Podłogi same się nie umyją – czyli jak teściowa postanowiła “pomóc” młodej mamie i zamienić życie OI…

newsempire24.com 4 godzin temu

Podłogi same się nie umyją

Agatko, kiedy Tomek jest w pracy, to dom jest na twojej głowie zauważyła pani Grażyna. Podłogi same się nie umyją. I kto przygotuje obiad, co? Siedzimy, czekamy na księcia z bajki?

Aga przejechała dłonią po monumentalnym brzuchu. Siódmy miesiąc, bliźniaki, a każdy poranek zaczynał się od walecznej próby: jak podnieść się z łóżka bez jęku. Plecy bolały tak, iż najchętniej położyłaby się na wieki i dopiero na chrzest dzieci wstała.

Pani Grażyno, pani przecież widzi, jaki mam brzuch. Żeby się przemieścić po mieszkaniu, muszę się podpierać o ściany, a tu o zupę pytać?

Teściowa machnęła ręką, jakby Aga się poskarżyła na katar.

Ojej, Agatka, jesteś w ciąży, a nie obłożnie chora. Gdy Tomka pod sercem nosiłam, to do samego końca i gotowałam, i prałam, i ogródek przekopywałam. A ty tu leżysz jak hrabina na chorobowym. Udajesz, Agatko. Chcesz tylko, żeby wszyscy wokół ci usługiwać i współczuć.

Wychodząc, zostawiła brudny kubek i ciężki, kwaśny posmak na duszy, którego nie dało się przełknąć.

Wieczorem Tomek wrócił około dziewiątej zmęczony, z podkrążonymi oczami. Aga poczekała, aż zje, i usiadła obok.

Tomek, musimy pogadać o twojej mamie. Codziennie tu wpada i traktuje mnie jak gówniarę. Ja ledwo chodzę, a ona wymaga, żebym pucowała podłogi i gotowała rosoły. Pogadaj z nią, proszę.

Tomek przetarł nos i westchnął ciężko. Ale Aga widziała jasne, iż on by najchętniej temat zamiótł pod dywan.

Dobra, Aga. Pogadam. Obiecuję.

Mijały dni, a nic się nie zmieniało. Pani Grażyna przez cały czas wpadała co drugi dzień, sprawdzała palcem, czy kurz na półce, wzdychała wymownie nad brudnym talerzem w zlewie.

Dwa miesiące później Aga urodziła. Dwóch chłopaków, zdrowych, z solidnymi różowymi piąstkami Michał i Franek. Gdy położyli ich jej na klatkę piersiową, cała reszta świata przestała istnieć. Aga tuliła do siebie dwa wrzeszczące zawiniątka i płakała z takiego szczęścia, iż aż próbowało rozerwać pierś. Tomek wpadł do sali, podniósł Michała jakby był z porcelany i aż mu wargi drżały.

Aga, to są nasi synowie

Tydzień w szpitalu upłynął jak w ciepłym kokoniku, gdzie liczyli się tylko oni. Potem Aga wróciła do mieszkania. Tomek niósł jedno dziecko, ona tuliła drugie. Otworzyli drzwi do dziecięcego pokoju, który kolorowali razem na miętowo, gdzie budowali łóżeczka, wieszali karuzelki, układali maleńkie pajacyki na półeczkach i stanęli jak wryci.

Na jednym z łóżeczek leżał fioletowy szlafrok z haftowanymi inicjałami. Przy przewijaku stała otwarta walizka. Drugie łóżeczko przesunięte, a na jego miejscu rozłożony fotel, na którym pośród domowych gratów siedziała pani Grażyna i przeglądała kobiecy magazyn.

O, już jesteście podniosła spojrzenie z twarzą jak z marmuru. Urządziłam się tu na razie, żeby pomóc z chłopakami.

Aga stała w drzwiach, przyciskając Michała. To, co widziała, po prostu jej się nie mieściło w głowie: walizka, szlafrok, cudze rzeczy na półkach, gdzie przed chwilą leżały pieluchy. Teściowa zajęła ich pokój z taką pewnością siebie, jakby miała akt własności.

Wolno obróciła się do Tomka, który dreptał w przedpokoju z Frankiem na rękach i unikał kontaktu wzrokowego.

Tomek, co to ma być?
Aga Mama powiedziała, iż pomoże przez jakiś czas. W końcu jest ich dwóch. Ty sama w dzień, ja w robocie No ciężko będzie.

Aga poprawiła Michała na rękach i pokręciła głową.

Dam sobie radę. Umawialiśmy się, Tomek. Ja sobie poradzę sama.

Pani Grażyna już stała za jej plecami, nim się obejrzała.

Agatko, nie wygłupiaj się. Dwóch noworodków, ty po porodzie ledwo chodzisz. Odpocznij, połóż się. Ja w tym czasie nakarmię i położę chłopaków spać. Będzie dobrze.

Aga chciała zaprotestować, ale zmęczenie osiadło na niej jak beton. Poród i powrót z dwoma maluchami pokonały ją, została tylko siła by kiwnąć głową, oddać Michała teściowej i wycofać się do sypialni, powtarzając w myślach, iż to chwilowe, iż parę dni pomocy nic nie zmieni.

Pierwsze trzy dni rzeczywiście było choćby nieźle. Pani Grażyna wstawała w nocy do chłopaków, pozwalając Agacie się wyspać, gotowała śniadania, bez słowa wstawiała pranie. Aga zaczęła choćby myśleć, iż może się myliła co do teściowej, iż babciny instynkt na wnuków zadziałał i wszystko się ułożyło. A potem Tomek wrócił do pracy, a mieszkanie w jeden dzień przestało być jej bezpieczną przystanią.

