Przyjaciółka z cmentarza Pewnego wieczoru mój mąż wyszedł do sklepu i nie wrócił. Przez pięć lat mi…

polregion.pl 19 godzin temu

Dziennik, 17 października

Minął już kawał czasu, odkąd to wszystko się zaczęło. Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy moja żona Zofia wyszła do sklepu i nie wróciła. Mieszkaliśmy wtedy z moją teściową w Krakowie, razem z naszymi dziećmi, już jakieś pięć lat. Zawsze wiedziałem, iż teściowa mnie nie znosi, ale póki była Zofia, jeszcze jakoś się hamowała.

Na drugi dzień poszedłem na komisariat przy alei Powstańców, żeby zgłosić zaginięcie żony. Policjanci powiedzieli, żebym wrócił za trzy doby dopiero wtedy mogłem oficjalnie złożyć zawiadomienie. Tak zrobiłem. Mijały tygodnie, potem miesiące, w końcu minęły trzy lata, a ja każdego dnia marzyłem, iż zaraz usłyszę znajomy odgłos klucza w zamku.

Zanim Zofia zniknęła, życie pod jednym dachem z teściową bywało trudne, ale po tym, jak zostaliśmy bez niej, teściowa zaczęła kompletnie wariować. Opowiadała wszystkim wkoło sąsiadom, znajomym z kościoła iż pewnie miałem romans, a potem zatopiłem Zofię w żwirowni za miastem. Na początku jeszcze próbowałem nie zwracać uwagi, robiłem swoje, licząc, iż się opamięta. Nic z tego.

Kłóciliśmy się o wszystko: o łyżkę na stole, o kubek nie tam postawiony. Czułem się coraz bardziej obcy w tym domu. Zacząłem szukać nowego lokum. Zawsze miała jakąś wymówkę zbyt wysoko, zbyt nisko, nie ten rejon. W końcu trafiła się okazja: niski blok z starych czasów na pierwszym piętrze, na skraju Krakowa, tuż przy cmentarzu Rakowickim. Lepszy ryc niż nic, myślałem. Teściowa była wściekła, wrzeszczała na mnie na cały dom, wyzywała od morderców, podsunęła dzieciom do głowy, iż pewnie niedługo i ich oddam za jakieś korzyści.

Spakowałem rzeczy i przeprowadziłem się z dziećmi. Żyliśmy przez kilka tygodni niemal w ciemności, bo od razu kupiłem tanią, grubą tkaninę na zasłony i powiesiłem je na oknach żeby nie widzieć karawanów i procesji. Dzieci nie miały placu zabaw, tylko widok na krzyże i pomniki.

Pewnego dnia, kiedy gotowałem dzieciom owsiankę, usłyszałem rumor na klatce. Wyszedłem zobaczyć, co się dzieje. Na schodach leżała sąsiadka Jadwiga i zawodziła z bólu, bo skręciła kostkę, a jej zakupy były rozsypane. Pomogłem jej dojść do mieszkania, uprzątnąłem tobołki, a ona po chwili zaczęła płakać. Mówiła, iż to miejsce jest przeklęte, iż od kiedy tu mieszka, jeden pech za drugim. Przekonywałem ją, iż przesadza, iż czarne chmury nie będą nad nami stale wisieć.

Po tej rozmowie wszystko zaczęło się sypać. Syn przytrzasnął sobie stopę ciężarkiem, skończyło się gipsem. Córka nagły ból brzucha, diagnoza: przewlekły nieżyt żołądka. Potem zaczęły się koszmary dosłownie. Pewnej nocy obudził mnie dziwny dźwięk, drapanie w szybę. Spojrzałem na zegarek była druga. Zasłony ciężkie, ale spojrzałem przez szparę. Na zewnątrz, metr od okna, stała kobieta o niebieskawym odcieniu twarzy i z wykrzywionym w złośliwym uśmiechu grymasem na ustach. Zamroziło mnie z przerażenia. Gdyby dzieci nie spały, wrzasnąłbym na cały blok. Nie mogłem ruszyć ani krzyknąć.

Kobieta w końcu powoli odeszła w stronę grobów. Resztę nocy spędziłem skulony w kącie, modląc się, by był to tylko zły sen. Przez cały dzień nie byłem w stanie zebrać się na odwagę, by to komuś opowiedzieć. Myślałem, iż jeżeli się wygadam, wezmą mnie za wariata.

Pech nie chciał mnie opuścić. Po kilku dniach straciłem pracę, bo redukcja etatów nikogo nie obchodziło, iż mam dwójkę dzieci. Zmuszono mnie do odejścia za porozumieniem stron, co oznaczało minimum odprawy. Kiedy tego samego dnia wracałem do domu, okazało się, iż w autobusie ktoś ukradł mi portfel zostałem bez grosza, tylko z obrączkami. Chciałem je sprzedać, więc najpierw poszedłem do lombardu, a tam cenili je na jakieś marne 400 złotych. Spróbowałem poszukać lepszej okazji. Na Rynku spotkałem faceta z kartonem Kupię złoto, pokazałem mu obrączki dał półtora tysiąca, więcej niż w lombardzie.

