Mój mąż – król kanapy, a sąsiad – prawdziwy bohater. Dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe?

newsempire24.com 1 tydzień temu

Mam męża, który jest królem kanapy, a sąsiad to prawdziwy bohater. Dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe?

Mam zaledwie dwadzieścia osiem lat. Mój mąż — trzydzieści siedem. Jesteśmy młodą rodziną z dwójką wspaniałych dzieci. Mimo, iż żyjemy w XXI wieku, czasami czuję się, jakbyśmy wrócili do głęboko PRL-owskiej przeszłości. Dla mojego Andrzeja wszystko jest po staremu: mężczyzna musi zarabiać, a kobieta gotować i wynosić śmieci. Czy to nie brzmi absurdalnie?

Kiedy się pobraliśmy, miałam nadzieję, iż będziemy partnerami — w życiu, w codziennych obowiązkach, w opiece nad dziećmi. Że nikt nie będzie przypinał etykietek w stylu „to nie jest męska praca” albo „poradzisz sobie sama”. Ale niestety mój Andrzej uważa, iż to poniżej jego godności, by wziąć do ręki ścierkę czy chociażby włączyć pralkę. Nie ma nic przeciwko odkurzeniu raz w miesiącu, jeżeli się go mocno poprosi. Ale ugotować dzieciom śniadanie? To jest poza jego zrozumieniem, jakby patelnia miała go ugryźć.

I na tym tle nie mogę nie wspomnieć o człowieku, który budzi we mnie prawdziwy podziw. Sąsiad. Tak, zwykły facet, który mieszka w tej samej klatce schodowej. Nazywa się Kamil.

Kamil i Basia to młoda para, około trzydziestki, mieszkają piętro wyżej. Basia to przedsiębiorcza i pewna siebie kobieta. Pracuje w dużej międzynarodowej firmie, zajmuje wysokie stanowisko i jeździ luksusowym samochodem. Zawsze elegancka, pewna siebie, aktywna.

Kamil natomiast jest w tej chwili bez pracy. I wiecie, czym się zajmuje? Jest… po prostu wspaniałym ojcem i mężem! Gdy urodziło im się dziecko, nie popadł w depresję ani nie zaszył się przed telewizorem. Poszedł… na urlop tacierzyński! Tak, dokładnie on.

I nie wyobrażacie sobie, jak on sobie z tym radzi! Codziennie rano spaceruje z wózkiem, potem gotuje kaszki, pierze dziecięce ubranka, sprząta, przygotowuje obiad. Jest jak superbohater w domowym fartuchu. A dziecko w jego oczach to szczęście. Kamil choćby nie marzy o tym, by być gdzie indziej — on po prostu żyje dla swojej rodziny.

A Basia, wracając z pracy, zawsze idzie do niego z uśmiechem. Patrzę na nich i nie mogę powstrzymać uczucia zazdrości. Są jak z obrazka o szczęśliwym małżeństwie: zakochani, szanujący się nawzajem, wspólnie podejmujący wszystkie decyzje — od pieluch po wakacyjne plany.

Kiedy pewnego razu zobaczyłam, jak myje podłogę, nucąc coś dziecku w kołysce, ścisnęło mi się serce. Nie dlatego, iż mój mąż jest zły. Ale dlatego, iż nie chce być taki. Uważa, iż prawdziwemu mężczyźnie nie przystoi zajmować się domem.

Czasami daję Andrzejowi do zrozumienia: spójrz, jak Kamil spaceruje z synem, albo jak gotuje kolację. A on tylko mruczy pod nosem: “Niech sobie będzie, skoro mu się nudzi”. Albo: “Basia niedługo go zostawi — takie pantoflarze się nudzą”. I chce mi się krzyczeć.

Śmieszne i smutne: czy troska jest oznaką słabości? Czy miłość wyraża się tylko w opłacaniu rachunków?

Wiem jedno, nie marzę o tym, żeby Andrzej gotował wyszukane zupy czy haftował poduszki. Chcę tylko, żeby od czasu do czasu powiedział: “Dam radę, odpocznij”. Albo raz w tygodniu zaskoczył mnie śniadaniem do łóżka. Albo po prostu wziął młodsze dziecko na ręce i powiedział: “Idź, zdrzemnij się”. Ale nie. On uważa, iż to zadanie kobiety. A on jest żywicielem.

Dlatego, kiedy widzę Kamila, mam ochotę bić brawo. Nie za to, iż jest lepszy od mojego męża. Ale za to, iż jest inny. Za to, iż potrafi kochać czynem, a nie słowem. Za to, iż nie boi się być „innym”, niż mu to wpojono w dzieciństwie. Za to, iż miał odwagę — być po prostu dobrym człowiekiem.

Może mój Andrzej kiedyś zrozumie, iż miłość to nie tylko zarabianie pieniędzy. Że szczęście kobiety to nie tylko kwiaty na Dzień Kobiet, ale uwaga każdego dnia. A tymczasem modlę się, by moje dzieci miały takiego ojca, jakim stał się Kamil dla swojego syna.

Bo prawdziwa męskość to nie siła rąk, a siła serca. I tego, niestety, nie każdego nauczono.

Idź do oryginalnego materiału