Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć historię, która wydarzyła się w moim życiu mam wrażenie, iż to wszystko brzmi jak scenariusz filmowy, ale zdarzyło się naprawdę…
Dorastałem bez ojca, w domu byli tylko mama i babcia. Wątpliwości i żal, iż nie mam taty, ciągnęły się za mną już od czasu przedszkola. A w podstawówce? Strasznie zazdrościłem kolegom: szli za rękę z ojcami, byli dumni i szczęśliwi jeździli razem na rowerach, w samochodach, bawili się i śmiali. Najgorsze było to, gdy któryś z ojców przytulał dziecko, podnosił je wysoko do góry i oboje śmiali się, aż echo niosło! Patrząc na nich myślałem tylko: Ale to musi być szczęście.
O swoim ojcu wiedziałem tylko tyle, że… był na jednym zdjęciu uśmiechał się ale nie do mnie. Mama powtarzała, iż jest polarnikiem, mieszka gdzieś daleko na północy, tak daleko, iż nie ma szans, żeby przyjechał. Wyjechał, pracuje tam, ale regularnie wysyła prezenty na moje urodziny.
W trzeciej klasie, ku swemu rozczarowaniu, odkryłem, iż nie mam żadnego ojca-polarnika i adekwatnie nigdy nie miałem! Przypadkiem podsłuchałem rozmowę mamy z babcią mama mówiła, iż nie ma już siły dalej oszukiwać dziecka i wręczać prezenty w imieniu ojca, który tak naprawdę nas zostawił. Żyje sobie wygodnie, ale nigdy nie zadzwonił do syna, nie złożył życzeń ani na urodziny, ani na Boże Narodzenie. Aleksander tak uwielbia te święta To jedyne dni, kiedy czuje jakąkolwiek obecność z daleka, tajemniczego, ale jednak bliskiego człowieka.
Zanim nadeszły moje kolejne ulubione święta, poszedłem do mamy i babci i powiedziałem, żeby nie dawali mi żadnych prezentów od ojca, który nie istnieje. Poprosiłem tylko: Upieczcie mój ukochany tort ptasie mleczko i to wszystko.
Żyliśmy oszczędnie z dwóch niewielkich pensji: mamy i babci. Więc kiedy poszedłem na studia, zacząłem dorabiać jako tragarz na dworcu albo w sklepach.
Pewnego dnia sąsiad Mietek podrzucił mi pomysł, żebym zastąpił go jako Święty Mikołaj w przedszkolach i na zamówieniach domowych przed Świętami. Przedszkola od razu odpuściłem, wydawało mi się za trudne występy, Snieżynka i te sprawy. Ale pojedyncze wizyty po mieszkaniach, gdzie występowałem jako Mikołaj w Wigilię, wydawały się prostsze.
Mietek przekazał mi swój zeszyt ze wierszykami i zagadkami oraz adresami zamawiających. Repertuar był prosty, zapamiętałem gwałtownie to nie była przecież trudna sesja zaliczeniowa! Stres był tylko, żeby się nie wygłupić. Ale pierwszy raz poszło mi lepiej niż przypuszczałem.
Jak wróciłem do domu po całym dniu biegania po adresach i policzyłem zarobione pieniądze, to aż zatańczyłem z radości! Przez pół roku noszenia skrzyń i worków nie uzbierałbym tyle, co w jeden dzień. Odtąd zimą w każdy grudzień wpadałem w rolę Mikołaja, a latem brałem się za prace budowlane w studenckiej brygadzie.
Na studiach nie miałem czasu w poważne związki rozumiesz, nauka, praca, dorywcze zajęcia. Dziewczyny się pojawiały, ale nie skończyło się nigdy ślubem. Miałem plan: Skończę studia, dostanę dobrą pracę i pensję, będę miał własne mieszkanie Wtedy pomyślę o rodzinie.
Po obronie, gdy już pracowałem jako inżynier, choć stanowisko nie było bardzo wysokie, postanowiłem kupić używaną, ale zadbaną Skodę. Już mieliśmy średni dochód w domu, ale na auto ciągle brakowało. Dlatego wpadłem na pomysł, żeby znów zostać Mikołajem.
Mama wyciągnęła z szafy mój strój, zdjęła folię, dodała mnóstwo brokatu aż strój rozbłysnął! Dotarła też biała, bujna broda, więc całkiem nie było mnie widać. Nakleiłem gęste brwi i patrząc w lustro myślałem, iż wyglądam całkiem nieźle.
A mama tylko westchnęła i cicho powiedziała: Aleksander, czas już na swoje dzieci, a ty wciąż bawisz cudze. Jeszcze zdążę! żartowałem, cmoknąłem ją w policzek i pojechałem zarabiać.
Tydzień przed Bożym Narodzeniem wrzuciłem ogłoszenie do lokalnej gazety, sypnęło mi piętnaście zamówień. Przepracowałem sześć adresów wykreśliłem je z listy, czytam kolejny: ul. Sadowa 6, m. 19.
Wysiadłem z tramwaju, podszedłem do domu. Sadowa na obrzeżu miasta, fatalnie oświetlona. Ale gwałtownie znalazłem szóstkę, wszedłem na drugie piętro, zadzwoniłem.
Drzwi otworzył chłopczyk, może pięcioletni.
