Miałam wtedy jeszcze śliskie, dziecięce sny, a wszystko wokół przypominało splątane wstążki krakowskiego kiermaszu. Spotkałam go na przystanku tramwajowym w Warszawie, kiedy niebo miało barwę niewyjaśnionej tęsknoty. Nazywał się Bartosz Kwiatkowski, pachniał kawą i deszczem; mówił do mnie jak do przedstawicielki królewskiej rodziny, a jego słowa były tak słodkie jak świeże pączki z Górczewskiej. Chodziłam […]