Teściowa zaczęła zarządzać. Aga brała Franka na ręce, by go nakarmić Grażyna natychmiast zwisała nad nią: nie tak trzymasz, główka, uważaj, nie ściskaj, daj dziecku oddychać. Agata zawijała Michała w rożek, a Grażyna natychmiast rozwijała i owijała po swojemu, bo krzywo, zaraz go pogruchocze. Usiąść po karmieniu na kanapie? Po pięciu minutach z kuchni leciało: Agata, a talerze same się nie pozmywają, co, odpoczynek już wystarczy.

Dzień w dzień, od rana do wieczora, zero przerwy na oddech. Aga nie zdążyła się obejrzeć, a już słyszała kolejne uwagi. Do dzieci teściowa nie dopuszczała jej coraz częściej, zabierała maluchów z rąk mówiąc daj, znowu coś źle robisz i Aga zaczęła łapać się na tym, iż boi się brać własnych synów na ręce, kiedy ona patrzy.

Tydzień w takim ustawieniu wykończył ją kompletnie. Wieczorami drżały jej kolana, myśli się plątały od niewyspania i napięcia. Aga wyczekała aż Grażyna zaśnie w pokoju dziecięcym, zamknęła drzwi do sypialni i usiadła obok Tomka na łóżku.

Tomek, ja tak dłużej nie wytrzymam powiedziała cicho, żeby przez ścianę nie usłyszała teściowa, a od tego szeptu złość gotowała się w niej jeszcze bardziej. Twoja mama mi nie pomaga, ona mnie dołuje. Nie mogę nakarmić dzieci, żeby nie poprawiała. Nie mogę siąść na chwilę, bo muszę gonić podłogi. Czuję się tu jak służąca, która wszystko robi źle.

Tomek leżał i wpatrywał się w sufit.

Albo ona się wyprowadza przełknęła ślinę i powiedziała myśl, która kołatała się w jej głowie od trzech dni albo ja zabieram chłopaków i jadę do mamy.

Tomek podniósł się na łokciu, patrzył, jakby zaproponowała mu emigrację na Marsa.

Aga, poczekaj Mama chce dobrze, po prostu została tak wychowana. Może spróbujecie pogadać? To w końcu babcia, martwi się o wnuków.

Aga przycisnęła dłonie do twarzy i zacisnęła powieki. Oczy już piekły, wiedziała, iż jak się teraz rozpłacze, to do rana nie przestanie. Zbierało się to od miesięcy: od tych wiecznych udajesz i w twoim wieku ja to, aż kipiało słoną falą.

Tomek, tydzień nie mogę spokojnie nakarmić własnych dzieci Agata odsunęła dłonie; po policzkach już spływały łzy. Biorę Franka, a ona od razu go zabiera. Owijam Michała, a ona rozwija i owija po swojemu. Własnych dzieci się boję dotknąć, rozumiesz? Ja ich urodziłam, a jestem traktowana gorzej niż niania na okres próbny.

Drzwi do sypialni zaskrzypiały, na progu stała pani Grażyna, w fioletowym szlafroku, ramiona skrzyżowane na piersi, usta zacisnięte.

Wszystko słyszę! Ściany cienkie rzuciła na Agatę spojrzenie materializujące przesyt. Wstydź się, Agatko. Dom zostawiłam, przyjechałam pomagać, w wieku sześćdziesięciu dwóch lat śpię na fotelu, a ty histeryzujesz i przeciwko własnej matce Tomka mnie nastawiasz. Niewdzięczna jesteś, tyle ci powiem!

I wtedy coś się zmieniło. Agata zobaczyła, jak Tomek patrzy na mamę, potem na nią całą rozmazaną, z drżącymi ustami, w pogniecionej koszulce z plamą po mleku na ramieniu i zobaczyła na jego twarzy coś nowego. W końcu zrozumiał.

Mamo Tomek usiadł na łóżku spakuj się. Jutro rano odwożę cię do domu.

Pani Grażynie aż się twarz wydłużyła jakby jej syn nagle zaczął mówić po persku.

Tomuś, żartujesz? Wyganiasz własną matkę przez jakąś pannę?
Mamo, mówię poważnie. To jest nasz dom, nasze dzieci, moja żona i sami sobie poradzimy. Pomóż, jak poprosimy. Ale mieszkać będziesz u siebie.

Sceny były do północy. Pakowała walizkę z wielkim hukiem, trzaskała drzwiami szafek, dwa razy szła na kuchnię pić melisę i żalić się o niewdzięcznej synowej i synu-potworze. Aga siedziała w sypialni, karmiła Michała i łzy już leciały nie z wściekłości, a z ulgi, która wypełniała ją powoli i gęsto.

Rano Tomek wrzucił walizkę do samochodu, odwiózł matkę do domu i wrócił po dwóch godzinach. Przyszedł do pokoju dziecięcego, wziął Franka, który właśnie zaczynał gderać, i ułożył na swoim ramieniu.

Damy radę, Aga powiedział, kołysząc synka. Razem damy radę.

I dali radę. Agata na nowo odnalazła swój rytm, gdy nikt nie kontrolował każdego jej ruchu ani nie oddychał jej w kark. Karmiła chłopaków wtedy, gdy chcieli, owijała ich tak, jak jej pasowało, i mieszkanie przestało być polem bitwy. Tomek wstawał w nocy na zmianę, choćby nie narzekał, a w weekendy pakował bliźniaków w wózek, wychodził na długie spacery, dając Adze dwie godziny ciszy i błogiego spokoju. Spokój nie wrócił od razu, ale każdego ranka, gdy Aga wstawała i szła do swoich synków ot tak bez strachu i, odpukać, bez pytań teściowej wszystko coraz bardziej stawało się naprawdę ich.

Idź do oryginalnego materiału