Wychowywałam się w licznej rodzinie na polskiej wsi, jako druga najstarsza spośród dziesięciorga rodzeństwa. Od najmłodszych lat spoczywały na mnie liczne domowe obowiązki gotowanie, pranie, opieka nad młodszymi braćmi i siostrami, praca w ogrodzie czy doglądanie bydła. Byłam wtedy tak zmęczona, iż nieraz zasypiałam z głową ledwie dotykającą poduszki. Gdy stałam się pełnoletnia, rodzice zaczęli naciskać na moje zamążpójście, uważając mnie za dodatkową buzię do wykarmienia, którą należałoby już wydać.
Nie zważając na moje uczucia, zaaranżowali mi ślub z dwudziestosiedmioletnim Piotrem, który mieszkał w Krakowie wraz ze swoją sparaliżowaną babcią. Po weselu przeniosłam się do nich i gwałtownie zorientowałam się, iż moje życie kilka się zmieniło tyle iż teraz musiałam poświęcać się opiece nad jego babcią zamiast opiekować się rodzeństwem. Piotr został żywicielem rodziny, ale na co dzień traktował mnie źle krzyczał i obrażał mnie bez powodu. Po pół roku babcia Piotra zmarła i zostaliśmy już tylko we dwoje.
Niedługo potem urodziła się nasza córka i syn. Podczas gdy córka okazywała mi wiele czułości, syn przejął chłód i szorstkość ojca wobec mnie. W najtrudniejszych chwilach pocieszenie dawała mi nowa pasja, o której usłyszałam w telewizji wyrób świec domowym sposobem. Postanowiłam zamienić to w mały biznes, inwestując w sprzęt całe swoje oszczędności. Piotr wyśmiewał mój pomysł, ale świeczki zyskały popularność i niedługo zaczęłam zarabiać własne złotówki.
Z biegiem lat dzieci podrosły. Córka wciąż okazywała matczyne serce, za to syn naśladował wyniosłość ojca. Mój świecowy interes kwitł, a oszczędności rosły. Pewnego dnia, gdy Piotr zaczął kpić ze mnie, bo sprawiłam sobie prostą spódnicę, doznałam olśnienia. Uświadomiłam sobie, ile już zniosłam.
Dzieci miały wówczas około trzydziestu lat, a ja jeszcze nie dobiłam pięćdziesiątki. Zebrałam swoje pieniądze, wynajęłam nieduże mieszkanie w Katowicach, złożyłam pozew o rozwód i zaczęłam rozwijać interes na własną rękę. Pragnęłam spokoju, życia bez ciągłego poniżania. Nie było we mnie ani cienia wrogości, a tylko zwykłe pragnienie lepszego bytu i godności na resztę dni.











