– Świtłano, ależ tam zimą jest zimno!

twojacena.pl 17 godzin temu

Pamiętam, iż dawno temu, gdy już odszedłam na zasłużoną emeryturę, miałam sześćdziesiąt lat na karku, a trzydzieści pięć z nich spędziłam przy księgowości w fabryce w Łodzi. Teraz mogłam spokojnie pić poranną herbatę, czytać książki i nie spieszyć się nigdzie. Pierwsze miesiące emerytury były dla mnie przysmakem ciszy i spokoju wstawałam, kiedy miałam ochotę, śniadanie jadłam bez pośpiechu, a popołudnia spędzałam przed telewizją. Sklepy odwiedzałam w godzinach, kiedy nie było kolejki; po czterdziestu latach pracy to było prawdziwe szczęście.

W sobotę rano zadzwoniła do mnie córka, Jadwiga. Mamo, musimy poważnie porozmawiać brzmiało to nagle, jakby zwiastowało coś ważnego. Co się stało? zapytałam z troską. Jak jest z Marysią? dopytała kolejna. Z córką w porządku. Przyjadę i opowiem, nie martw się! odpowiedziała, a te słowa tylko pogłębiły moje niepokoje. Gdy dzieci mówią nie martw się, to zwykle mają się czym martwić.

Godzinę później Jadwiga siedziała w kuchni, głaszcząc rosnący brzuszek. Była w trzecim miesiącu ciąży, a przy niej miał zostać drugi synek, choć nie wyszła jeszcze za mąż za Marka. Mimo iż mieszkali razem już cztery lata, związek ich nie był formalnie uregulowany, a dowód małżeństwa zdawał się nie mieć znaczenia.

Mamo, mamy problem z mieszkaniem zaczęła, nerwowo kręcąc uchwytem kubka. Właściciel podniósł czynsz o dwa tysiące złotych. Ledwie wiążemy koniec z końcem przy obecnej racie, a to dopiero dodatek. Współczułam, bo wiem, jak ciężko jest młodym. Marek zarabiał tu i tam dziś wózek, jutro kurierem, pojutrze ochroniarzem. Jadwiga była na urlopie macierzyńskim, a za dwa miesiące miała przejść na kolejny.

Myśleliśmy o wyprowadzce, by taniej było, kontynuowała, ale nikt nie chce przyjąć dziecka. Zapytałam, co zamierzają zrobić. Dlatego przyszłam do ciebie, mamo. Czy moglibyśmy tymczasowo zamieszkać u ciebie, aż odłożymy trochę pieniędzy i weźmiemy kredyt hipoteczny? spytała, kręcąc krawędź swetra.

Patrzyłam na swoją dwupokojową kamienicę z przerażeniem. Jest już tak ciasno, a wy przyjdziecie z dwójką dzieci. Jadwiga spojrzała mnie niepewnie: Mogę się jakoś wcisnąć. Pieniądze za czynsz wynoszą trzynaście tysięcy złotych miesięcznie. Za rok to już sto pięćdziesiąt tysięcy! To można odłożyć na wkład własny. W głowie widziałam Marka, który krąży po mieszkaniu w kapciach, rozmawia głośno przez telefon, a Marysia płacze, rzucając zabawki po kątach i krzycząc przy kreskówkach na pełną moc. Ja, przyzwyczajona do spokoju, poczułam się przytłoczona.

Gdzie będzie spała Marysia? próbowałam znaleźć sens. W dużym pokoju postawimy łóżeczko. Ty dostaniesz mały pokój, tam będzie kanapa i telewizor wystarczy. Jadwiga westchnęła: Mamo, dopiero co przeszłam na emeryturę, potrzebuję spokoju. Czterdzieści lat w pracy dały mi wyczerpanie!

Po co ci spokój w sześćdziesiąt lat, mamo? Jesteś wciąż zdrowa. Babcie w twoim wieku wciąż opiekują się wnukami. Jej słowa brzmiały jak zarzut jakby mówiły, iż jestem egoistką, bo wolę sobie odpocząć.

Poza tym masz wioskę. Dobrze utrzymany dom, ogród, pomidory i buraki, co lekarze zalecają starszym. Świeże powietrze, cisza idealnie. dodała. Na wsi zimą jest zimno, piec na drewno, trzeba wióry ciągnąć. Ty wiesz, iż w twoim dzieciństwie to był jedyny sposób życia odparłam. W lecie jednak pięknie ogród, jagody, grzyby w lesie. Jadwiga mówiła, jakby proponowała mi kurort, a nie prostą wsią bez udogodnień.

A co z lekarzem, apteką, sklepem? pytałam. Jednorazowo na przegląd, a resztę zaopatrzenia kupisz na zapas, w chłodni. Masz dużą zamrażarkę. A przyjaciół? Sąsiadki, z którymi rozmawiamy telefonem czy przychodzą na grilla? dopytałam. Możesz dzwonić, albo przyjeżdżać na weekend. Odpowiedź była jak cios miałam stać się samotną właścicielką działki, by odciążyć mieszkanie.

