No cóż, akt małżeństwa to jednak coś więcej niż wspólne mieszkanie?
kpili ze mnie chłopaki
Ja na trzydziestolecie ukończenia studiów nie pójdę, potem będę miała doła.
Niech idą ci, co co roku chodzili, im choćby nie widać, jak się zmienili wrzasnąłem przez telefon do swojej jedynej przyjaciółki, Barbary.
A ty jak teraz wyglądasz, iż się boisz?
zdziwiła się Basia.
Przecież widzieliśmy się chyba z pięć lat temu i byłaś całkiem w porządku.
Tak bardzo przytyłaś czy co?
Nie o to chodzi, po prostu nie chcę i tyle, nie namawiaj mnie, Basia!
Już chciałem zakończyć rozmowę z nadzieją, iż Basia mnie zrozumie i zadzwoni do kogoś innego z listy.
Ale tym razem złapała mnie w żelaznym uścisku.
Przemek, już nas coraz mniej.
Co, ktoś umarł?
przestraszyłem się mimowolnie, bo choć nie uważam się już za młodziaka, to jednak za wcześnie jeszcze, żeby nasi rówieśnicy odchodzili w zaświaty.
Nie, no gdzie!
Po prostu niektórzy emigrowali.
Jedyny co zmarł, to Andrzej Kozłowski, jeszcze dwadzieścia pięć lat temu, młody zupełnie, przecież ci o tym mówiłam.
Więc przestań się wykręcać!
Spotyka się cały rocznik, cztery grupy, a tak naprawdę będzie nas może trzydzieści.
Ty już swojego syna ożeniłeś?
No to możesz się trochę rozerwać.
Basia jeszcze coś mówiła, a ja znowu pomyślałem o Andrzeju Kozłowskim.
Zawsze miał podkrążone oczy i taki ciężki wzrok, a chłopaki ze studiów mieli go za słabeusza.
A jednak Andrzej miał chore serce.
Był świetnym studentem, marzył, żeby wybudować w rodzinnym mieście piękny most wiszący, ale nie zdążył zrealizować swoich planów.
A ja co osiągnąłem?
Zakochałem się w Irenie, która pracowała jako brygadzistka na budowie, gdzie też trafiłem po dyplomie.
Pracowała u nas na zmianach, potem wracała do siebie.
Spotykaliśmy się długo, Irena choćby przed wszystkimi nazywała się moją żoną.
Mówiła, iż związek bez papierka to prawdziwa miłość.
Że ludzie żyją razem nie dlatego, iż mają akt ślubu, ale bo się kochają…
A kiedy dowiedziała się, iż będzie dziecko, tak się złożyło, iż Irena na kolejną zmianę już nie przyjechała.
Okazało się, iż ma trójkę dzieci, a żona jest poważnie chora.
Zrezygnowała z pracy przez osobiste sprawy, choćby mi nie powiedziała.
No a ja zrozumiałem, iż nie mogę niczego wymagać od matki trójki dzieci i ciężko chorej kobiety.
Też odszedłem z budowy, zanim ktoś się domyślił o co chodzi.
Oczywiście, na koniec ktoś z chłopaków rzucił żartem:
No to co, akt małżeństwa jednak lepszy niż wspólne mieszkanie?
Ale mi już wszystko było jedno.
Poszedłem pracować do spożywczaka koło domu, dzięki znajomej sąsiadce.
Dogadaliśmy się, iż będę pracował po dwa dni w tygodniu, choćby jak zostanę ojcem.
Moja mama zgodziła się siedzieć z Maćkiem, bo przecież syn taki nieudacznik i zmarnował taką dobrą pracę!
Sam mnie tak wychowałaś!
wykrzyczałem kiedyś do niej, gdy już nie dawała mi spokoju.
Myślałam, iż będziesz chociaż porządny!
Studia za dnia ci fundowałam, żebyś miał lepiej, a ty, Przemek, nieudacznik!
wykrzykiwała matka.
Jakie drzewo, takie jabłka, mamo odparłem i zaraz tego pożałowałem…
Potem się przytuliliśmy i popłakaliśmy razem ale adekwatnie po co?
Na co to wszystko…
Dlatego gdy Basia dzwoniła po pięciu latach od skończenia studiów i zapraszała na spotkanie, oczywiście nie poszedłem.
O czym miałbym z nimi rozmawiać?
Oni będą o rodzinie, o pracy, pokazywać sobie zdjęcia, a ja myję podłogi na trzech etatach w bloku, w szkole, i w przedszkolu.
O czym ja z nimi pogadam?
A adekwatnie oni ze mną…
Dla Maćka byłem gotów na wszystko, on był moim całym światem.
Tym bardziej iż matka, kiedy syn poszedł do przedszkola, stwierdziła, iż swoje zrobiła i wyjechała do siostry na wieś niby iż źle się czuje w mieście i musi odpocząć na świeżym powietrzu.
Parę lat później niespodziewanie dopisało mi szczęście zatrudnili mnie w końcu w zawodzie, na pół etatu!
Maciek akurat poszedł do szkoły, więc wszystko dawałem radę ogarnąć, choćby odbierałem go po lekcjach z zajęć świetlicowych, a wszyscy mu tego zazdrościli.
Potem zaczął się mną interesować kolega z pracy, ale od razu uciąłem sprawę mam syna, nie potrzeba mu obcego faceta w domu.
Ojca nikt mu nie zastąpi, tylko by były kłopoty.
Nieoczekiwanie dobrze sobie radziłem, jak Maciek podrósł, zacząłem nieźle zarabiać i przeszedłem na cały etat jako inżynier.
