Do pierwszego dzwonka zostały dwa tygodnie, a znowu słyszymy o kryzysie kadrowym w polskich szkołach. Brakuje nauczycieli. Padają liczby, mówi się o wynagrodzeniach, podwyżkach, powiązaniu pensji ze wskaźnikami gospodarczymi.
I bardzo dobrze, iż mówi się o pieniądzach. Dobry nauczyciel powinien dobrze zarabiać.
Tylko czy naprawdę cały kryzys polskiej szkoły można przeliczyć na złotówki?
Jan Zamoyski powiedział przed wiekami:
„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”.
I chyba warto dziś te słowa wyjąć z podręcznika historii i potraktować całkiem serio.
Bo nauczyciel nie jest tylko człowiekiem, który ma wejść do klasy, przeprowadzić 45 minut lekcji, wpisać temat do dziennika i wystawić ocenę.
Nauczyciel przez kilka, czasem kilkanaście lat uczestniczy w kształtowaniu młodego człowieka.
Może rozbudzić ciekawość świata. Może nauczyć myślenia. Może pokazać, iż nie każda informacja znaleziona w internecie jest prawdą.
Ale może również zrobić coś dokładnie odwrotnego.
Dlatego martwią mnie nie tylko puste miejsca w pokojach nauczycielskich.
Martwi mnie pytanie: kto te miejsca będzie zajmował?
Jeżeli zawód traci prestiż, daje niewystarczające wynagrodzenie i coraz mniej młodych, zdolnych ludzi widzi w nim swoją przyszłość, pojawia się niebezpieczeństwo selekcji negatywnej.
Nie twierdzę, iż każdy nauczyciel powinien być chodzącą encyklopedią. Nie musi wiedzieć wszystkiego.
Powinien jednak mieć jedną cechę absolutnie podstawową: świadomość, iż sam również musi się uczyć.
Bo świat się zmienił.
Uczeń ma dziś w kieszeni telefon, a w nim dostęp do większej ilości informacji, niż kilka pokoleń temu mieściła niejedna biblioteka.
I tutaj zaczyna się prawdziwa rola współczesnego nauczyciela.
Nie ścigać się z Google’em na liczbę zapamiętanych dat i definicji.
Nauczyć młodego człowieka, jak sprawdzić, czy to, co podpowiada mu „wujek Google”, w ogóle jest prawdą.
Jak odróżnić źródło od opinii.
Informację od manipulacji.
Wiedzę od internetowej bzdury powtarzanej tysiąc razy.
A za chwilę będzie jeszcze trudniej. Młodzi ludzie coraz częściej nie pytają już Google’a. Pytają sztuczną inteligencję.
I ona również może się mylić.
Dlatego szkoła przyszłości nie może polegać wyłącznie na przekazywaniu informacji. Informację młody człowiek znajdzie w kilka sekund.
Szkoła powinna nauczyć go myśleć.
Kwestionować.
Sprawdzać.
Dyskutować.
Przyznać: „nie wiem, sprawdzę”.
I właśnie dlatego nauczyciel potrzebuje dziś nie tylko wyższej pensji.
Potrzebuje wiedzy, autorytetu, kompetencji, pokory i ciągłego rozwoju.
Bo jeżeli przed młodym człowiekiem stanie ktoś przekonany o własnej nieomylności tylko dlatego, iż po drugiej stronie biurka siedzi uczeń, możemy podnosić pensje choćby co roku, a problemu polskiej edukacji nie rozwiążemy.
Oczywiście mamy tysiące świetnych nauczycieli. Ludzi z pasją, którzy po lekcjach przygotowują materiały, prowadzą koła zainteresowań, rozmawiają z uczniami i potrafią przyznać, iż czegoś nie wiedzą.
I właśnie takich ludzi szkoła powinna zatrzymywać.
Dobrze im płacić.
Dawać możliwość rozwoju.
I przywrócić ich zawodowi należny prestiż.
Ale jednocześnie powinniśmy wymagać.
Bo wakat w szkole jest problemem.
Jednak nauczyciel bez wiedzy, pasji i gotowości do uczenia się może być problemem znacznie większym.
Za dwa tygodnie zabrzmi pierwszy dzwonek.
Może więc zamiast pytać wyłącznie:
„Ilu nauczycieli nam brakuje?”
warto zadać jeszcze jedno pytanie:
„Jakich nauczycieli potrzebują nasze dzieci?”
Bo Jan Zamoyski powiedział to ponad czterysta lat temu, a my przez cały czas próbujemy zrozumieć sens jego słów.
Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie.
Tylko dziś trzeba dopisać do nich jeszcze jedno:
A młodzież będzie taka, jakich będzie miała przewodników.








