Przyjechała do mnie dawna przyjaciółka z czasów podstawówki Iwona Nowicka. Nigdy w życiu nie zdecydowała się na dzieci. Odkąd pamiętam, powtarzała, iż woli żyć tylko dla siebie, a nie dla potomstwa czy męża.
Dzisiaj spotkałyśmy się pierwszy raz od dekad. Obydwie skończyłyśmy sześćdziesiąt lat i śniło mi się, iż cały świat tonie w mlecznej mgle, jakbyśmy były w Łodzi, a nie w naszym rodzinnym Kaliszu. Po skończeniu studiów Iwona nie była już ani przez chwilę częścią tego miasta spakowała swoje walizki do zielonego fiata, zawinęła kolorową chustę na głowie i po prostu zniknęła, jakby rozmyła się z porannej rosy.
Kontaktowałyśmy się jeszcze jakiś czas przez pocztę korespondencja pachniała kruchym papierem i kawą. Potem wszystko ucichło, a ja wróciłam do codzienności, jak do dobrze znanych tramwajowych biletów. Dopiero przypadkowo, od wspólnych znajomych, dowiedziałam się, iż Iwona przemierza Polskę, zmienia adresy, mężczyzn oraz zawody, jakby jej życie było wieczną zmianą scenerii w teatrze Witkacego. Szeptano, iż w wieku pięćdziesięciu lat miała już trzeciego męża, każdy jakby wyjęty z innej książki do historii. Potem i ten rozdział się zamknął, a dzieci nigdy się nie pojawiły. Zastanawiałam się jak to możliwe? Przecież zwykle kobiety mają dzieci, jak nie z miłości, to chociaż z przypadku. jeżeli mąż zawodził, pozostawały dzieci, wnuki, tradycyjne polskie rodzinne święta i śmiech przy rosole.
A jednak oto znów przyjechała. W surrealistycznym śnie widziałam, jak przejeżdża przez granicę naszego małego miasta w szarym płaszczu, pośród śpiewających wron. Potrzebowała sprzedać resztki swojego dobytku kiedyś wynajmowała mieszkanie na osiedlu Piastowskim, teraz zostawały jej tylko tekturowe pudełka.
Spotkałyśmy się w kawiarni, w której zamiast stolików stały białe krzesła na podłodze pokrytej śniegiem lipcowym. Opowiadałam o swoim uporządkowanym życiu, o wnukach, o gotowaniu pierogów na święta, o tym, jak oszczędzam każdą złotówkę na emeryturę. I zapytałam:
Iwonko, czemu twoje życie tak potoczyło się? Dlaczego nie chciałaś mieć dzieci, choćby dla siebie? Na starość kto ci poda szklankę wody, kiedy cię sił zabraknie?
Roześmiała się dźwięcznie, jakby obudziła całą kamienicę.
Jaką szklankę wody? Sądziłaś, iż twoje dzieci będą ci coś przynosić? odparła z ironią. Dzieci teraz myślą tylko o sobie. Zamiast liczyć na nich, lepiej przez życie odkładać złotówki i potem zatrudnić wykwalifikowaną opiekunkę. Przynajmniej nie musisz się prosić i nie obarczasz nikogo swoim ciężarem.
A ja nie urodziłam dzieci, bo wybrałam, żeby nie pakować się w ten biało-czerwony zawrót głowy. Nie miałam ochoty niańczyć, zmieniać pieluch, martwić się bez końca, przelewać pensję z ZUS-u na studia czy kredyt za kawalerkę dziecka w Warszawie. Postanowiłam, iż moje życie będzie moim życiem. Wolałam podróżować pociągami, zbierać doświadczenia, odwiedzić Mazury, Tatry, Bałtyk, zarabiać własne pieniądze. I wszyscy ci mężczyźni odchodzili, bo nie chciałam dawać im potomków, jakby dzieci były biletem do radości.
Teraz żyję dla własnej radości. Nie muszę oszczędzać na prezent dla wnuczki czy martwić się, iż syn nie zarobi na siebie. Zamiast tego oszczędzę na ulubione ciastka i kolejne podróże do Zakopanego.
Nie żałuję niczego, przeciwnie patrząc na tych, co mają całą gromadę dzieci, a teraz są samotni, współczuję. Potem jeszcze narzekają, iż dzieci wyjechały do Anglii albo Irlandii, nie dzwonią, nie piszą na święta. Ja nie mam wyrzutów, nie czekam, nie liczę na nikogo.
Taki mam pogląd.
Przysłuchiwałam się Iwonie i poczułam, iż jest w tym dziwnym śnie jakaś prawda. jeżeli się nie chce, po co się zmuszać? Po co odmierzać życie nadzieją, iż w zamian za narodzenie kogoś otrzyma się kiedyś kubek wody albo kilka ciepłych słówWyszłyśmy z kawiarni, śnieg z moich snów zastąpił sierpniowy upał. Iwona narzuciła na ramiona swój stary szary płaszcz. Przez chwilę stałyśmy pod lipą, a dźwięki miasta zawisły w powietrzu jak melodia sprzed lat.
Spojrzałam na jej twarz zmarszczki układały się w uśmiech kogoś, kto żadnej decyzji nie żałował. Nagle poczułam, jak dobrze widzieć w niej nie dawną koleżankę, ale kobietę, która miała odwagę żyć po swojemu, nie w schematach, które nam podano.
A może jeszcze dziś pojedziemy gdzieś? zapytała, łapiąc mnie pod ramię, jak za szkolnych czasów. Do Pleszewa, albo choćby do Szałego, nad wodę!
Zachichotałam niespodziewanie lekko. Przecież świat nie kończy się na pierogach ani na wnukach; może jeszcze umiem być inna, choć przez jeden letni dzień.
Poszłyśmy razem przez miasto dwie kobiety po sześćdziesiątce, śmiejąc się, wymieniając wspomnienia, niesione falą gorącego wiatru, który rozwiewał kurtyny dawnej mgły. Dopiero wtedy zrozumiałam, iż czasami najpiękniejsza jest ta wolność, którą dają nam własne wybory. I iż choćby po latach wciąż można przecierać nowe ścieżki byle tylko mieć obok kogoś, kto nie boi się iść pod prąd.
I tak ruszyłyśmy, nie oglądając się wstecz, śladami, które tworzyłyśmy same, śmiejąc się do przyszłości.