A mimo to ciągle czułem się wart mniej.
Nawet z wyglądu.
Zawsze schludny, skromnie ubrany, bez farbowania włosów, po czterdziestce i tak sędziwa siwizna wyszła.
Miałem wrażenie, iż nie zasługuję na szczęście skoro byłem z zamężną i niemal rozbiłem rodzinę trojga dzieci.
Nie powinienem stroić się, farbować, rzucać w oczy bo jeszcze ktoś znowu się mną zainteresuje.
W szczęśliwe zakończenia już nie wierzyłem.
Wokół sami rozwodnicy, a ja wcale nie jestem od nich lepszy…
jeśli nie gorszy.
Maciek wyrósł na wspaniałego chłopaka, moja ofiarność go nie zepsuła.
Jeździł na wakacje na wieś do babci Iryny i jej siostry Zofii, pomagał we wszystkim.
Kopał grządki, sadził razem z babkami ziemniaki, buraki, marchewkę.
Chwasty wyrywał, podlewał, a jesienią pomagał wykopać kartofle i zamykać słoiki z przetworami.
Od małego był silny, rąbał drewno, układał je w drewutni, inne dzieci we wsi mu zazdrościły.
Matka w końcu zaczęła mówić, iż to szczęście, iż mam takiego synka, a dla niej i samotnej jej siostry najukochańszy wnuk…
No i co mi po kawie z kolegami ze studiów z okazji trzydziestolecia…
Wszystkie te myśli przemykają mi przez głowę w sekundę.
I nagle słyszę, jak Basia powtarza uparcie:
No to pamiętaj!
Kawiarnia naprzeciw akademika, w piątek o piętnastej.
Przyjdź, choćby dla mnie, łatwiej pogadać, a też nie mam z kim.
Słyszę, jak jej głos drży, i sam nie wiem, czemu się zgadzam:
Dobrze, przyjdę…
Odłożyłem telefon na stół i od razu tego pożałowałem.
Podszedłem do lustra, obejrzałem się i już miałem dzwonić, żeby odwołać zgodę.
Ale Basia była cały czas zajęta, linia zajęta, a mnie nagle ogarnął wstyd…
Dopiero wieczorem otworzyłem szafę i wyjąłem granatowy garnitur, który kupił mi syn na swoje wesele.
Maciek z narzeczoną, Marysią, musieli mię siłą namawiać, żeby w ogóle coś wybrać.
Jeszcze buty pomogli dobrać, a potem Marysia zabrała mnie do fryzjera, gdzie mnie ostrzygli i poprawili wygląd.
To było rok temu dziś Maciek z Marysią mieszkają osobno, są szczęśliwi.
A siwizna znów wyrosła, nie ma po co się stroić, niewygodnie mi się upiększać.
Uczesałem się i ubrałem granatowy garnitur niech nie wisi w szafie.
Usta ledwie błysnąłem błyszczykiem, ale zaraz go starłem, bo poczułem się naiwnie.
W kawiarni było tłoczno i głośno, gdy wszedłem na umówioną godzinę.
Basia od razu mnie wypatrzyła i przybiegła:
Przemek, ależ ty przystojny!
Jak miło cię zobaczyć!
Sama Basia trochę się zaokrągliła, ale wyglądała na szczęśliwszą, choćby młodziej.
Pogadaliśmy, siedząc przy stoliku, potem Basię ktoś zagadał, a ja popijałem sok, rozglądałem się i słuchałem muzyki.
Z głośników leciały stare piosenki, które przypominały studenckie czasy, gdy wszystko wydawało się możliwe.
Czy mogę prosić do tańca?
usłyszałem znienacka czyjś głos przez muzykę.
Podniosłem głowę i poznałem go od razu.
To był Adam Serwatka z równoległej grupy.
Ożenił się na trzecim roku, a wtedy mi się podobał…
Przemek, jak ty się zmieniłeś!
To moje pierwsze zebranie rocznika i nikogo nie poznaję ciebie rozpoznałem od razu!
Adam podał mi rękę i nie odmówiłem.
Poszliśmy tańczyć zauważyłem zdziwione spojrzenie Basi, która wróciła do stolika.
Wytańczyliśmy kilka piosenek w milczeniu.
W końcu Adam niespodziewanie zapytał:
Przemek, odprowadzę cię?
Od razu mówię, iż jestem po rozwodzie.
Jeśli czeka na ciebie ktoś w domu, to tylko w porządku…
Ale chcę po prostu odprowadzić, już późno…
Odwiózł mnie do domu.
Następnego dnia znowu się spotkaliśmy od tej pory już się nie rozstawaliśmy.
Wybór garnituru na ślub pomogła mi załatwić Marysia.
Okrągła już wtedy trochę, babcią zostanę, a tak mi głupio było, iż biorę ślub…
Pozwoliłem sobie w końcu być szczęśliwym.
A Marysia szepnęła mi na ucho:
Panie Przemku, nie wiedziałam, iż pan taki przystojny!
My z Maćkiem tak się cieszymy, a szczęście nie zna wieku, wolno każdemu!
To prawda pomyślałem, siedząc przy weselnym stole i patrząc na Adama.
Teraz i ja chyba mogę.
Wreszcie sobie wybaczyłem.
I dopuściłem do siebie szczęście.
Każdy zasługuje na drugą szansę, choćby jeżeli nie wszystko w życiu się udało.
Trzeba tylko odważyć się ją przyjąć.












