Wspominam czasy, kiedy w PRLowskiej Polsce każdy miał dość jednego dziecka, a ja, Maria, wraz z mężem Stanisławem, zostaliśmy już dziadkami. Nasz jedyny syn, Piotr, miał już własną rodzinę żonę Jadwigę i małego Michała.
Dorastałam w latach osiemdziesiątych pod szarym sztandarem, w latach trzydziestu poślubiłam Stanisława, kiedy jeszcze uznawano mnie za starą pannicę. W tamtych dniach bycie bezpotomnym było niczym nosić ze sobą czarną chmurę ludzie szeptali, iż to zło losu. Dlatego, gdy w końcu pojawił się nasz syn, uznaliśmy, iż to już wystarczy. Wiedzieliśmy, iż utrzymanie jednego dziecka pochłania sporo złotych, a im więcej dzieci, tym większe wydatki.
Udało nam się wyposażyć Piotra w dobrą edukację i zapewnić mu godne życie. On miał jednak inną wizję. Krótko po naszym ślubie Jadwiga zaszła w ciążę, a w domu zagościł mały Michał. Młode małżeństwo nie posiadało własnego mieszkania, więc wzięło kredyt na kawalerkę. My, choć nie mieliśmy wiele, spłacaliśmy ich raty co miesiąc. Kiedy dowiedziałam się, iż Jadwiga znów jest w ciąży, zapytałam, jak zamierza wyżywić dwoje dzieci i jeszcze spłacić kredyt. Odpowiedziała, iż damy radę, a ja jedynie skinęłam głową: jeżeli uda się, to niech tak będzie.
Przez pewien czas naprawdę sobie radzili. ale potem Jadwiga nie mogła już iść do pracy, a Piotr stracił zatrudnienie. Zdesperowani, wprowadzili się do naszego wynajętego mieszkania. Stanisław, nie chcąc zostawić ich na lodzie, obiecał pomóc spłacić ich zobowiązanie. Tak więc przez cały rok pokrywaliśmy ich ratę hipoteczną, licząc, iż tym odciążymy ich los.
Teraz, po latach, dowiedziałam się, iż kredyt nie został spłacony zalegają sześć miesięcy. Gdzie zniknęły nasze pieniądze? Mój mąż jest rozżalony i mówi, iż nie ma już sił. Ja czuję się osłabiona, nie wiem, co powiedzieć ani zrobić. Pomagaliśmy im, a oni jedynie spoczywali na naszych barkach i cieszyli się spokojem. Co nam teraz pozostało?








