Przypomnę Ci… — Pani Mario, tutaj mi się nie udaje ten zawijas — szepnął smutno drugoklasista Artuś, wskazując pędzelkiem zielony listek swojego namalowanego kwiatka, który nie chciał się ładnie zawinąć. — Spróbuj, kochanie, delikatniej naciskać na pędzelek… O, tak — prowadź go, jak piórko po dłoni. Widzisz? Brawo! To nie zawijas, to prawdziwe cudeńko! — uśmiechnęła się starsza nauczycielka. — A dla kogo to namalowałeś takie piękno? — Dla mamy! — rozpromienił się chłopiec, który pokonał niesforny listek. — Dzisiaj ma urodziny! To jest mój prezent! — z dumą powiedział Artur, jeszcze bardziej dumny po pochwałach nauczycielki. — O, szczęściara z twojej mamy, Artek. Poczekaj, nie zamykaj jeszcze zeszytu. Niech farby przeschną, żeby się nie rozmazały. Kiedy wrócisz do domu, wtedy ostrożnie wyrwij karteczkę. Zobaczysz, bardzo się mamie spodoba! Nauczycielka rzuciła ostatnie spojrzenie na pochyloną nad kartką główkę i, uśmiechając się do własnych myśli, wróciła do biurka. No proszę, prezent dla mamy! Dawno nie widziała takich pięknych podarunków. Artur ma zdecydowany talent do rysowania! Powinna zadzwonić do jego mamy i zaproponować, żeby go zapisała na zajęcia plastyczne. Nie można zmarnować takiego daru. A przy okazji spytać swoją byłą uczennicę, czy prezent się spodobał. Sama pani Maria nie może oderwać wzroku od kwiatów, które ożywają na kartce pod wprawnym ruchem dziecięcej reki. Ach, Artuś to zdecydowanie cały po matce! Larisa w jego wieku też tak pięknie rysowała… ***** — Pani Mario, tu Larisa, mama Arka Kwiatkowskiego — zadzwonił wieczorem telefon w mieszkaniu nauczycielki. — Dzwonię uprzedzić, iż Arek jutro nie przyjdzie — powiedział surowym tonem głos młodej kobiety. — Dzień dobry, Lariso! Co się stało? — spytała Maria. — Stało się! Cały dzień mi urodziny zepsuł, ten rozrabiaka mały! A teraz leży z gorączką, pogotowie przed chwilą odjechało. — Jak to z gorączką? Przecież wyszedł zdrowy ze szkoły, niósł Ci prezent… — Prezent? Te kreski? — Jakie kreski? Arek namalował dla Ciebie prawdziwe kwiaty! Chciałam sama dzwonić, żeby zapytać, czy zapisać go na plastykę… — Nie wiem, jakie tam były kwiaty, ale na żaden fikuśny bohomaz nie czekałam! — Bohomaz? O czym mówisz? — Maria była coraz bardziej zakłopotana, słuchając nerwowych tłumaczeń roztrzęsionej mamy przez telefon. — Wiesz co, Lariso, nie masz nic przeciwko, żebym przyszła na chwilę? I tak mieszkam niedaleko… Kilka minut później, uzyskawszy zgodę swej dawnej uczennicy, a dziś — jak gwałtownie mija czas — mamy swojego ucznia, pani Maria, zabierając z szuflady gruby album ze starymi fotografiami i dziecięcymi rysunkami swojego pierwszego ukochanego klasy, wychodziła z domu. Na jasnej kuchni, do której Larisa zaprosiła gościa, panował lekki nieporządek. Odkładając ciasto i wkładając brudne naczynia do zlewu, matka Arka zaczęła opowiadać: Jak przyszedł ze szkoły spóźniony, z błotem na plecaku i ubraniu… Jak wyciągnął zza pazuchy całkowicie mokrego szczeniaka, który śmierdział na kilometr… Wskoczył do kałuży z wodą za nim, bo „inni chłopcy go tam wrzucili”! O zniszczonych podręcznikach i o albumie pełnym plam, na który nie da się patrzeć bez łez. I o gorączce, która w ciągu godziny sięgnęła prawie trzydziestu dziewięciu… O tym, iż goście wyszli, nie spróbując choćby tortu, i o lekarzu z pogotowia, który ją, nieuważną matkę, pouczył… — Zniosłam go znów na to samo śmietnisko, gdy Arek zasnął. A album, o, tam na grzejniku się suszy. Nie zostało po tych kwiatkach choćby śladu! — zirytowała się Larisa. I zupełnie nie zauważyła, jak ze słowem, zdaniem coraz bardziej nasiąkniętym żalem, mina pani Marii stawała się coraz surowsza. A gdy opowiedziała o losie szczeniaka uratowanego przez jej syna, twarz nauczycielki stała się czarna jak chmura. Popatrzyła na Larisę poważnie, delikatnie pogładziła nieszczęsny album, który zsunął się z grzejnika, i zaczęła mówić cichym głosem… O zielonych zawijasach