Na jak długo? Rok? Półtora? drążyłam. Na rok, może półtora. Myślałam o całym roku w dwupokojowym bloku, razem z nimi, lub o wyjeździe na działkę, trzydzieści kilometrów od miasta, gdzie autobus przyjeżdża dwa razy dziennie.

Marek miał wtedy swoją opinię: Na wsi będzie lepiej, bez miejskiego zgiełku. Proponował choćby antenę satelitarną, byśmy mieli więcej kanałów. Widziałam go leżącego na mojej kanapie, rozmyślającego o moim dobru.

Zastanów się, mamo, co ci zostanie do zrobienia w dwóch pokojach. Nie ma sensu, jeżeli nic nie zyskamy. Po kilku dniach Jadwiga powiedziała, iż mogą przeprowadzić się jutro, bo właściciel mieszkania szuka nowych najemców. Wypiłam herbatę drżącą ręką, patrząc na twarz córki, w której wyczytywałem: Co zrobisz, jeżeli odmówię?

A co, jeżeli z Markiem nie wyjdzie? zapytałam. Nie ma różnicy, czy jesteśmy formalnie małżeństwem, czy nie. Dzieci są nasze, mieszkamy razem od czterech lat. Małżeństwo nic nie zmieni. Kiedy wspomniałam o ryzyku rozstania, Jadwiga odpowiedziała stanowczo: Nie rozstaniemy się. A mieszkanie i tak pozostanie twoje.

Znam Marek od czterech lat jego praca zmienia się co pół roku, przyjaciele przychodzą i odchodzą, a on wciąż kocha Jadwigę jak młodzieńcę. Mamo, po co mi spokój? To nie dla mnie, a dla dzieci i wnuków krzyczała, grając na moich emocjach.

W końcu zgodziłam się: Dobrze, ale tylko na rok, dokładnie rok, i pod warunkiem, iż oszczędzicie i znajdziecie własne mieszkanie. Przytuliła mnie, szepcząc: Dziękuję, mamo, jesteś najlepsza! Będziemy dbać o dom. Dodała: A na wsi pojadę, kiedy zechcę to mój warunek.

Po tygodniu wprowadzili się. Marek rozstawia rzeczy w szafie, Marysia biega po pokojach, a Jadwiga organizuje, co gdzie postawić. Ja stałam pośrodku tego zamieszania, pakując torbę na działkę, czując się wykluczoną z własnego domu.

Pierwsze miesiące były prawdziwym piekłem. Marek gwałtownie oswoił się z miejscem, włączał telewizor na pełną moc, rozmawiał telefonicznie o każdej porze. W lodówce pojawiły się energetyczne napoje, na półkach proteiny. Jadwiga domagała się uwagi, narzekała, iż jest jej za gorąco, za zimno, muzyka przeszkadza. Marysia płakała nocą, a zabawki leżały w każdym kącie, a kreskówki grały od rana do wieczora.

Ja przyjeżdżałam raz w tygodniu po zakupy i leki, i za każdym razem zszokowana patrzyłam na chaos. W kuchni górowały brudne naczynia, w łazience suszyły się dziecięce skarpetki i rzeczy Marka. Mój ulubiony kanapa pokryła się plamami od soków i ciast.

Może trochę posprzątać? proponowałam. A kiedy, mamo? odrzucała Jadwiga Dziecko małe, nie mam czasu, a Marek po pracy potrzebuje odpoczynku. Pomogę, gdy będę w mieście mówiłam, ale ona odrzucała pomoc. Później sprzątniemy, kiedy przyjdzie dziecko.

Później nigdy nie nadeszło. Ja sama myłam naczynia, odkurzałam, wycierałam kurz, ale przy następnym przyjeździe chaos powracał. Na działce czułam się wygnaną; trzydzieści kilometrów od cywilizacji, najbliższy sklep trzy kilometry dalej, autobus dwa razy dziennie.

Sąsiadki z ciekawością pytały: Galu, co ty tu cały rok siedzisz? Przecież masz mieszkanie w mieście. Córka z rodziną tymczasowo mieszka, oszczędzają na własne mieszkanie odpowiadałam. No tak, młodym trzeba pomóc.

Zima na wsi była szczególnie trudna. Drewno gwałtownie się kończyło, wody trzeba było podgrzewać na kuchence. Po pół roku Jadwiga urodziła syna, Dariusza. Liczyłam, iż teraz będą bardziej zaangażowani w szukanie lokum, ale przy wizycie w mieście dodała: Z dwójką dzieci nie znajdziemy nic odpowiedniego, więc zostaniemy jeszcze rok. Zrozumiałam, iż zostałam oszukana od samego początku rok zamieni się w dwa, dwa w trzy.

W końcu wyprowadzono Jadwigę i rodzinę z policją, bo nie chcieli odejść. Na mnie spływały przekleństwa i groźby. Nie obchodziło mnie to już, bo umowa była na rok i dotrzymałam słowa. Czy to wstyd? Czy mądrze postąpiłam? Tak mówią: Jak się położy dziecko, tak się i wstanie.

Idź do oryginalnego materiału