Moja matka była przyjaciółką żonatego mężczyzny, od którego się urodziłem.

polregion.pl 12 godzin temu

Pamiętam, iż moja matka, Zofia, była przyjaciółką pewnego żonatego mężczyzny, od którego przyszedłem na świat. Już od wczesnych lat nie mieliśmy stałego dachu nad głową wiecznie przemieszczaliśmy się, wynajmując kolejne mieszkania w różnych dzielnicach.

Gdy miałem pięć lat, Zofia poznała kolejnego mężczyznę i postanowiła z nim zamieszkać, ale on postawił warunek: przyjmie ją tylko wtedy, gdy będzie sama. Bez namysłu oddała mnie temu człowiekowi, wprowadzając mnie do domu przyszłego ojca i zostawiając wszystkie niezbędne dokumenty w jego rękach. Zadzwoniła pod drzwi, usłyszała dźwięk otwieranej wkładki i pobiegła, a ja stałem tam, sam i zdezorientowany.

Drzwi otworzył Jan, mój przyszły ojciec, i zaskoczony zobaczył mnie w progu. Od razu zrozumiał, kim jestem, i wprowadził mnie do swojego mieszkania. Jego żona, Bogna, przyjęła mnie serdecznie tak samo jak ich dwoje dzieci, córka Jagoda i syn Piotr. Jan początkowo chciał oddać mnie do domu dziecka, ale Bogna nie pozwoliła, twierdząc, iż nie jestem winny niczyjemu przewinieniu. Była niczym święta opiekunka.

Najpierw wciąż czekałem na swoją biologiczną matkę, licząc, iż niedługo wróci po mnie. Z czasem przestałem i zacząłem nazywać Bognę mamą. Jan nie darzył żadnego ze swoich potomków ciepłymi uczuciami, a mnie uważał za zbędny ciężar. Mimo to utrzymywał mnie i resztę rodziny, choć sam był człowiekiem despotycznym. Gdy wracał do domu, chowaliśmy się w pokoju dziecięcym, starając się nie wpaść w jego wzrok. Żona nie mogła uciec od władczego małżonka on nigdy nie oddałby jej dzieci. Dlatego latami znosiła jego kaprysy i wybuchy gniewu, ucząc się go unikać oraz łagodzić, kiedy trzeba. Chroniła nas przed krzykami i kłótniami, a w domu panowała cisza; znaliśmy jego rozkład i nie prowokowaliśmy go. Nie potrzebowaliśmy niczego, a Bogna dawała nam podwójną miłość i troskę.

Lekarz ze Wrocławia podzielił się ze mną sztuczką, która przywracała wyraźny wzrok. Gdy Jan w końcu odszedł do kolejnej kochanki, odetchnęliśmy z ulgą. Byliśmy już prawie dorośli Jagoda i Piotr kończyli szkołę, a ja, będąc w ich wieku, przygotowywałem się do egzaminów maturalnych. Trójka przyszłych absolwentów wzajemnie się wspierała, pomagając sobie w nauce. Każdy marzył o przyjęciu na prestiżowy uniwersytet. Jan, choć nie był czuły, obiecał i dotrzymał, iż sfinansuje nasze studia. Ukończyliśmy więc wymarzone kierunki.

Pewnego dnia Jan zmarł, pozostawiając po sobie dobre dziedzictwo. Jego ostatniej kochance nic nie przypadło nie zdążyła go poślubić. My zostaliśmy właścicielami jego firmy i kont bankowych. Rozwijaliśmy interes, aż nadszedł moment, by otworzyć oddział za granicą. Postanowiliśmy, iż to ja poprowadzę nowy oddział.

Zaproponowałem zabranie ze sobą naszą matkę Zofię, która zasługiwała na wyjazd do cieplejszego kraju. Jagoda i Piotr poparli mój pomysł. W dniu wyjazdu nagle pojawiła się moja biologiczna matka. Rozpoznałem ją od razu; jej twarz utkwiła się w mojej pamięci dziecięcej na długie lata. Zrozpaczona, odzyła się: Synu, jestem twoją prawdziwą matką! Czy naprawdę mnie zapomniałeś? Stałeś się już dorosły, a ja tak tęskniłam, martwiłam się, jak żyjesz. Chodźmy żyć razem!.

Zostałem zdumiony jej bezczelnością: Oczywiście cię pamiętam! Pamiętam, jak uciekłaś z drzwi, zostawiając mnie małego i samotnego. Nie jesteś dla mnie matką. Moja prawdziwa mama wyjeżdża ze mną, a ciebie choćby nie chcę znać. Odwróciłem się i odszedłem, nie żałując tego kroku.

Zofia, która nie bała się przyjąć dziecko męża z innej kobiety, wychowała mnie w miłości i czułości. Była przy mnie, gdy chorowałem, przy mnie, gdy po raz pierwszy złamało się mi serce, uspokajała po kłótniach z przyjaciółmi, uczyła, wybaczała moje wygłupy i znosiła nastoletnie kaprysy, nigdy nie przypominając, iż nie jestem jej biologicznym synem. Dla niej stałem się synem, a ona matką. Nie miałem innej.

Wyjechaliśmy razem do innego kraju. Tam poznałem przyszłą żonę, a Zofia od razu jej się spodobała; utrzymywały ciepłe relacje. Matka nie stanowiła przeszkody w moim życiu osobistym, wręcz odważyła się zbudować własne szczęście. Znalazła miłego mężczyznę, a ja byłem jedynie świadkiem jej radości. Zasłużyła na swoje szczęście. Dziś Zofia dużo podróżuje, często odwiedza dzieci i wnuki. Gdy patrzę w jej radosne oczy, rozumiem cieszę się, iż jest w moim życiu. Jest moim aniołem stróżem.

Idź do oryginalnego materiału