i ożywionych kwiatach… O dziecięcej pilności i odwadze nie na swój wiek. O sercu chłopięcym, które nie mogło znieść krzywdy, i o łobuzach, którzy bezdusznie wrzucili zwierzątko do tej kałuży. A potem podeszła, wzięła Larisę za rękę, podprowadziła do okna: — Tam jest to miejsce — pokazała — w którym nie tylko szczeniak, ale i Arek mógłby utonąć. Ale czy myślał on wtedy o tym? Może myślał o kwiatach na kartce, na które bał się tchnąć, żeby nie zepsuć prezentu dla Ciebie? A może zapomniałaś, Lariso, jak wtedy, w latach dziewięćdziesiątych, na ławce przy szkole gorzko płakałaś, przyciskając do piersi znalezionego kotka spod płotu? Jak wszyscy głaskaliście go całą klasą i czekali na Twoją mamę! Jak nie chciałaś wracać do domu i obwiniałaś rodziców, gdy „futrzany kłębek” wyrzucili za drzwi… Na szczęście opamiętali się w porę! To ja ci przypomnę! I Tofika twojego, z którym nie mogłaś się rozstać! I Uszatka Murzyna, szczeniaka podwórkowej Belli, który z tobą szedł aż do matury, i kawkę ze złamanym skrzydłem, o którą dbałaś w szkolnym kąciku przyrody… Maria wyjęła z pożółkłego albumu dużą fotografię, na której drobna dziewczynka w białym fartuszku tuliła do siebie puszystego kotka z uśmiechem patrząc na otaczających ją kolegów, i cichym, ale stanowczym głosem mówiła dalej: — Przypomnę ci tę życzliwość, która w Twoim sercu rozkwitała mimo wszystkiego, jak prawdziwe kolorowe kwiaty… Za zdjęciem na stół opadł dziecięcy rysunek: mała dziewczynka trzymała w jednej ręce kudłatego kotka, a drugą mocno ściskała dłoń mamy. — Gdybym tylko mogła — mówiła dalej surowiej Maria — tego szczeniaka i Arka wycałowałabym mocno! A te kolorowe plamy — oprawiła w ramkę! Bo nie ma dla matki lepszego prezentu, niż wychować Dziecko na Człowieka! I nie zauważała staruszka, jak pod jej słowami twarz Larisy się zmienia. Jak coraz częściej podbiega wzrokiem do drzwi pokoju Arka. Jak ściska pobielałymi palcami nieszczęsny album… — Pani Mario! Proszę, niech Pani przez chwilę popilnuje Arka. Ja tylko na momencik! Pod czujnym wzrokiem nauczycielki Larisa w pośpiechu założyła płaszcz i wybiegła z domu. I, nie patrząc pod nogi, biegła w stronę widocznego śmietniska, wołała, zaglądała pod brudne pudła, przekopywała sterty śmieci. Co chwila spoglądała w stronę domu… Czy wybaczy? ***** — Ark, kto tam u ciebie chowa nos w kwiaty? To chyba twój przyjaciel Dyzio? — Zgadza się, pani Mario! Podobny? — Jeszcze jak! A pamiętasz, jak z mamą myłyśmy mu łapki? — uśmiechnęła się nauczycielka. — A ja mu teraz codziennie myję łapy! — z dumą powiedział Arek. — Mama mówi: masz przyjaciela, dbaj o niego! Kupiła nam choćby specjalną wanienkę! — Masz bardzo dobrą mamę — uśmiechnęła się nauczycielka. — Pewnie znowu coś dla niej rysujesz, tak? — Tak, chcę dać jej w ramce. Bo tam ma tylko plamy w ramce, a patrzy na nie i się uśmiecha. Czy można uśmiechać się do takich plam, pani Mario? — Do plam? Może i można, jeżeli są prosto z serca. Powiedz, jak idzie Ci w szkole plastycznej? — Bardzo dobrze! niedługo namaluję portret mamy! Bardzo się ucieszy! A póki co — tu Arek sięgnął do plecaka i wyciągnął złożoną kartkę — To od mamy, pani Mario. Ona też rysuje! Maria rozwinęła kartkę i lekko objęła ramieniem chłopca siedzącego przy ławce. Na białej kartce kolorami śmieje się szczęśliwy, lśniący Arek, trzymający dłoń na głowie czarnego kundelka wpatrującego się w niego z uwielbieniem. Po prawej stronie stoi drobna, jasnowłosa dziewczynka w dawnej szkolnej sukience, przyciskająca do serca małego kotka… Po lewej — zza zasypanego bukwarami biurka nauczycielskiego, z uśmiechem i bezkresną mądrością w żywych oczach, patrzy na nich ona — pani Maria. I w każdym szczególe tego rysunku, w każdym pociągnięciu pędzla, Maria czuła skrytą, bezgraniczną matczyną dumę. Pani Maria otarła łzy i nagle promiennie się uśmiechnęła — w samym rogu rysunku, kwiatami i zielonymi zawijasami, napisane było tylko jedno słowo: „Pamiętam”.