W chatce pod lasem mieszka sobie Mikołaj zacząłem jak zawsze od progu. Ale chłopiec przerwał mi: My nie prosiliśmy Mikołaja! To ja sam przychodzę do grzecznych dzieci! odparłem szybko, choć sam trochę się speszyłem. Mama, tata są w domu?
Nie. Mama poszła do sąsiedniego domu do babci Zosi na zastrzyk. Zaraz wróci.
A ty jak masz na imię?
Aleksander.
No proszę, mój imiennik! uśmiechnąłem się w duchu.
Szybko jednak się opanowałem. Przecież nie powiem dziecku, iż też jestem Aleksander wszak jestem Mikołaj!
Gdzie macie choinkę?
U mnie w pokoju.
Chłopczyk złapał mnie za rękę i zaprowadził do swojego pokoiku, a mieszkanie było skromniejsze niż u mnie w domu. Zamiast choinki na stoliku przy łóżku stała trzylitrowa słoik z gałązką świerku, zabaweczkami i kolorową lampką. Obok niej dwa zdjęcia w identycznych ramkach facet i kobieta.
Przyjrzałem się i… zamarłem. Na zdjęciu byłem ja sam! Szok, nie mogłem uwierzyć! W lewej ramce moja studencka fotografia w kurtce. W prawej był portret kobiety Anny Komorowskiej.
Poznaliśmy się z Anią kiedyś latem na budowie w studenckiej ekipie. Ale jej zdjęcie było już poważne nie taka roześmiana studentka, jaką pamiętałem, tylko ładna, choć trochę smutna kobieta.
Kto to? zapytałem, tak bardzo się denerwowałem, iż aż głos mi się załamał.
To mama.
Twoja?
Moja.
A czy ona ma na imię… Ania? wyrwało mi się.
Właśnie! Skąd pan wie? Prawdziwy pan jest Mikołaj? Nie wierzyłem, iż istnieją!
Wskazałem na swoje zdjęcie, sam podświadomie już podejrzewałem, iż Aleksander to mój syn.
A ten kto? zapytałem pokazując na siebie.
To mój tata! Prawdziwy polarnik. Wyobraża pan sobie? Mieszka na wielkiej krze! Mama mówiła, iż pojechał dawno temu, jak byłem malutki. Dlatego nigdy go nie widziałem i choćby nie pamiętam. Ale zawsze przysyła mi prezenty na urodziny i Boże Narodzenie. I teraz też da mi prezent na poduszkę! Mikołaj lubi tam je zostawiać.
Byłem w szoku, gwałtownie przypomniałem sobie własne dziecięce lata i moją legendę o polarniku-ojcu. Czyż każda mama każdego taty-łobuza zamienia w polarnika i wysyła na biegun północny? Teraz sam byłem jednym z tych polarników.
Poczułem się fatalnie, jakby los uderzył mnie prosto w serce. Przypomniało mi się, jak burzliwy, krótki romans miałem z Anią… Po rozstaniu wymieniliśmy się numerami, ale zaraz po powrocie do domu nie zadzwoniłem, a kilka dni później mój telefon ukradli. Często ją wspominałem ale studia, spotkania z kumplami, koleżankami i tak wyleciała z mojego życia.
A ona, co się okazuje, mieszkała tutaj, w tym samym mieście. Nie tylko mnie nie zapomniała, ale samotnie wychowywała naszego syna Aleksandra, i moje zdjęcie postawiła obok swojego.
Chciałem już powiedzieć Aleksandrowi, iż jestem jego ojcem, ale otworzyły się drzwi i weszła Ania:
Synku, przepraszam, iż tak długo mnie nie było. Babcia Zosia musiała jechać karetką do szpitala.
Gdy mnie zobaczyła, zdziwiona aż zawołała:
Ojej, ale my nie zamawialiśmy Mikołaja!
Łzy wzruszenia i euforii pociekły mi po policzkach. Zdjąłem czapkę z brodą, oderwałem sztuczne brwi…
Aleksander?! Ania była zszokowana. Usiadła na starej ławie w korytarzu i rozryczała się tak głośno, iż syn się przestraszył.
Ale widząc Aleksandra gwałtownie wróciła do siebie. Powiedziałem mu, iż przyleciałem z północy i przebrałem się za Mikołaja, żeby zrobić niespodziankę jemu i mamie.
Aleksander był w siódmym niebie śmiał się, śpiewał, recytował wierszyki. Chciał być ciągle blisko, trzymał nas za ręce, żeby tata nie uciekł znowu na północ. Zapomniał choćby o prezencie, bo wiedział, iż Mikołaj na pewno schowa go pod poduszkę.
Aleksander usnął, a my z Anią gadaliśmy do rana, jakby nie było tych długich lat rozłąki.
Rano pobiegłem do sklepu po jeszcze jeden prezent i wtedy zrozumiałem, iż przez pomyłkę wszedłem do domu nr 6A, a miałem być w 6. W nocy nie zauważyłem tej literki pomyłka! Ale przecież trafiłem dokładnie tam, gdzie powinienem!
Myślę o tym do dziś: Ale szczęśliwa, życiowa pomyłka. Teraz jesteśmy we trójkę, szczęśliwi na maksa. Mama i babcia nie mogą się nacieszyć wnukiem i prawnukiem Aleksandrem Aleksandrowiczem!









