Sześć lat temu razem z mężem kupiliśmy sobie uroczą działkę z domkiem za miastem. Wszystko remontowaliśmy własnymi rękami, gmeraliśmy po grządkach, no i zrobiliśmy sobie naszą małą enklawę od wielkomiejskich stresów. Staramy się spędzać tam każdy weekend, albo przynajmniej wpadać raz na dwa tygodnie.
Warzywnika nie założyliśmy jakiegoś wielkiego kilka krzaczków ogórków, pomidory, trochę pietruszki, cebula, cukinia, papryka. Wiecie, taki miks: wszystkiego po troszku, żeby tylko mieć świeże na kanapkę.
Domek kupiliśmy z niezłą zgrają malin, najróżniejszymi porzeczkami, agrestem oraz całym toastem truskawek, które tylko czekały, żeby je zebrać. Nierzadko pakowałam owoce do koszyka i taszczyłam do pracy dla kolegów wszyscy się cieszyli, iż mają taki bonusik do kawy.
W tym roku do naszego biura przyszła nowa koleżanka nazywała się Roksana Nowak. Miła, kulturalna, aż chciało się jej podarować coś dobrego, więc i truskawki się trafiły. Czym prędzej zjadła i zaczęła piać z zachwytu nad ich smakiem. Od razu zasypała mnie gradem pytań: a skąd ona, a z jakiej działki, a jak się tam mieszka. Fajnie się rozmawiało, więc wszystko jej wygadałam.
Kilka dni później wpada do mnie Roksana z nietęgą miną i prosi, żebym pożyczyła jej klucze do naszego domku. Bo jej córka z dziećmi chciałaby sobie tam pobyć parę tygodni, powdychać wiejski klimat. Przekonywała mnie, iż i tak nas nie będzie przez tydzień, a jej córka jest na macierzyńskim i potrzebuje odpoczynku od miejskiego zgiełku.
Odmówiłam oczywiście. Roksana się trochę poobrażała, ale nie ciągnęła tematu.
Minęły może dwa tygodnie, podchodzi do mnie inna koleżanka z działu, Agata, i pyta, jakim tramwajem najlepiej dojechać pod naszą działkę. Zdziwiona pytam, o co w ogóle chodzi.
A ona na to, iż Roksana zaprosiła ją i resztę ekipy na swoje urodziny, które mają odbyć się uwaga, uwaga na naszej działce. Każdy miał sobie radzić z dojazdem sam.
Myślałam, iż się przewrócę.
Podbijam więc do Roksany i pytam, co to ma być.
O co tyle zamieszania? pyta z miną niewiniątka. Przecież nikomu nie stanie się krzywda, jeżeli raz zrobimy tam moją imprezę. Nikt nie zostaje na noc, jedna mała zabawa… Przecież chyba możesz się poświęcić, prawda?
No nie, jednak nie mogę. Szkoda mi tej całej mojej roboty, martwię się, co się stanie z moim trawnikiem, kwiatami, krzewami i domkiem. Mam uraz do niespodzianek, gdzie cudzy tłum wparowuje bez zaproszenia.
Dodam jeszcze, iż choćby nie zaprosiła mnie na te swoje urodziny. Nie przyszła też po zgodę, tylko wszystkich ustawiła przed faktem dokonanym.
Odmówiłam, a Roksana znów się obraziła. Trudno, jej problem. Przez lata dzieliłam się z kolegami tym, co urośnie i nigdy nikt nie wydawał się na tyle bezczelny, żeby urządzać imprezę u mnie na działce bez pytania mnie o zdanie. Roksanie udało się wybić przed szereg. Brawo ona!