newsempire24.com 1 dzień temu

ZAPISZĘ CI TO W PAMIĘCI

Pani Mario, tutaj, ten zawijas mi nie wychodzi cicho poskarżył się drugoklasista Tymek, wskazując pędzelkiem na uparcie wykręcający się w złą stronę zielony listek narysowanego przez niego kwiatu.

Spróbuj, kochanie, lżej przyciskać pędzelek… O, właśnie tak prowadź go, jakbyś muskał nim po dłoni. No proszę! Piękny zawijas! Spisałeś się świetnie! uśmiechnęła się starsza nauczycielka. A komu to rysujesz taką piękną rzecz?

Dla mamy! rozpromienił się chłopiec, zadowolony, iż uporał się z krnąbrnym listkiem. Ma dzisiaj urodziny! To mój prezent! głos Tymka napęczniał dumą po pochwałach nauczycielki.

Ależ twoja mama to szczęściara, Tymku. Poczekaj chwilę, nie zamykaj jeszcze zeszytu. Pozwól farbom wyschnąć, żebyś ich nie rozmazał. Jak wrócisz do domu, starsznie ostrożnie wyrwij tę kartkę. Zobaczysz, mamie się bardzo spodoba!

Pani Maria rzuciła ostatnie spojrzenie na ciemną czuprynę pochyloną nad kartką i uśmiechając się do wspomnień, wróciła do biurka.

Taki prezent! Czegoś tak pięknego matka prawdopodobnie dawno nie dostała. Do rysowania Tymek ma prawdziwy talent! Warto by zadzwonić do jego mamy, porozmawiać o zapisaniu go do szkoły plastycznej. Taki dar nie może się zmarnować.

A przy okazji zapytać byłą uczennicę, czy prezent się spodobał. Sama pani Maria nie mogła oczu oderwać od kwiatów rozkwitających na kartce; wydawało się, iż za chwilę poruszą się żywe listki i zawijasy.

Ech, cała mama! Ewidentnie w matkę wdał się Tymek. Larysa za młodu też pięknie rysowała…

*****

Pani Mario, tu Larysa, mama Tymka Kotowskiego rozległ się wieczorny telefon w mieszkaniu nauczycielki. Dzwonię uprzedzić, iż Tymek jutro nie przyjdzie do szkoły powiedział surowym tonem głos młodej kobiety w słuchawce.

