Ostatnio spotkałem zamyśloną kobietę z półtoraroczną córeczką na spacerze w Warszawie – opowiedziała mi o swoim małżeństwie pełnym miłości, które po narodzinach dziecka zaczęło się rozpadać przez problemy rodzinne, brak wsparcia ze strony męża Leszka i presję, by wróciła do pracy, co doprowadziło ją do rozpaczy oraz samotnych spacerów po miejskich parkach

newskey24.com 5 godzin temu

Ostatnio spotkałem znajomą, która szła ulicą z półtoraroczną córeczką, zupełnie nieobecna i zamyślona. Prawie mnie nie zauważyła pomachałem jej ręką, żeby zwrócić na siebie uwagę. Kiedy mnie poznała, na jej twarzy pojawił się na moment uśmiech, ale gwałtownie wrócił ponury wyraz. Zapytałem, co się stało, i wtedy otworzyła się przede mną, opowiadając o swoich problemach.

Poznała swojego męża, Leszka, z którym wzięła ślub z wielkiej miłości. Ich narzeczeństwo było pełne szczęścia, a pierwsze małżeńskie miesiące wydawały się bajką Leszek nosił ją na rękach, troszczył się i rozpieszczał. Oboje starali się, żeby w ich domu panował spokój i zrozumienie, choć już wtedy zaczęły się pojawiać drobne różnice zdań.

Wszystko odmieniło narodziny ich córeczki, Zuzanny. Leszek, pracując zdalnie z domu, okazał się zupełnie nieprzygotowany do nowej roli ojca. Płacz i marudzenie małej tylko go drażniły, więc opieką nad córką zajmowała się niemal wyłącznie żona. Jej własna mama i teściowa starały się pomóc, ale na co dzień obowiązki spadały na nią. jeżeli już Leszek pomagał, to raczej narzekał niż faktycznie coś robił.

Ponieważ była na urlopie macierzyńskim, ich domowy budżet trochę się skurczył. Leszek wykorzystał fakt, iż żona nie zarabia, żeby jeszcze bardziej zepchnąć na nią całą odpowiedzialność. Namówił ją, by wróciła jak najszybciej do pracy, a małą miałaby się zajmować babcia. Nie chciał słuchać tłumaczeń, iż opieka nad tak małym dzieckiem to dla starszych pań za duże obciążenie. Zamiast tego przeglądał oferty żłobków, by sam mieć z głowy obowiązki przy dziecku. Zaczął też sam robić zakupy, narzekając, iż żona niepotrzebnie wydaje pieniądze. Przestał dawać jej gotówkę na podstawowe potrzeby, decydował o wszystkim.

Coraz częściej wychodziła z domu zabierała Zuzannę na spacery do Parku Skaryszewskiego czy na plac zabaw, żeby nie musieć przebywać pod jednym dachem z Leszkiem. Była przygnębiona, sfrustrowana, czuła się coraz bardziej samotna.

Zapytała mnie, co powinna zrobić, ale nie umiałem jej odpowiedzieć. Rozwód nie wchodził w grę mimo wszystkich wad Leszka, przez cały czas go kochała i wierzyła, iż ich córka powinna wychowywać się w pełnej rodzinie. Poza tym sama była już zmęczona ciągłymi pretensjami i wyrzutami, iż nie przynosi pieniędzy, gdy to przecież nie była jej wina.

Kiedy się żegnaliśmy, powiedziałem tylko kilka pokrzepiających słów: Trzymaj się, wszystko się ułoży, będzie dobrze. Sam też bardzo w to wierzę i mam nadzieję, iż los się jeszcze do niej uśmiechnie.

Idź do oryginalnego materiału