Moja synowa choćby nie ukrywa, iż mnie nie znosi. Zadzwoniła i oskarżyła mnie o próbę zniszczenia jej małżeństwa z Adamem.
Wyobraźcie sobie: synowa choćby nie stara się udawać, iż choć trochę mnie lubi! Rzuca mi to w twarz przy każdej okazji, nie krępując się ani trochę. I co najgorsze — mój syn o tym wie! Oto ja — sześćdziesięcioletnia kobieta z małego miasteczka pod Krakowem, która marzyła o byciu kochającą matką i teściową, otoczoną ciepłem i szacunkiem. Zawsze wiedziałam, iż wychowywanie jedynego dziecka to ryzykowna sprawa. Nie można stawiać wszystkiego na jedną kartę, ale kto by pomyślał, iż przybierze to taki koszmarny obrót?
Moja synowa, Ania, od samego początku wydała mi się zbyt porywcza, zbyt energiczna, niczym nieznośna burza. Gdy Adam, mój syn, po raz pierwszy przyprowadził ją do domu, poczułam chłód, patrząc w jej ciemne, przeszywające oczy. Wydawało się, iż skanuje każdy szczegół, każdą moją zmarszczkę, każdy kąt naszego salonu. Intuicja szeptała: „Uważaj”, ale zignorowałam to. Myślałam, iż to tylko nerwy, i postanowiłam zaakceptować dziewczynę, którą mój syn wybrał na żonę. Co mogło pójść nie tak podczas pierwszego spotkania z przyszłą synową? Jakże się myliłam!
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to jej wyniosłość. Czytałam w czasopismach, iż jednym z objawów toksycznej osoby jest nieuprzejmość wobec tych, którzy są niżej w hierarchii. choćby w moim wieku wierzę w takie rzeczy. Tamtego dnia siedzieliśmy w kawiarni, a Ania zaatakowała kelnera, jakby był jej chudym jeleniem. Jej deser, jak stwierdziła, wyglądał „nieapetycznie” i zażądała jego wymiany z takim tonem, jakby chłopak był jej osobistym służącym. Próbowałam ją usprawiedliwiać — może się denerwuje, może ma zły dzień. Ale teraz wiem: to był pierwszy sygnał, który zlekceważyłam.
Druga rzecz to jej wygląd. Przepraszam, iż o tym mówię, ale jej strój tamtego dnia był po prostu wyzywający. Głęboki dekolt, krótka spódnica — a raczej obcisły kombinezon, który ledwo skrywał ciało. Styl sportowy? Modna fanaberia? Nie wiem, co teraz jest na topie, ale to krzyczało o braku szacunku. Wiedziała, iż idzie poznać mnie, matkę swojego narzeczonego, i mogła wybrać coś skromniejszego, gdyby choć trochę mnie szanowała. Ale nie, nie obchodziło jej to.
Kiedy się pobrali i zaczęli wspólne życie, poczułam się samotna. Tęskniłam za moim jedynym synem, za jego radosnym śmiechem w naszych czterech ścianach. Miesiąc trzymałam się, nie dzwoniąc, nie wtrącając się w ich życie. Ale potem zaczęłam powoli wybierać numer — przecież to moje dziecko, moja krew, czy mam się za to tłumaczyć? Okazało się, iż Anię to irytowało. Nie ukrywała irytacji i choćby mówiła Adamowi przy mnie: „Odłóż słuchawkę, szkoda czasu w gadanie”. Stała obok, a ja wszystko słyszałam — każde jej słowo, ostre jak nóż.
Nie chciałam rozwodzić się nad skandalem, ale spotkałam się z Adamem w cztery oczy i zapytałam wprost: co się dzieje? Westchnął i opowiedział mi. Ania, jak się okazało, miała ciężką przeszłość: była w ciąży, chłopak ją zostawił, nie podejmując odpowiedzialności, a ona straciła dziecko. Po tym wszystkim jej psychika nie wytrzymała — musiała szukać pomocy u specjalistów. Adam zapewniał, iż Ania przeżywa stres, iż to tylko chwilowe, iż terapia psychologa wszystko naprawi. Ale ja widziałam inaczej: jej spojrzenie, jej porywczość — to nie tylko nerwy, to coś głębszego. I nie mogłam udawać, iż wierzę jego słowom.
A potem wybuchła burza. Kilka dni po naszej rozmowie Ania dowiedziała się, iż Adam rozmawiał ze mną o niej. I wtedy wybuchła. Telefon w środku nocy był dla mnie jak piorun z jasnego nieba. Krzyczała, obwiniała mnie o to, iż chcę zniszczyć ich małżeństwo, iż jestem złośliwą staruszką, marzącą o pozbyciu się jej. Jej głos trząsł się od wściekłości i zrozumiałam: ona kocha Adama, ale to miłość toksyczna, przerażająca jak pajęczyna. Jedynym promieniem światła w tym ciemnym tunelu były jej prawdziwe uczucia do niego. Ale to mnie nie pocieszało.
Adam mnie nie obronił. Nie rozumiem, dlaczego mój syn, mój chłopiec, którego wychowałam z taką miłością, nie może się jej przeciwstawić. Jest jakby pod jej władzą, pod jej spojrzeniem, które prowadzi go jak na smyczy. Nie jest dla mnie niegrzeczny, ale ciągle powtarza: „Mamo, jestem dorosły. Mam swoją rodzinę. Sam zdecyduję, kiedy zadzwonić, kiedy przyjechać”. Formalnie ma rację, ale widzę: to ona ustala zasady. To ona rządzi ich życiem.
Na marginesie, mieszkają w jej mieszkaniu — trzy pokoje, nowoczesny wystrój. Rozumiem, jak ważna jest własność w dzisiejszych czasach, zwłaszcza w mieście. Ale czy warto poświęcać więzi z matką dla czterech ścian? Czy metry kwadratowe są ważniejsze od krwi? Zadaję sobie te pytania, a serce ściska mi z bólu.
Wciąż mam nadzieję, iż czas wszystko poukłada. Może trzeba tylko poczekać, dać im szansę. Ale z każdym dniem coraz wyraźniej widzę: czas puścić. Zrobiłam swoje jako matka — wychowałam zdrowego syna, dałam mu skrzydła. A dalej — to jego ścieżka, jego wybór. I mimo wszystko w głębi duszy modlę się, by ta burza ucichła, byśmy znów stali się rodziną. Ale na razie stoję na obrzeżach ich życia, patrząc, jak mój syn zanurza się w jej świecie, i nie wiem, czy mam dość sił, by doczekać zmian…