Dobry wieczór, Laryso! Coś się stało? zaciekawiła się pani Maria.

Stało! Cały dzień urodzin mi ten łobuz zepsuł! wybuchła kobieta w słuchawce. A teraz leży z gorączką, pogotowie właśnie pojechało.

Poczekaj, Laryso, jak to z gorączką? Przecież ze szkoły wyszedł zdrowy, niósł ci prezent…

Pani o tych kleksach mówi?

Jakich kleksach, Laryso! On kwiaty takie piękne malował! Sama chciałam dzwonić, zaproponować szkołę plastyczną…

Nie wiem, co tam za kwiaty były, ale takiego zapchlonego kłęba się nie spodziewałam!

Kłęba? O czym ty mówisz? Pani Maria coraz bardziej nie rozumiała, słuchając nerwowych wyjaśnień kobiety.

Laryso, wiesz co? Mogę do was na chwilę przyjść? Mieszkam tuż obok…

Po chwili, gdy tylko uzyskała zgodę dawnej uczennicy a teraz, jakże ten czas leci, mamy swego ucznia pani Maria, łapiąc z szafki gruby album ze starymi fotografiami i dziecięcymi rysunkami z czasów swego pierwszego, dalekiego już klasy, wychodziła z domu.

W jasnej kuchni, do której zaprowadziła ją Larysa, panował niemały rozgardiasz. Po uprzątnięciu stołu i wrzuceniu naczyń do zlewu, matka Tymka zaczęła opowiadać:

Jak wrócił ze szkoły spóźniony, a z kurtki i spodni ciekła brudna woda…

Jak wyjął zza pazuchy przemoczonego szczeniaka, który śmierdział z odległości! Wskoczył po niego do topniejącej sadzawki, gdzie wrzucili go obcy chłopacy! I te zalane książki, te kleksy w zeszycie, których nie da się oglądać bez łez. I gorączka, co chwilę przedtem skoczyła pod trzydzieści dziewięć…

Goście rozeszli się nie spróbowawszy tortu, a lekarz z pogotowia ją, nieodpowiedzialną matkę, za chłopca skrzyczał.

Odniosłam go tam, gdzie znalazłam, gdy Tymek zasnął. A zeszyt, widzisz, schnie na kaloryferze. Tam choćby kwiatów już nie ma, woda wszystko rozmyła! obruszyła się Larysa.

Nie zauważała wcale matka Tymka, jak z każdym jej słowem pani Maria coraz bardziej poważniała.

A gdy usłyszała o losie szczeniaka, którego uratował jej uczeń, zmarkotniała na dobre. Spojrzała surowo na Larysę, pogładziła po zniszczonym zeszycie i powiedziała cicho…

I o zielonych zawijasach, i o kwiatach jak żywe… O dziecięcej wytrwałości i odwadze nad wiek. O sercu chłopca, który nie mógł znieść krzywdy, i o tych łobuzach, co małego psa do dołu wrzucili.

Potem wstała, chwyciła Larysę za rękę, podprowadziła do okna:

Tam, widzisz, ta jama pokazała. Tymek mógł utonąć, nie tylko szczeniak. Ale kto o tym wtedy myśli? Może myślał o kwiatach, na które dmuchał, żeby nie zepsuć prezentu?

A czy nie pamiętasz, Laryso kontynuowała jak dawno temu, w latach dziewięćdziesiątych, na ławce pod szkołą płakałaś, tuląc znalezionego pod płotem kociaka, którego odebrałaś podwórkowym łobuzom?

Jak wszyscy w klasie głaskali, jak na mamę twoją czekaliśmy! Jak nie chciałaś wracać do domu, narzekając na niesprawiedliwych rodziców, którzy pchlatego kłęba za drzwi wyrzucili… Na szczęście się opamiętali!