Ledwo schowałem pieniądze, młody chłopak przebiegł obok mnie, upuścił paczkę. Pobiegłem za nim, ale już zniknął za rogiem. Podałem mu pakunek w środku była kupa pieniędzy, pięciuset złotowe banknoty. Wtem podeszła do mnie Cyganka: O, znalazła się gotóweczka! Tylko nie oddawaj tego policji tam zaraz zabiorą na lewo. Podzielmy się. Wyrwała mi część pieniędzy, zostawiła trochę i zniknęła. Ledwo ochłonąłem, za rogiem czekał łysy facet z kijem, z tym samym chłopakiem. Musiałem oddać im całą resztę. Powiedzieli, iż jestem złodziejką, nie chcieli słuchać moich tłumaczeń. Zabrali wszystko, a ja wpadłem w czarną rozpacz.

Tej samej nocy znowu pojawiła się kobieta za oknem. Drugi raz patrzyliśmy sobie w oczy. Wydawało mi się, iż jej twarz nie jest już aż tak martwa, jak wtedy. Odeszła, a ja zsunąłem się pod ścianę i przesiedziałem do rana. Już nie miałem siły z nikim o tym rozmawiać. Pomyślałem wtedy, iż sąsiadka z klatki chyba miała rację mówiąc, iż ten dom to fatum.

Następnego dnia w drzwiach pojawiła się Jadwiga z kwitkiem za czynsz. Powiedziała, iż idzie załatwiać sprawy do administracji i może opłacić mnie, żebym się nie martwił. Wybuchłem płaczem. Opowiedziałem jej wszystko, choćby o dziwnych nocnych spotkaniach. Spojrzała na mnie, przytuliła mocno i powiedziała: Chodź, coś ci pokażę.

Poszliśmy na cmentarz. Zatrzymała się przy jednym nagrobku, spojrzałem na zdjęcie to była ta kobieta spod mojego okna. Jadwiga powiedziała, iż też ją widziała potem straciła syna, mąż ją zostawił, sama zachorowała na cukrzycę. Stwierdziła, iż od tej pory życie jej się sypało.

Po tej rozmowie duch już się więcej nie pojawił. Chociaż z dnia na dzień narastała we mnie niewytłumaczalna potrzeba, by iść na jej grób. W końcu wybrałem się tam w słoneczne popołudnie. Grób był zaniedbany, pełno liści i dzikiej trawy. Posprzątałem trochę, spojrzałem na zdjęcie. Za dnia nie była straszna raczej piękna, z delikatnymi rysami, ciemnymi oczami, w sukni z głębokim dekoltem. Zatrzymałem się i zacząłem mówić do niej: Wero tak miała na imię czemu przychodzisz do mnie? Za co chcesz się mścić? Myślisz, iż jestem szczęśliwy? Wygadałem się, wyrzuciłem z siebie wszystkie żale, opowiedziałem o swoim życiu, o tragedii z żoną i o dzieciach.

Nigdy nie czułem takiej ulgi, jak po tamtej wizycie. Pożegnałem się z Weroniką jak ze starą przyjaciółką jej tragedia to śmierć i samotność, moja iż żyję, a już dawno przestałem walczyć.

Tego samego wieczoru śniła mi się Weronika, ale już nie jako duch siedziała obok mnie na łóżku, kobieta z fotografii, piękna i młoda. Powiedziała: Nie masz na sumieniu żadnej winy. Zrób, jak powiem, wszystko się ułoży. Zofię wciągnęły długi hazard, karty, nielegalne pożyczki. Sprzedali ją na roboty na Wschód. Jest pilnowana, nafaszerowana lekami. Już jej nie znajdziesz. Sprzedaj mieszkanie firmie pogrzebowej, kup nowe daleko stąd. Pomogę ci. Znajdziesz szczęście, będzie drugi raz dobrze. Dzieci polubią nowego ojca jak własnego. Żegnaj.

Gdy się obudziłem, czułem jeszcze zapach ziemi i mokrych liści, tak realny.

Dwa dni później przyszedł do mnie ktoś z krakowskiej firmy pogrzebowej zaproponowali mi dobrą cenę za mieszkanie, chcieli przeznaczyć je na swoje biuro. Skorzystałem, agent nieruchomości załatwił mi nowy, ładny lokal w końcu przeprowadziliśmy się do porządnej dzielnicy przy ulicy Lea.

Po jakimś czasie poznałem kobietę, Ewę, nauczycielkę z dziecięcego przedszkola. Spokojna, serdeczna pokochała dzieci jak własne. Wreszcie znalazłem trochę spokoju.

Moje życie ułożyło się dokładnie tak, jak przewidziała Weronika zza grobu. Czasem wracam do tej historii myślami. Nauczyłem się jednego nieważne, jak bardzo los potrafi nam dokopać, nie można przestać się podnosić i rozmawiać ze swoim nieszczęściem, bo tylko wtedy można je pokonać.

Idź do oryginalnego materiału