kochana. Sytuacja w naszym domu zawsze była trudna. Moi rodzice mają już ponad siedemdziesiąt lat. Wciąż mieszkamy razem wynajmujemy ciasne mieszkanie w jednym z bloków na obrzeżach Krakowa. Pieniędzy zawsze brakuje. Razem z mężem, Markiem, jeszcze studiujemy i jednocześnie pracujemy na pół etatu, żeby starczyło choć na rachunki. Niestety, nie udaje nam się choćby tego dwukrotnie groziła nam eksmisja z powodu zaległości w czynszu i musieliśmy pożyczać pieniądze od przyjaciół. Wpadliśmy przez to w długi. Często nie stać nas choćby na podstawowe zakupy, a czasem tylko rodzice wspierają nas jedzeniem, choć sami nie mają wiele.
Rodzice bardzo naciskali, żebyśmy się pobrali adekwatnie to dla nich rok temu podpisaliśmy papiery w urzędzie na Rynku Głównym. Odtąd wciąż słyszę od mamy, iż musimy mieć dziecko, bo ona także urodziła mnie późno i nie chce, żebym powtarzała jej błąd. Mimo presji nie czuliśmy się gotowi na dziecko rozsądek podpowiadał, iż to za duża odpowiedzialność finansowa. Ale wtedy mama z tatą zaskoczyli mnie propozycją. Obiecali, iż jeżeli urodzę dziecko, dostaniemy od nich dużą sumę na tyle dużą, iż wystarczyłoby na zakup małego domu gdzieś pod Wieliczką, gdzie sami mogliby się wprowadzić na starość, zostawiając nam mieszkanie w Krakowie. Przekonywali, iż to win-win: przestaniemy martwić się opłatami za wynajem, a resztę pieniędzy moglibyśmy wydać na siebie. Mama zapewniała, iż zajmie się wnuczką lub wnuczkiem, abym mogła skończyć studia.
Dodatkowo obiecywali finansowe wsparcie i pomoc w zakupie wszystkiego, czego będziemy potrzebować dla dziecka i mnie. Ale rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Z obietnic nie spełnili zupełnie niczego choćby jednej paczki pieluch nie zobaczyłam. Mama dzwoniła regularnie w czasie mojej ciąży i pytała, czy wszystko przygotowane na poród, a ja nie miałam pieniędzy choćby na podstawowe śpioszki dla dziecka. Sugerowała Markowi, żeby wziął trzecią pracę. Kiedy przypominałam o ich obietnicach, zaprzeczała, by kiedykolwiek padły takie słowa, a nas nazywała lekkomyślnymi.
Gdy w końcu urodziła się nasza córka, Jagoda, moi rodzice nagle zaczęli znowu mówić o tych pieniądzach. Ale my z Markiem podjęliśmy wtedy decyzję: nie będziemy już prosić ich o nic. Postanowiliśmy kupić mieszkanie na własną rękę, choćby jeżeli będzie to oznaczać kolejne lata zaciskania pasa. Zrozumieliśmy, iż nigdy nie mogliśmy liczyć na rodzinę bardziej niż na siebie nawzajem.