To ci przypomnę! I Tychę, za którą nie chciałaś się rozstać! I Marcusza, uchoatego szczeniaka, który towarzyszył ci aż do studiów, i wronę ze złamanym skrzydłem, nad którą opiekę objęłaś w szkolnym kąciku przyrody…

Pani Maria wyjęła z pożółkłego albumu wielkie zdjęcie, na którym drobna dziewczynka w białym fartuszku tuliła do piersi kociaka i z uśmiechem patrzyła na zgromadzonych wokół kolegów, i miękkim, ale stanowczym głosem ciągnęła:

O tej dobroci ci przypomnę, która w twoim sercu rozkwitała kolorami, mimo wszystko…

Za zdjęciem wypadł dziecięcy rysunek dziewczynki trzymającej w jednej ręce kudłatego kociaka, drugą mocno ściskającej dłoń mamy.

Gdyby to ode mnie zależało głos pani Marii był już ostrzejszy tego szczeniaka ucałowałabym z Tymkiem! A te kleksy dała w ramkę! Bo nie ma dla matki cenniejszego prezentu, niż wychować dziecko na dobrego człowieka!

Nie zauważyła starsza nauczycielka, jak zmieniał się wyraz twarzy Larysy. Jak niespokojnie spoglądała na drzwi do pokoju Tymka. Jak przyciskała szczęśliwy album…

Pani Mario! Proszę, popilnuje pani Tymka przez chwilę? Ja muszę zaraz zaraz wracam!

Pod czujnym wzrokiem nauczycielki Larysa pospiesznie narzuciła płaszcz i wybiegła z mieszkania.

Nie patrząc na błoto i mokre nogi, pobiegła prosto na widoczną w oddali stertę śmieci. Szukając, zaglądała pod kartony, przekopywała worki Raz po raz zerkała w stronę domu. Czy wybaczy?

*****

Tymek, kto to ci wtyka nos w kwiaty? To chyba twój Dyzio?

Tak jest, pani Mario! Poznaje pani?

A jakże! choćby białą gwiazdkę na łapie od razu widzę! Pamiętam, jak razem z mamą myłyśmy mu te łapy roześmiała się pani Maria.

Teraz mu codziennie łapy myję! dumnie oznajmił Tymek. Mama mówi, jak ma się przyjaciela, trzeba o niego dbać! choćby specjalną wanienkę nam kupiła!

Dobrą masz mamę uśmiechnęła się nauczycielka. I co, znowu dla niej rysujesz prezent?

Tak! W ramkę chcę włożyć, bo ona te stare kleksy trzyma w ramce i patrzy na nie, uśmiechając się. Czy można się uśmiechać do kleksów, pani Mario?

Do kleksów? uśmiechnęła się nauczycielka. Może i tak, jeżeli są malowane od serca. Jak ci idzie w szkole plastycznej?

Świetnie! Niedługo namaluję mamie portret! Ucieszy się bardzo! A póki co proszę, Tymek sięgnął do plecaka i wyciągnął złożoną na pół kartkę. To od mamy, ona też teraz rysuje.

Pani Maria rozłożyła kartkę i delikatnie dotknęła ramienia chłopca.

Na białym arkuszu kolorami zakwitł uśmiechnięty, promienny Tymek, kładący rękę na głowie czarnego, zapatrzonego w niego kundelka.

Obok nich stała drobniutka, jasnowłosa dziewczynka w szkolnym, już niemodnym fartuszku, przytulająca małego kotka

A z drugiej strony, zza zasypanego podręcznikami biurka nauczycielskiego, z uśmiechem i nieskończoną mądrością żywych oczu, patrzyła na nich pani Maria.

W każdym fragmencie, w każdym pociągnięciu pędzla czuła ogromną, skrzętnie ukrytą, matczyną dumę.

Pani Maria otarła łzę i z ciepłym uśmiechem dostrzegła w samym rogu rysunku, wypisane kwiatami i zielonymi zawijaskami, jedno jedyne słowo: Pamiętam.

Dziś zapisałem sobie w pamięci: najpiękniejszym prezentem od dziecka dla matki, jest serce, które potrafi kochać i być dobrym choćby w błocie iśród kleksów.

Idź do oryginalnego materiału