Rodzicielska miłość.
Elżbieta westchnęła zmęczona, ale szczęśliwa, wsadzając dzieciaki do taksówki. Majeczka miała cztery lata, a Dawidek półtora roku. U dziadków spędzili cudowny czas: były ciasteczka, przytulasy, bajki i pozwolenie na odrobinę więcej, niż w domu dziecięcych przyjemności.
Elżbieta też naprawdę cieszyła się z tego wyjazdu. Rodzice, siostry, siostrzeńcy rodzinny dom przyjmował zawsze bez pytań, bez konieczności tłumaczenia się. Obiad mamy, którego nie da się odmówić. Choinka błyszcząca lampkami i powykręcanymi, przedziwnie wzruszającymi ozdobami z PRL-u. Tosty taty może i za długie, ale zawsze prosto z serca. Prezenty od mamy praktyczne, troskliwe, z miłością wybrane.
Przez chwilę Elżbiecie wydawało się, iż znów jest małą dziewczynką. Miała ogromną ochotę powiedzieć:
Mamusiu, tatusiu, dziękuję, iż jesteście!
Dzieci na tylnym siedzeniu taksówki z trudem utrzymały oczy otwarte. Droga do domu była spokojna, a po kilku minutach, przytulone do siebie, spały snem sytych, szczęśliwych łobuziaków.
W połowie trasy Elżbieta poprosiła kierowcę, żeby zatrzymał się przy małym sklepie spożywczym tuż przy szosie.
Tylko chwilkę. Skoczę po pampersy i wodę rzuciła kierowcy.
Pięć minut później Elżbieta wróciła, siadła do środka… i w tym momencie serce wpadło jej gdzieś w trzewia.
Dzieci nigdzie nie było!
Za to kierowca rozmawiał sobie w najlepsze z jakąś obcą dziewczyną na przednim siedzeniu.
Ale zaraz… Elżbieta wypaliła powoli, przeciągając sylaby.
Dziewczyna gwałtownie się odwróciła:
A to kto to?! Kto tu panią wpuścił?!
Kierowca wzruszył ramionami:
Nie mam pojęcia! A do Elżbiety: A pani kim jest? Co pani tu robi?
Czy wyście zwariowali?! Gdzie są moje dzieci?!
Dziewczyna wydarła się jak opętana: Ty łajdaku! To ty masz dzieci?! i zaczęła walić go torebką.
Co ty, każdego ładujesz do auta?! Elżbieta już także podniosła głos. Gdzie są moje dzieci?!
Przez trzy, może pięć minut w samochodzie panował istny armagedon: wrzaski, gestykulacje, wzajemne żale i poczucie totalnej niesprawiedliwości.
I nagle pyk, otwiera się drzwi… Jakiś facet pochyla się i mówi ze stoickim spokojem:
Proszę pani, pani chyba pomyliła samochody. Mój stoi kawałek dalej.
Świat zamarł. Elżbieta bez słowa, z wyrazem mordu w oczach, trzasnęła drzwiami, wyskoczyła i dopadła do niemal identycznej, jasnozielonej taksówki, kilka metrów dalej.
Otworzyła drzwi.
Na tylnym siedzeniu, wtulone w siebie, spały jej dzieci. Dwa aniołki nie poruszyły się choćby o milimetr.
Elżbieta odetchnęła, jakby wróciła właśnie znad krawędzi Bałtyku. Wsiadła, trzasnęła drzwiami i rzuciła pod nosem:
Jedźmy…
A wtedy rozśmiała się do łez. Prawdziwym, nerwowym, oczyszczającym śmiechem. Kierowca też zaczął chichotać i choćby ostentacyjnie ocierał oczy, ucieszony, iż tym razem nic złego się nie stało tylko anegdota na całe życie do opowiadania przy grillu.
Elżbieta zerknęła na dzieci i nagle pojęła rzecz oczywistą: rodzic na co dzień jest miły, zmęczony, roześmiany, czasem rozkojarzony. Ale kiedy tylko zagrożenie zamajaczy na horyzoncie budzi się w nim lew!
Bez chwili zwątpienia, bez wahania i strachu. Tylko jedno się liczy bronić!
Tak wygląda miłość. Bezgłośna, gdy nic się nie dzieje, ale niezłomna, gdy w grę wchodzą dzieci.











.jpg)


