Nowy semestr zaczął się na dobre. A razem z nim kolejna lista lektur. Dopiero co podczas ferii kończyliśmy jedną książkę, a już pojawiła się następna. Spis lektur na najbliższe miesiące przyprawia o zawrót głowy.
Rozmawiałam o tym ostatnio z jedną z mam podczas balu karnawałowego. Dzieci bawiły się w sali obok, a my zeszłyśmy na temat obowiązków szkolnych. A jak obowiązki, to – wiadomo – lektury.
"Nie musi czytać lektur obowiązkowych, ale inne książki już tak"
Wtedy ta mama powiedziała coś, co początkowo mnie bardzo zdziwiło.
– Wiesz co, ja nie zmuszam Patryka do czytania lektur. Chcę, żeby narodziło się w nim prawdziwe zamiłowanie do książek. A wiem, iż przez lektury może się do nich zrazić.
Potem wyjaśniła jeszcze, iż pozwala mu wybierać to, co chce czytać. Czasem to powieść science fiction, innym razem komiks. Najważniejsze, żeby książka kojarzyła mu się z przyjemnością, a nie z przymusem.
Dodała jednak, iż oczywiście omawiają fabułę obowiązkowych książek, żeby syn znał główne wątki i mógł między innymi zaliczać testy ze znajomości lektury. Bo to nie znaczy, iż ignoruje szkolne wymagania. Po prostu nie chce uczyć dziecka, iż czytanie to obowiązek, który trzeba "odhaczyć".
Przyznam, iż początkowo jej słowa mnie zszokowały, ale im dłużej o tym myślałam, tym bardziej jej argumenty zaczynały mieć sens.
Czy dzieci powinny czytać lektury?
To pytanie od lat wywołuje wiele emocji i sprzecznych opinii. Lektury od zawsze były dla wielu uczniów przykrym obowiązkiem. Część z nich jest pisana językiem, który dla współczesnego dziecka bywa trudny. Czasem same słownictwo jest tak archaiczne, iż dzieci nie rozumieją znaczenia niektórych słów. Inne poruszają tematy tak odległe od codziennych doświadczeń młodego czytelnika, iż ciężko mu się z nimi utożsamić i zrozumieć ich sens.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi o to, iż te książki są złe. Lektury to często klasyka literatury, ważna kulturowo i historycznie. Problem polega na tym, iż dla wielu dzieci pierwsze zetknięcie z czytaniem jako obowiązkiem szkolnym bywa doświadczeniem frustrującym. A, jak wiemy, pierwsze doświadczenia potrafią kształtować relację na lata.
Czy przymus zabija pasję?
Wszyscy wiemy, iż motywacja wewnętrzna działa silniej niż zewnętrzny przymus. jeżeli dziecko czyta, bo musi, bo będzie kartkówka albo dlatego, iż boi się złej oceny to z czym będzie kojarzył książki?
Jeśli natomiast czyta, bo chce, bo historia je wciąga, bo bohaterowie są mu bliscy, buduje w sobie nawyk sięgania po książki z potrzeby, nie z obowiązku.
Może jedno nie musi wykluczać drugiego?
Tak sobie myślę jeszcze, iż może rozwiązaniem wcale nie jest całkowita rezygnacja z lektur, ale zmiana podejścia? Może warto oddzielić te dwie rzeczy, czyli szkolny obowiązek od budowanie pasji do czytania?
Szkoła wymaga znajomości treści i to jest fakt. Ale dom może być (dla równowagi) miejscem, w którym książka jest przestrzenią wolności.
Doświadczenie czytania, które pomaga na kolejnych etapach
Dziecko, które może sobie wybierać, eksperymentować co chce czytać, staje się bardziej otwarte. Może czytać komiksy, fantastykę, książki przygodowe albo choćby magazyny czy gazetki dziecięce. Chodzi o samo budowanie nawyku obcowania z tekstem.
I jak spojrzymy na to od tej strony, może się okazać, iż sama pasja do czytania, które nie jest obowiązkiem, będzie ułatwiać "przebrnięcie" przez trudniejsze i bardziej wymagające pozycje? Jak myślicie?









